Przejdź do głównej zawartości

Szczęście można zobaczyć?


Autor: pkropka
Gatunek: Baśń
Postać: Dziecko z bagien
Zdarzenie: Świat bez prądu

       Marta nie lubiła listopada – był zimny, mokry i ponury. Do tego wcześnie zapadał zmrok, przez co wizyty u Zuzi skracała do minimum. Choć najchętniej nie wychodziłaby z przytulnego pokoiku wyłożonego tapetą malowaną w wielkie, kolorowe kwiaty. Mogła tylko pomarzyć o takim i mimo że lubiła swoje łóżko stojące w kącie, a niedawno tata zbudował dębowe biurko przy którym mogła wygodnie odrabiać lekcje – bywały chwile, kiedy zazdrościła koleżance.


Źródło: pixabay.com Autor: Free-Photos

       Tego dnia trochę się zasiedziała. Mama Zuzi uszyła nowe sukienki, w tym jedną specjalnie dla jej lalki. Była to najpiękniejsza kreacja, zielona w liczne plisy i falbanki. Miała bufiaste rękawy wykończone białym wywinięciem, a przepasana była szarfą, zawiązaną na plecach w kokardę.
       Dziewczynki wystroiły lalki w nowe stroje i urządziły bal. Całe popołudnie tańczyły wraz z pluszowymi misiami w rytm muzyki, której nie było, i zajadały się chrupiącymi ciasteczkami. Nie zauważyły, kiedy zaczęło zmierzchać.

       Tata Zuzi proponował, że odprowadzi Martę do domu, ale nie chciała sprawiać kłopotu. Usadziła lalkę w koszyku roweru, podłączyła dynamo i ruszyła w kiepsko oświetloną drogę, którą przebywała już wielokrotnie. Dynamo piszczało żałośnie przy każdym naciśnięciu pedałów, a lampka mrugała jakby w odpowiedzi na dźwięki – im głośniejsze skrzypienie, tym jaśniejsze światło. Kilkukrotnie obejrzała się na rozświetlony dom i kiedy zniknął za drzewami, podkradł się niepokój. Dobrze znany las stał się nieprzyjazny, czuła się jak intruz zakłócający spokój śpiących drzew.
       Przez chwilę rozważała wyłączenie lampki, żeby pozostały kawałek dzielący ją od domu przebyć w ciszy, ale bała się, że zgubi drogę. Zwolniła tylko, dzięki czemu piski przycichły.
       Nagle zewsząd zaczęło docierać cykanie świerszczy i ciche rechotanie żab. Zdziwiona zasłuchała się w melodię nocy, która pasowała bardziej do środka lata, niż późnej jesieni. Co jakiś czas pohukiwała sowa ukryta w gałęziach drzew, zagwizdała kropiatka przemykająca pomiędzy gęsto rosnącymi krzakami, a raz usłyszała dochodzący z daleka tęskny krzyk żurawia.
       Nawet tak piękny koncert nie przekonał jej do zatrzymania roweru. Chciała jak najszybciej znaleźć się w przytulnym domu rozgrzanym przez stary piec kaflowy.

