Przejdź do głównej zawartości

Wieczny spokój


Autor: pkropka
gatunek: Baśń
Postać: Dziad borowy
Zdarzenie: Sine jaja

       Leżał na mokrej ściółce, niemal nieruchomo. Zdawałoby się, że siąpiący deszcz, ani przejmujący zimnem wiatr nie robią na nim najmniejszego wrażenia. Tymczasem bezruch wymagał całej siły woli, kiedy wilgotna skóra piekła, a zmarznięte palce u stóp kostniały. Zakład, że ma skurczone, sine jaja, wygrałbyś w ciemno.


Źródło: pixabay.com Autor: ArtTower

       Mimo to leżał dalej. Odkąd miesiąc wcześniej wrócił z frontu (jak na ironię jego drużyna nazwała się „Sine Jaja”. Choć to zawsze lepiej, niż „Trzepuchy”), słyszał dziwne opowieści o znikających w lesie ludziach. Nie było reguły. Zawsze roześmiane dzieci odnajdywały się po kilku dniach bez uśmiechu, lub wcale. Starcy, kobiety zbierające grzyby na zupę, czy myśliwi – jeżeli wracali, nie potrafili wyjaśnić co ich spotkało. Częściej jednak rodziny na kilka dni pogrążały się w żałobie, po czym wracały do codziennego rytmu. „Życie toczy się dalej” — mawiali bez przekonania.
       Dlatego też leżał od kilku godzin, obserwując przez celownik strzelby odziedziczonej po ojcu, z pozoru opuszczoną chatkę. Gdzieś musiał zacząć, a ludzie chętnie powtarzali historię o Leszym. Słuchając wzruszał ramionami, lecz kiedy ujrzał chatę ukrytą za gęstymi krzakami, uśmiechnął się pobłażliwie. Widać i w bajaniach kryje się czasem ziarno prawdy.

       Słońce powoli wschodziło, lecz nie liczył na rozgrzanie. Tak paskudna jesień nigdy nie daje nic od siebie.

       Wtem usłyszał trzask gałązki tuż obok ucha. Niemożliwe, żeby ktoś mógł podkraść się niezauważony, mimo to musiał mieć pewność, że to omamy. Powoli, prawie się nie poruszając, spojrzał w prawo. Na ułamek sekundy oddech zamarł w piersi, a serce przestało bić. Szybko ocenił sytuację i funkcje życiowe powróciły do normy, tylko zimny pot pozostał na czole.
       Tuż obok kucał staruszek. Długie, siwe włosy z wplątanymi kilkoma igłami, niedbale przystrzyżona broda i wyszczerbiony kubek w trzęsących się dłoniach, poznaczonych plamami wątrobowymi – już to wystarczyło, żeby cenić zagrożenie jako znikome, a dobrotliwy uśmiech ukazujący krzywe, niepełne uzębienie dodatkowo wskazywał na przyjazne nastawienie.
       Dłonie wysunęły się w jego kierunku, trzęsąc się jeszcze bardziej.
       — Chyba trochę zmarzłeś, młody człowieku. — Staruszek miał ochrypnięty, wysoki głos. Zagrożenie – zero. — Może napijesz się herbaty i wyjaśnisz, czemu celujesz w moje okna?
       Odrętwiały po kilkugodzinnym bezruchu, niezradnie usiadł. Ciepły kubek przyjemnie grzał dłonie, a para unosząca się z ciemnego, słodkiego naparu łaskotała w twarz. Herbaty było niewiele, dziadek pewnie bał się, że większa ilość przeleje się po drodze.

       Chwilę trwali w ciszy, której nie zagłuszał nawet wiatr. Jedynym, ledwo słyszalnym dźwiękiem było bicie dwóch serc.
       — To jak, powiesz po co ci broń?
       — W wiosce ostatnio zaczęli znikać ludzie. Uznałem, że pomogę.
       — I postanowiłeś wyeliminować najpoważniejsze zagrożenie – samotnego, zdziwaczałego dziadka stroniącego od towarzystwa? — staruszek zaśmiał się serdecznie, co trochę zmieszało chłopaka.
       — Może i byłem trochę nadgorliwy. Chyba za dużo nasłuchałem się, że to na pewno dziad borowy prowadzi ludzi na zgubę.
       — No i dziada złapałeś. Skoro misja wykonana, to może dasz się zaprosić na ciepłą szarlotkę i dolewkę herbaty? Chyba, że wolisz coś mocniejszego na rozgrzanie?
       Nie dał się prosić. Uznał, że droga powrotna będzie znośniejsza, kiedy się rozgrzeje i napełni żołądek.

       Dom składał się z jednej izby i zapadającego się, połatanego dachu. Ogień wesoło trzaskał w kominku, a piec stojący w kącie, obok prostego łóżka, dodatkowo dogrzewał pomieszczenie. Usiedli naprzeciwko siebie, przy ciężkim, dębowym stole. Starzec dolał młodemu herbatę i postawił przed nim parujące ciastko z chrupiącym spodem i słodkim musem jabłkowym. Niebo w gębie, szczególnie przemarzniętej.
       — Wiesz, że ludzie czasem znikają, bo chcą — zagaił dziadek.
       — Podobno sporo tego było. Dzieciaki też.
       — Idzie zima, ludzie szukają lepszego życia. Nie jest łatwo przetrwać na wsi, uciekają więc do miast, często porzucają rodziny. A dzieciaki, jak to dzieciaki. W lesie łatwo złamać nogę, a i zwierząt nie brakuje. Też są głodne.
       Zamyślił się nad tym, co usłyszał. Niby wszystko miało sens, ludzie lubią bajać i dramatyzować, ale ukłucie niepokoju nie odpuszczało.
       Nagle jego myśli stały się klarowne. Piotruś miałby teraz siedemnaście lat. Wróć, ma teraz siedemnaście lat. Matka musiała się pomylić, mówiąc, że przed rokiem poszedł w las skończyć ze sobą. Owszem, nienawidził życia w biedzie, sąsiadów bez ustanku szepczących po kątach i tego, że musiał pracować na polu, zamiast malować. A malował przepiękne pejzaże. Zupełnie, jakby kochał wieś.
       „Staruszek musi mieć rację” — przekonywał się. „Piotrek po prostu uciekł, znalazł pracę w mieście i pewnie nawet uczy się zaocznie”.

       — Ciii... Wszystko będzie dobrze — usłyszał tuż przy uchu.
       Staruszek prowadził go na zewnątrz. Izba wirowała, głowa ciążyła. Krok za krokiem. Nie potknąć się. Wsparł się mocniej na wątłym ramieniu. Wytrzymało, choć bał się, że pęknie jak gałązka.
       Zapach żywicy, zimny powiew wiatru na twarzy. Krople mgły osiadające na rzęsach. Mokra, żyzna gleba.
       I nic. Może szczęście, że jest wśród innych. A raczej spokój. Wieczny, niezachwiany spokój. Ciężar wiewiórki na ramieniu... Gałęzi. Wiewiórki skubiącej szyszkę, ogrzewając kawałek konaru puchatym ciałkiem.

       Ostatnia myśl: „to jednak dziad borowy. Nie pomogę”. Później już tylko wiatr, prześlizgujący się pomiędzy igliwiem, po nim ciężkie czapy lepkiego śniegu, topniejącego, by pozwolić konarom nacieszyć się ciepłem słońca. Czasem deszcz, zwilżający suchą korę. Wieczność przed nim i innymi, których czuł na granicy świadomości. Tylko Piotrka brak.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.