Przejdź do głównej zawartości

Pięciu prawie wspaniałych


Autor: Marok
Gatunek: Opowiadanie przygodowe
Postać: Śpiący książę
Zdarzenie: Miejsce, w którym nie było zasięgu

       Było ich pięciu. Każdy miał jedną dłoń i sześć palców. Ich śmiercionośny diesel 1.9 stanął na kopercie pod barem Trzy Hopsy Hopa. Taka tam drewniana buda na przedmieściach. Sąsiadowała z lasem iglastym, zimnym i nieprzewidywalnym w treści. Przeorana kraterami szosa przebiegająca obok nie była na liście najbardziej zatłoczonych, bo nawet stare ciężarówki z cukrem wolały spalić cały bak na kurs w jedną stronę konkurencyjną trasą niż przedzierać się przez szlak kraterów. Ich bestia wyjechała jakby z leśnej gęstwiny odziana w mglisty płaszcz przebijany przez żółtą poświatę reflektorów. Klienci nie grzeszyli frekwencją. Dwóch zapijaczonych wyjadaczy darmowych kostek cukru siedziało przy stoliku w samym rogu baru i wygląda na to, że hibernowali, miarkując oddechy. Pięciu prawie wspaniałych stanęło przy ladzie. Barman z grobową miną podszedł do klientów, nie zwracając uwagi na dziwaczną fizjonomię przybyszów.

Źródło: pixabay.com Autor: Donna Senza Fiato

       — Czym służyć? — zapytał lekko niewyraźnie.
       — Ja będę mówił. — Długi jak tyczka olimpijska wąsacz poprawił skrojony, czarny płaszcz i spojrzał prosto w oczy barmanowi. — My do Księcia.
       — Nie rozumiem, w ogóle nie wiem, o co chodzi. Nie mam zielonego pojęcia, nic a nic. — Wytrzeszcz oczu barmana zdradził wszystko, co chcieli wiedzieć.
       Cała piątka udała się na zaplecze z posępnymi minami. Za barem stała kolejna budka, znacznie mniejsza, ale wyglądało, że ktoś w niej jest.
       — Kto wejdzie?
       — Wszyscy.
       — Jak wszyscy? Nie ma opcji tam się wcisnąć.
       — Mamy po jednej kuli idioto. Każdy chce mu odstrzelić łeb, no to chyba jasne, że trzeba się w rzędzie ustawić.
       — Zamknąć się!! Wchodzi Długi Bob, czyli ja.
       Drzwi otworzyły się miękko. W środku stało zaledwie biurko z krzesłem i fotel, w którym spał mężczyzna.
       — Puk, puk!
       Facet podskoczył. Mimo że był zaspany, od razu rozpoznał Długiego. Przełknął nerwowo ślinę i chwycił za telefon stojący na biurku.
       — Ani się waż mi!
       Kule zaczęły przeszywać powietrze w donośnej arii huków wystrzałów i krzyków postrzelonego faceta.
       — Dobra, dobra, przecież już jest dziurawy, bez podniety — uspokoił resztę Bob. Euforia ekscytacji wylewała się z jego kompanów jak krew z dogorywającego powoli Księcia. — Bakster sprawdź go.
       Niewysoki, równo ogolony mulat podszedł do postrzelonego, który ostatkiem sił wypluwał kolejne partie krwi z przełyku. Bakster popatrzył, zaciągnął się i pokręcił głową z dezaprobatą.
       — Śpi — oznajmił.
       Długi wolał tego nie usłyszeć. Ale już usłyszał i poczuł coś w rodzaju gniewu pomieszanego z żalem i świadomością porażki.
       — Wiecie co? Niedostatecznie panujemy nad emocjami.
       — Szefie, z jedną ręką trudno o inną reakcję. Ten szósty palec gówno daje, nawet kiedy otwieramy konserwy — rzucił Lilit, obgryzając tradycyjnie paznokcie.
       — Myślisz, że nie wiem? Teraz to można się obrzucać łajnem wspólnie.
       Wyszli z ciasnej budki i stanęli w równym szeregu, oprócz Boba, który jako jednoręki szef musiał teraz podyktować plan zastępczy.
       — Jest problem.
       — Zabiliśmy Księcia i nie będzie hajsu — wtrącił szybko Bakster.
       — Tak, to też, ale raczej chodzi o to, że mój iPhone nie łapie tutaj zasięgu, więc jesteśmy zdani na naszego gruchota. Z tego, co wiem, paliwa zostało na jakieś sto metrów, plus minus dziesięć.
       — Można popchać na zmianę. Do miasta niedaleko, w końcu to przedmieścia.
       — Lilitionie, dawno nie zwracałem się do ciebie pełnym imieniem.
       — No dawno, ze dwa lata.
       — Ta. Ale znowu zaczynasz mnie zachęcać, żeby cię odstrzelić — Bob skierował wzrok na tylne drzwi baru. — Idziemy się nawalić panowie.
       Jednorękie hard-disco-country-polo huknęło jak bomba atomowa od pierwszych nut melodii. Popis wokalny w zatrważającym tempie zmuszał poukrywane w szczelinach karaluchy do natychmiastowej emigracji. Barman niechętnie polewał dwudziestą ósmą kolejkę wodą kolońską z dodatkiem kapsułek do zmywarki, ale hajs się zgadzał, czyli wszystko w normie. Dobre nuty wraz z dobrą atmosferą unosiły się w powietrzu tak do trzydziestej siódmej kolejki, już niestety suchej, bo jednoręka ekipa nie zadowalała się zmiękczaniem kapsułek do zmywarki zwykłą kranówą. Drzwi otworzyły się z hukiem. W progu stanęła okryta stertą szmat i szali postać w kowbojskim kapeluszu. Trzymała w dłoni rewolwer i obserwowała. Lufa powędrowała na tor zahibernowanych pijaków. Odstrzał był błyskawiczny. Za oknami niespodziewana śnieżyca bombardowała szyby setkami lodowych śnieżynek na minutę.
       Pięciu prawie wspaniałych zaniemówiło. W takich sytuacjach szef miał prawo głosu. Ale Długi najwidoczniej połknął język, bo zamiast otworzyć pokojową dyskusję, upadł martwy pod stopy swoich kompanów.
       — Zimno na zewnątrz — powiedział mężczyzna, chowając rewolwer. — Da się tu coś zjeść?
       — Tylko kapsułki do zmywarek, ale to i tak lepsze niż rozpuszczalnik, co nie?
       — Nabijasz się ze mnie! Mój nowy iPhone nie łapie tu zasięgu. Zdążyłem tylko sprawdzić, że najbliższa pizzeria jest trzydzieści mil stąd! Zabiję cię za to!
       Bakster osunął się po ladzie i ułożył wygodnie obok Boba. Jego głowa mało miała wspólnego ze stanem stałym, co innego łby trojki pozostałych.
       — No! Jestem Książę!
       — Prawdziwy? — zapytał Lilit. Jego łysina zdradzała, że się denerwował.
       — Nie, to jest moja oscarowa rola. Jestem aktorem. Ale lubię to słowo.
       Książę usiadł na przy najbliższym stoliku. Ściągnął z siebie jeden szal i kapelusz odsłaniając bujną srebrzystobiałą czuprynę.
       — Nie ma lekko, moi jednoręcy przyjaciele.
       Zapadła głucha cisza. Kilka trupów, dziwny zapach unoszący się wszędzie. Nic nie było normalne, a już na pewno nieakceptowalne dla kogokolwiek w barze. Przybysz mierzył wzrokiem pozostałych przy życiu. Trupy traktował jak element dekoracji i za każdym razem, gdy spojrzał na któregoś, mimowolnie się uśmiechał.
       — Zdążyłem tuż przed śnieżycą. Tam na zewnątrz teraz niema lekko. Coś tam grasuje — pochylił się nieznacznie. — To coś jest duże i warczy, a wiecie, co to oznacza?
       — Nie — jęknął barman.
       — To oznacza, że ten bar jest tak cztery na dziesięć bezpieczny. Widziałem cholerstwo ze sto metrów od siebie. Białe z brązowymi plamami na grzbiecie. Ryczało jak tuzin krów naraz.
       — Bez przesady. Te lasy to zwykłe nudne zbiegowisko świerków — stwierdził dosadnie Lilit. — Nawet jak jest ciemno, to i tak jest bezpiecznie.
       Przybysz wstał i obwiązał się grubym szalem, po czym założył kapelusz.
       — Zdążyłem obejść tę oborę. Z tyłu macie kolejnego trupa, ale w kawałkach.
       Pewnie, kiedy go zabijaliście był cały, a wiecie, co to oznacza.
       Drzwi zamknęły się z hukiem. Siwowłosy przybysz zniknął w śnieżnej zamieci, zostawiając potencjalne ofiary z jednym zdaniem do dopowiedzenia. Popatrzyli po sobie. Żaden nie czuł potrzeby rozpoczęcia dyskusji. Barman przytomnie pobiegł do toalety, zostawiając pozostałą trójkę z kilkoma kapsułkami do zmywarek i szklanką kranówy. Przez okolicę szła plotka, iż dzięki temu przeżył, bo jednorękie osły nie potrafiły obronić się sześciopalczastymi dłońmi przed białym monstrum z lasu, rzekomym rewolwerowcem przebranym w upaprany czekoladą strój niedźwiedzia polarnego. Przez wiele tygodni mieszkańcy przedmieść słyszeli ryk diesla 1.9 przemykającego ich ulicami. To musiał być barman.

***
Źródło: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/1203.php


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.