       Niepokój powrócił, kiedy przestała poznawać zakręty. Droga powinna prowadzić prosto aż do drewnianego płotu. Tam zawsze skręcała w lewo, a kiedy mijała rozłożysty dąb, widziała zarys domu. Tymczasem ścieżka wiła się niczym zaskroniec, który nieopacznie wszedł na plamę piasku i nie potrafił się uwolnić. Co gorsza zaczęła się zwężać, ciemne konary rosły coraz bliżej siebie, prawie przysłaniając bezgwiezdne niebo zasnute chmurami. Zerwał się silny wiatr. Szarpał kucyki Marty i sukienkę lalki zupełnie, jakby chciał je porwać do zabawy, na którą nie miała ochoty. Łzy bezsilności cisnęły jej się pod powieki, kiedy z trudem pedałowała, byle tylko utrzymać migotliwe światełko. Nie chciała, żeby ciemność wygrała. Co jakiś czas dostrzegała oczy wyglądające zza drzew. Zastanawiała się, czy nie zwabiło ich piszczenie roweru, ale miała nadzieję, że blask lampki utrzyma je z dala; najlepiej w wyobraźni.
       Wtem, między drzewami, ujrzała drobny płomyk unoszący się tuż nad ziemią. Z początku bladoniebieski, przechodził powoli w błękit i granat, migocząc i tańcząc tuż nad powierzchnią stawu. Marta wciąż pedałowała, ale wolniej. Urzeczona obserwowała pokaz, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Po chwili do pojedynczego ognika dołączyły setki, a później tysiące podobnych. Jedne nie poruszały się wcale, inne przeskakiwały z miejsca na miejsce, unosiły się by zniknąć, bądź wesoło migotały.
       Nie zauważyła, kiedy skręciła ze ścieżki i wjechała w mokradło. Przednie koło zapadło się całkowicie. Wytrącona z równowagi wpadła w krzaki, które pokaleczyły jej buzię i dłonie. Nie zważając na gałązki we włosach i kożuszku, rzuciła się do wyciągania roweru. Przerażała ją całkowita ciemność, zniknęły nawet światełka, które podziwiała chwilę wcześniej. Szarpała ile sił, coś cmoknęło głośno, po czym koło zapadło się jeszcze bardziej.
       Zrezygnowana usiadła pośrodku ścieżki i gorzko zapłakała. Nie dość, że straciła jedyne źródło światła i nadzieję na powrót do domu. Zgubiła też lalkę.
       Straciła rachubę czasu. Nie mogła obserwować wędrówki księżyca, skrytego za gęstą warstwą chmur zasnuwających niebo. Ciemniej już się nie robiło, przez co nie miała pojęcia ile przyjdzie jej czekać na wschód słońca.
       Woda zabulgotała nieopodal, po chwili poczuła w dłoni coś zimnego i śliskiego. Krzyknęła, a w odpowiedzi coś szybko się cofnęło. Przez łzy dostrzegła nikły blask tuż przy twarzy. Usłyszała zapowietrzony, lekko ochrypnięty głos, szepczący jej do ucha:
       — Wrócą. Nie patrz, nie daj się zwabić.
       Zdołała wydobyć z siebie jedynie wysokie, piskliwe „c-c-coo?”.
       — Ogniki. Wabią. Idź ze mną, nie z nimi.
       Zimne coś znów złapało ją za rękę. Spodziewała się, że stworzenie ruszy przed siebie, lecz tkwiło w miejscu. Chwilę trwali w kompletnej ciszy i ciemności, aż w oddali znów zapłonął błękitny płomień. Był piękny, wręcz hipnotyzujący. Marta szybko zasłoniła oczy, żeby jej nie kusił.
       — Kim jesteś? — Bała się spojrzeć, lecz ciekawość nie pozwoliła na milczącą akceptację sytuacji.
       — Mieszkańcem.
       Ścisnęła lekko zimne coś trzymające ją za rękę. Przypominało dłoń. Całą pokrytą szlamem i wodorostami, może trochę zbyt smukłą, ale zadziwiająco ludzką. Wciąż nie była pewna, czy ufać jej właścicielowi. Postanowiła dać mu szansę.
       — Czemu ostrzegasz mnie przed ognikami?
       — Chcę pomóc. Widziałem szczęście, chcę żeby zostało.
       — Szczęście można zobaczyć? — zdziwiła się.
       — Na twarzy. Wcześniej, jak wyszłaś z jasnego.
       Zamyśliła się głęboko. Z jakiegoś powodu fakt, że stworzenie trwało przy niej, nie poganiało i cierpliwie odpowiadało na pytania sprawił, że zaczęła je lubić. „Gdyby chciało mnie skrzywdzić, już by to zrobiło” — pomyślała naiwnie.
       — Jak mam cię nazywać? — Uznała, że łatwiej zaufać komuś z imieniem.
       — Nie mam nazwy.
       — To ja dam ci imię. Może być Coś? — Stworzenie wydało pomruk aprobaty. Już się nie wahała. — Pójdę z tobą — oświadczyła z uśmiechem. Trzymająca ją dłoń lekko wzmocniła uścisk.

       Coś prowadził ją krętymi ścieżkami, na których od lat nie stanęła ludzka stopa. Szli w ciszy, którą zakłócały jedynie dźwięki ich kroków – delikatne stąpanie dziewczynki i plaskanie stóp prowadzącego ją stworzenia. Cały czas trzymali się za ręce.
       Chmury przerzedziły się, przepuszczając nikłe światło księżyca, dzięki czemu Marta miała okazję podziwiać drzewa wyrastające ze stawów i trzęsawisk. Tafla wody przy brzegu zniekształcała odbicia, zaś dalej widok zakrywała gęsta mgła unosząca się nad powierzchnią. Liście szumiały na delikatnym wietrze i tylko co jakiś czas pojawiał się pojedynczy ognik. Nie była sama, więc już się nie bała.

       Noc wciąż była czarna, kiedy dotarli na skraj lasu, do rozpadającego się płotu. Marta zrobiła krok poza granicę drzew i poczuła, jak wciąż zimna dłoń wysuwa się z jej palców. Odwróciła się pożegnać Cosia i podziękować za ratunek, lecz zobaczyła tylko pustą ścieżkę znikającą między drzewami.
       — Dziękuję — mimo wszystko krzyknęła w ciemność.
       Puściła się biegiem w dalszą drogę. Już po chwili dotarła do dębu i zobaczyła zarys domu. W oknach paliły się świeczki, a na werandzie stała ciemna postać szczelnie owinięta płaszczem. