Przejdź do głównej zawartości

miłość, szmaragd i dinozaur


Autor: sensol
Gatunek: erotyk (hmm...)
Postać: grubas z tajemnicą
Zdarzenie: miłość, szmaragd i dinozaur

        z notatnika Kariny Abakarow

        Agencja Ubezpieczeniowa PZU mieściła się na ostatnim piętrze szesnasto kondygnacyjnego wieżowca. Musiałam odnowić polisę na Życie. Dzisiaj mijał termin jej ważności. Na drzwiach windy ktoś przykleił kartkę z odręcznie wykonanym napisem: "Uwaga! Lina naderwana. Jeździć tylko po dwie osoby."

Autor: sensol
        Po chwili wahania wsiadłam do windy. Napisali, że po dwie osoby można jeździć, a ja jestem sama, więc nic się nie może stać – pomyślałam. Jednak trochę mnie ta informacja niepokoiła. „Lina naderwana” – kto by pomyślał? I zamiast naprawić, wymienić, napis umieścili.
        Automatyczne drzwi zamknęły się powoli, coś zazgrzytało i winda ruszyła do góry. Na trzecim piętrze niestety zatrzymała się i do środka wszedł wielki otyły facet. Miał chyba dwa metry wzrostu i był gruby jak beczka. Ledwo mieściliśmy się razem w ciasnej przestrzeni windy. Facet ubrany był w ciemny garnitur rozpięty na wszystkie guziki. Nie mógłby się zapiąć nawet gdyby chciał, taki był gruby. Do tego biała koszula i krawat. Dźwigał ze sobą dużą sportową torbę, wypełnioną czymś ciężkim, torba aż pęczniała od zawartości.
        – Nie widział pan kartki z napisem? – zapytałam grubego.
        – Jakiej kartki?
        – Na parterze wisi kartka na drzwiach windy, żeby jeździć tylko po dwie osoby, bo lina naderwana.
        Facet popatrzył na mnie niepewnie.
        – To dlaczego pani od razu nie mówiła?
        – Właśnie mówię.
        – Jakbym wiedział, to bym nie wsiadł!
        – Myślałam, że czytał pan kartkę.
        – Jak mogłem czytać kartkę, kiedy wsiadłem na trzecim piętrze?
        – A w ogóle po co pan wsiadał na trzecim piętrze? Normalnie wsiada się na parterze.
        – Musiałem coś załatwić na trzecim, a potem na ostatnim, więc wysiadłem na trzecim, załatwiłem co trzeba i wsiadłem z powrotem.
        – To nie mógł pan najpierw pojechać na ostatnie i potem wracając, zatrzymać się na trzecim piętrze? A poza tym, zdradził się pan. Był pan na parterze, więc musiał widzieć napis na windzie!
        – Wcale nie musiałem – zaprotestował grubas – sprawa, którą załatwiałem na trzecim piętrze, to znaczy czas załatwiania sprawy, był bardzo długi, byłem tu już pięć godzin temu. Wtedy nie było żadnej kartki. Widocznie lina naderwała się później. Już po moim wejściu do windy i pojechaniu na trzecie piętro.
        Zapadło milczenie.
        – Ale jest nas dwoje, więc nie powinno się nam nic stać – powiedział niepewnie.
        – Dwoje ale...
        – Ale co?
        – Ale pan jest taki...
        – Jaki?
        – Taki duży!
        Nagle coś straszliwie zazgrzytało, zatrzeszczało i winda stanęła między dziesiątym, a jedenastym piętrem.
        – No to ładnie! – zajęczał gruby.
        – Fantastycznie! – powiedziałam. Od otyłego faceta biła fala wilgotnego gorąca.
        – Lina! – krzyknął facet.
        – A nie mówiłam? – powiedziałam.
        – Co nie mówiłam?
        – Mówiłam, że tak się to skończy!
        – Wcale pani nie mówiła. Mówiła pani, że jest kartka na dole z napisem. Tylko tyle.
        Znowu zazgrzytało, szarpnęło i winda opadła o cały metr.
        – Zginiemy zaraz! – załkał grubas.
        Spróbowałam zadzwonić po pomoc, ale nie było zasięgu.
        – Niech pan zadzwoni po kogoś, może pan ma zasięg?
        Ale jego telefon również nie mógł się z nikim połączyć.
        – Ratunku! Pomocy! – gruby zaczął wrzeszczeć i walić pięścią w drzwi windy.
        – Niech się pan uspokoi! Co pan robi? Żadnych gwałtownych ruchów. Lina jest naderwana. Nie dość, że pan wsiadł, to jeszcze się pan rzuca. Taki duży ciężar razem stanowimy, musimy być spokojni i najlepiej ruszać się jak najmniej.
        Grubas zesztywniał. Ostrożnie postawił swoją ciężką torbę na podłodze.
        – Co pan tam ma?
        – Gdzie?
        – W tej torbie.
        Grubas chwilę milczał.
        – Coś dobrego. Coś dla ducha i ciała.
        – A to dla ducha, to co to?
        – Film.
        – Jaki film?
        – Film na kasecie VHS.
        – Nie pytam na czym, tylko jaki?
        – Fabularny.
        – A tytuł?
        – Miłość, szmaragd i dinozaur.
        Popatrzyłam na otyłego. Nie odniosłam wrażenia, że żartuje.
        – Chyba krokodyl.
        – Co krokodyl?
        – Miłość, szmaragd i krokodyl.
        – Pani żartuje.
        – Wcale nie.
        – Co pani gada? To mój ulubiony film. Oglądałem go wiele razy.
        – I nie zauważył pan, że nie ma tam żadnego dinozaura?
        – Był! W paru scenach był dinozaur!
        – To był krokodyl.
        – Jest pani pewna?
        – Tak.
        Facet zasapał.
        – Zresztą zaraz! Mam przecież ten film przy sobie.
        Facet sięgnął do torby, otworzył zamek błyskawiczny. Wyciągnął kasetę video, przeczytał jaskrawo czerwony tytuł.
        – Rzeczywiście – powiedział i pokiwał głową z niedowierzaniem. – Kto by pomyślał... – Szkoda, że nie mam laptopa, obejrzałbym sobie teraz, żeby ukoić nerwy. Pani się nie boi wcale?
        – Boję się. A jak by pan oglądał film na laptopie, skoro to nie płyta DVD, tylko kaseta VHS?
        – Myślałem o takim laptopie z kieszenią na kasety VHS.
        – Czyli o laptopie z magnetowidem. Nie ma takich laptopów.
        – Są.
        – Nie ma.
        – Są.
        Postanowiłam się więcej nie odzywać. Dosyć miałam już tego faceta. Zapadło milczenie. Nasłuchiwaliśmy odgłosów tła. Czy przypadkiem naderwana lina nie trzeszczy. Ale było cicho. Minuty dłużyły się wypełnione lękiem. Lękiem o rzecz najcenniejszą – życie.
        Facet sięgnął do wnętrza torby i wyciągnął z niej olbrzymi słój ze smalcem. Potem z plastikowej saszety wydobył pęto kiełbasy grubej jak okrętowa lina, wielki zwój wydobył. Odkręcił słój ze smalcem. Zagarniał końcem kiełbasy smalec i tak wysmarowany kawałek wkładał sobie do ust.
        – Co pan robi? – krzyknęłam. – Chyba nie chce pan zjeść całej tej kiełbasy i smalcu. Będzie pan jeszcze cięższy. Już wtedy na pewno spadniemy!
        – Co pani opowiada? Ja będę cięższy, ale za to kiełbasy ubędzie i smalcu. Bilans musi wyjść na zero – powiedział facet między jednym kęsem a drugim. Jego usta lśniły od tłuszczu, jak pomalowane błyszczykiem. Po windzie rozszedł się intensywny zapach kiełbasy z dominującą nutą czosnku.
        – Chce pani może spróbować? Czosnkowa – powiedział grubas – tłusta. Dobra.
        – Jak pan może myśleć w takiej chwili o jedzeniu! Możemy tu zginąć, a pan obżera się jak knur.
        – Właśnie dlatego jem. Żeby się odstresować. Moje życie jest zagrożone i to mnie stresuje. Poza tym, to może być ostatni posiłek w życiu. Co sobie będę odmawiał.
        – Pęknie pan zaraz!
        – No to co? Nawet jakbym miał tu pęknąć, to co mi za różnica? Jak i tak zginę. Przynajmniej najem się do syta.
        – Wcale nie musimy zginąć. Może lina wytrzyma. Zaraz ktoś nas znajdzie i uratuje.
        Ale facet nie słuchał tylko żarł i żarł. Smalec w słoiku skończył się, więc resztę kiełbasy zjadł bez smarowania. Trwało to wszystko bardzo długo, całe rozciągające się w nieskończoność kwadranse trwało. Kiedy skończył zaczął ohydnie sapać.
        – Mógłby pan tak nie sapać?
        – Przeżarłem się i jest mi ciężko – zasapał.
        – Głowa mi pęknie od tego czosnku i tego sapania.
        Po półgodzinie sapania gruby zaczął się lekko uciszać. Zaślurgotało mu za to w potężnie w żołądku. Coś tam przelewało się, ciamkało i ciumkało, memłało i chrobotało.
        – Zaczął się proces trawienia – poinformował mnie gruby.
        Popatrzył na mnie nagle inaczej, znałam to spojrzenie, ten samczy błysk w oku, ten chutliwy blask rozświetlający źrenice... Facet pożarł sobie i włączyło mu się pożądanie.
        – Czy mógłbym panią o coś zapytać?
        – Nie! – powiedziałam, bo wiedziałam do czego zmierza.
        – A właściwie o coś prosić.
        Zamlaskał, czknął i sprecyzował.
        – Czy, skoro już tu jesteśmy razem, i nie wiadomo jak długo tu będziemy siedzieć zamknięci, pewnie wszyscy już poszli sobie do domu, pewnie zjechali inną windą, nie zauważyli nas, znajdą nas dopiero jutro, jeśli, oczywiście lina nie urwie się prędzej i nie zginiemy oboje, więc skoro, jak już mówiłem, tu jesteśmy, to może byśmy się troszkę ten tego?
        – Co?
        – Pokochalibyśmy się trochę. To może być nasz ostatni seks, co pani zależy?
        – Nigdy w życiu! Zwariował pan!
        – To może chociaż jednego małego handjoba. Co pani zależy? To może być ostatni handjob...
        – Nie będzie żadnego handjoba! Za kogo pan mnie ma?
        – Tylko zapytałem – powiedział gruby – nie, to nie! Nie będę się napraszał, ani molestował. Ale w takim razie muszę sobie sam zrobić handjoba.
        – Co pan mówi!
        – Jak pani nie chce, to trudno. Ale nie może mi pani zabronić w takiej sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, żebym sobie sam zrobił handjoba.
        – Zabraniam panu!
        – Może sobie pani zabraniać! Jestem spięty i zestresowany, więc trochę endorfin, które zaleją mi mózg, kiedy sobie będę robił handjoba bardzo mi się przyda. Uspokoi mnie to. Muszę sobie tylko przysiąść, na stojąco nie mogę, rozumie pani, tusza. Może niech się pani odwróci. Ja sobie na komórce puszczę pornosika i zrobię sobie handjoba. Zaraz mogę zginąć, lina naderwana, to może być ostatni handjob...
        Odwróciłam się i patrzyłam w ścianę, facet uruchomił filmik w komórce. Rozległo się stękanie i klaskanie ciała o ciało. Po pewnym czasie facet znowu zaczął sapać, potem stękać i poświstywać. Wszystko to trwało i trwało. Filmik skończył się. Włączył następny. Sapanie i stękanie z filmiku mieszało się z sapaniem i stękaniem grubasa. Potem włączył następny filmik i następny. Najpierw żarł godzinę, teraz masturbował się zaciekle, dyszał ciężko, ochryple, w gardle gulgotała mu flegma, masturbował się i masturbował. Masturbował i masturbował. Mijały godziny, długie jak wieczność, a ja stałam wpatrzona tępo w stalowoszarą ścianę windy, a głowę przewiercał mi jednostajny szum odgłosów chędożenia i sapania. W końcu odwróciłam się i usiadłam na podłodze.
        Nagle grubas zawrzasnął. Zapiał. Zachrypiał. Kwiknął. Potem westchnął przeciągle, a oczy zaszły mu mgłą. Nie minęła chwila i zasnął.
        Odetchnęłam z ulgą. Nie na długo. Ledwo usnął i już zaczął chrapać. A było to chrapanie straszliwe, głośne, charkliwe, warkliwe, pełne pufań, chrumknięć, pokwikiwania i wystęków. Chyba już lepiej jak dyszał przy masturbacji – pomyślałam.
        Grubas spał nażarty i zaspokojony seksualnie. Leżał rozwalony na podłodze z rozpiętym rozporkiem i przekrzywionym krawatem. Nie przestawał chrapać nawet na moment.
        Minęło już wiele godzin. Na zewnątrz była późna noc i trzeba było czekać do rana, aż ludzie przyjdą do tego biurowca do pracy, wtedy nas odnajdą. Może. Chyba, że lina nie wytrzyma.
        Nagle chrapanie ustało. Gruby obudził się. Potoczył półprzytomnym wzrokiem po ciasnej przestrzeni windy. Zasapał. Zapiął rozporek. Chrząknął.
        – Mam złą wiadomość – powiedział.
        – Co znowu? – zapytałam. – Już chyba gorzej nie może być.
        – Może. Zachciało mi się e e.
        – Co?
        – Chce mi się kupę! – wypalił.
        – O nie, proszę! Niech pan wytrzyma. Nie może pan tego zrobić!
        – Muszę! Nie wytrzymam tyle godzin.
        – Ale jak? Gdzie? Na podłogę? Umrzemy tutaj ze smrodu.
        – Nie wiem.
        – Ja zwymiotuję zaraz!
        – Może dam pani plastikową torbę po kiełbasie na wszelki wypadek. Zwymiotuje pani do torby jakby co...
        Nagle gruby aż podskoczył z radości, aż zatrzeszczała naderwana lina. Zamarliśmy ze strachu.
        – Już wiem! Wiem, co zrobić, żeby nie zasmrodzić windy! – powiedział.
        – Jak to?
        – Zrobię kupę do słoika po smalcu! – obwieścił z dumą. – Pośmierdzi tylko przez chwilę jak będę robił. A potem zamknę ją szczelnie. Niech pani się odwróci i zatka nos.
        Odwróciłam się i zatkałam nos. Ponieważ nie mogłam zatkać sobie również uszu, słyszałam jak grubas defekuje do słoika.
        – I już po krzyku – powiedział gruby – wiele hałasu o nic.
        W słoiku po smalcu lśnił w świetle jarzeniówki gruby, jak zjedzona wcześniej przez faceta kiełbasa czosnkowa, balas. Nawet specjalnie nie śmierdziało. No może trochę, ale szybko się wywietrzyło. To był faktycznie niezły pomysł z tym słoikiem.
        – Nawet dobry pomysł pan miał – pochwaliłam grubego.
        Odpowiedzi nie usłyszałam, gdyż zagłuszył ją ostry trzask pękającej liny. Winda runęła w dół szybu...
     
        ***

        Obudził mnie mój własny krzyk.
        – Co się stało? – zapytał siedzący obok mnie w lotniczym fotelu pasażer. Byłam w samolocie lecącym do Paryża. Zrozumiałam, że wszystkie przygody w windzie, to był tylko sen. Całe szczęście – pomyślałam.
        – Już dobrze – odparłam trochę jeszcze nieprzytomna – miałam straszny sen.
        – To przez te zmiany ciśnienia. Dlatego nie lubię drzemać w samolocie. Koszmary człowieka dopadają.
        Facet siedzący obok wyglądał na artystę, szczupły, w podartych dżinsach, czarnej koszulce, wytatuowany, z irokezem farbowanym na zielono.
        – Co panią sprowadza do Paryża? – zapytał.
        – Centrum Pompidou. Zawsze marzyłam, żeby zobaczyć wszystkie te cuda. Te instalacje i rzeźby. Głowy Lenina na pianinie. Dzieła dadaistów i surrealistów
        – Interesuje panią sztuka? – mężczyzna roześmiał się serdecznie. – Co za zbieg okoliczności. Jestem artystą i lecę właśnie po to do Paryża, żeby wystawić swoje dzieło w Centrum Pompidou.
        – Naprawdę? A co to za dzieło?
        – Mam je przy sobie. Mogę pani pokazać.
        – Proszę, bardzo mnie to ciekawi.
        Facet wstał, sięgnął po wciśniętą do luku bagażowego nad fotelem, sportową torbę i wyciągnął zapakowany w papier jakiś duży kształt.
        – Oto moje dzieło. Gówno artysty – powiedział i zdarł opakowanie.
        Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Facet trzymał na kolanach pięciolitrowy słoik, a w nim gówno!
        – Mocne. Prawda? Robi wrażenie.
        Milczałam spanikowana. To był ten sam słoik, z tym samym gównem. Tym, które zrobił grubas z koszmarnego snu! Jakim cudem słoik ze snu mógł znaleźć się realnej rzeczywistości?
        – Nie podoba się pani? – Facet posmutniał. – Wiem, że nie do końca oryginalne. Było już takie dzieło. Gówno artysty. Ale to było w puszcze. A moje jest w słoiku. Żeby do słoika zrobić i wystawić, nikt jeszcze nie wpadł, a to w puszce, to nawet nie wiadomo, czy prawdziwe, czy tam w ogóle coś było, czy może tylko artysta zmyślił to sobie. U mnie wszystko widać. Od razu widać, że prawdziwe.
        Facet zamilkł skonfundowany brakiem jakiejkolwiek reakcji z mojej strony.
        – A tak w ogóle – zmienił temat. – Nie boi się pani latać samolotem?
        – Nie. Dlaczego? Nie jestem przesądna.
        – A widziała pani napis na bilecie? – zapytał facet.
        – Jaki napis?
        – Ostrzegawczy. Mogę pani pokazać. O tu drobnym druczkiem. Jest napis ostrzegawczy: "Uwaga skrzydło naderwane, lot tylko na własną odpowiedzialność"
        – Niemożliwe...
        – Niech pani popatrzy na swój bilet, może też jest jakiś napis?
        Wyjęłam z torebki swój bilet lotniczy. Na odwrocie drobnym druczkiem napisano" Uwaga! Lekko niesprawny silnik, czasami przerywa. Lot tylko na własną odpowiedzialność".
        W tym momencie lewy silnik przerwał swoją pracę, samolot przechylił się gwałtownie i wpadł w obezwładniającą zapierającą dech w piersiach pikę. Słychać było wycie wiatru i wrzask śmiertelnie przerażonych pasażerów. Samolot runął w czarną otchłań.

        ***

        Obudziłam się zlana potem na podłodze windy. A więc to jednak nie był sen. To wszystko co działo się w windzie, to była jawa, a ten epizod w samolocie to senny majak. Czułam się tym wszystkim strasznie skołowana i zmęczona. Musiałam zasnąć w windzie i przyśnił mi się ten samolot.
        – Smacznie pani spała – powiedział otyły człowiek. – Ja tymczasem, pozwoliłem sobie otworzyć słoik z bigosem. Zimny ale trudno, co robić. Jak nie ma ciepłego, trzeba jeść zimny. Nie jest taki zły nawet na zimno, zostawiłem trochę dla pani. Poza tym słoik zawsze może się przydać, jakby komuś zachciało się e e, nie wiem, może pani, a może mnie. Pani jeszcze nie załatwiała potrzeby, ani dużej, ani małej, więc kto wie? A ja jak sobie podjem, to kto wie? Kto wie? A tak poza tym, to jeszcze raz chciałem panią zapytać o coś, nieśmiało tak, że skoro nadal tu jesteśmy, a pani już rozbudzona, wyspana, więc może byśmy się tak troszkę ten tego? Albo chociaż mały handjobik, bo jak nie, to sam będę musiał, jak pani nie chce to trudno, ale ja muszę, bo spięty jestem i zestresowany...
        I grubas znowu zaczął się masturbować przy pornograficznym filmiku puszczonym na komórce. A ja znowu słuchać musiałam jego stękania i stękania aktorów porno i klaskania ciała o ciało. Przez chwilę błysnęła mi nadzieja, że mu się wyczerpią baterie. Ale nie. Tłukł jeden filmik za drugim i onanizował się zaciekle. Pewnie miał power bank. Moja komórka tymczasem już dawno padła. Nie wiedziałam nawet, która jest godzina. Czułam jak robię się powoli głodna. Ale bigos? Zimny? Ze słoika? Przełknęłam suchą ślinę. Chciało mi się pić. Facet w końcu doszedł wśród postękiwań i chrumknięć. Sapał głośno, ale wyłączył smartfona z pornosami. Dobre i to.
        – Ma pan może coś do picia?
        – Tylko sok morelowy. Przeterminowany.
        – Długo?
        – Co długo?
        – Ile jest przeterminowany.
        – Półtora miesiąca.
        Facet wyciągnął sok z torby.
        Wypiłam całą butelkę.
        – Mam jeszcze puszki paprykarza szczecińskiego. Też przeterminowane.
        – Nosi pan ze sobą dużą sportową torbę z przeterminowanymi puszkami paprykarza i sokiem morelowym? Dziwne.
        – Wcale nie noszę. Wziąłem je do reklamacji. Właśnie dlatego tu jestem. Przyszedłem złożyć reklamację. Właśnie dlatego jadę na ostatnie piętro. Tam mieści się dział reklamacji supermarketu, w którym sprzedali mi przeterminowany paprykarz i przeterminowany sok morelowy.
        – A słoik? Dlaczego nosi pan ze sobą słoik ze smalcem?
        – Lubię kiełbasę ze smalcem.
        Pomyślałam sobie, że może wszystko wygląda inaczej niż mi się wydaje.
        – A może ta lina nie jest wcale naderwana? Może niepotrzebnie się tak przejmujemy? – powiedziałam.
        – Jak to nie jest? Sama pani mówiła, że był napis na dole.
        – Może ktoś nakleił kartkę z napisem, żeby nas nastraszyć? Żebyśmy się zadręczali niepotrzebnie.
        – No co też pani?
        – A może to jest test? Może to jest test na mnie? Nakleili kartkę ci z Agencji Ubezpieczeniowej, żeby sprawdzić, co zrobię. Wsiadłam, czyli zaryzykowałam życie, zamiast pójść po schodach. Tolerowanie ryzyka i zamiłowanie do wygody, kosztem ruchu. To wszystko obniżało mój ranking w firmie ubezpieczeniowej. Dlatego mieściła się na ostatnim piętrze. Sprawdzali, jak się zachowamy. I teraz przedłużą mi polisę po nowej, wyższej cenie.
        A grubas? Czy był podstawiony? Akurat przechodził z tragarzami i wsiadł do windy. Ciekawe... I ta jego torba z jedzeniem. Akurat miał jedzenie, kiedy miał siedzieć wiele godzin w zamkniętej windzie.
        – Pan jest z PZU, prawda? – zapytałam.
        A potem usłyszałam suchy trzask pękającej liny, która była naderwana i nie wytrzymała. I winda runęła w dół...

        ***

        ... i obudziłam się z krzykiem w samolocie do Paryża. A obok mnie na lotniczym fotelu siedział facet wyglądający na artystę.
        Co za popieprzony, piętrowy, męczący sen! Że też takie okropieństwa mogą się snuć w mojej głowie i męczyć mnie, i że to może trwać tak długo, bo czas odczuwany we śnie nijak ma się do czasu odczuwanego na jawie, i dwie godziny snu mogą nam wypełnić zdarzenia trwające całe tygodnie, a może i wieki całe...
        Słuchałam miarowego, równego buczenia silników. Sprawdziłam swój bilet. Odetchnęłam z ulgą. Nie było na nim żadnych napisów. A więc wreszcie jestem w realu, a nie w sennym majaku. Rzeczywistość, w której przebywałam nie nosiła w końcu piętna dziwaczności.
        Na ekranie płaskiego telewizora zawieszonego nad wejściem do kokpitu pilotów właśnie zaczynał się film. Przeczytałam tytuł i włosy zjeżyły mi się na głowie.
        "Miłość szmaragd i dinozaur" głosił wielki czerwony napis.
        A więc nadal śnię. Nie ma przecież takiego filmu. Gdzie jest koniec tego koszmaru? A może to nie sen, tylko śmierć, ostatnie rojenia gasnącego mózgu. Może już zabiłam się spadając windą w dół szybu, razem z grubasem, albo rozbiłam się w samolocie z przerywającym silnikiem i perforacją skrzydła razem z setką innych pasażerów? Kto wie? Kto wie?
        A może cała reszta też jest snem? Życie, w którym niby nic się nie dzieje, dni przemijają, powtarzają się rytuały, wstawanie, mycie, coś zjeść, praca, przerywnik weekendowy. Palę papierosa w kuchni i nasłuchuję. Czy sąsiadka znowu będzie szarpać klamkę? Moja sąsiadka cała jest w szponach różnych natręctw. Nie może wyjść z domu, nie szarpiąc wiele razy klamki, szczękać zamkami, wkładać i wyjmować kluczy do zamków, przekręcać w prawo, przekręcać w lewo, potem znowu szarpie za klamkę, odchodzi dwa kroki, sztywnieje... i znowu sprawdza. A jak wraca, wyciera dziesięć minut nogi w wycieraczkę. Szur szur szur szur szur. Jakby była robotem, który się zaciął.
        Może ona też śni jakiś koszmarny sen? Nie może się wyrwać z tego kołowrotu. I dlatego natręctwa osaczają ją jak stado złych czarnych ptaków?
        Kto wie?

***
http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/1021.php


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.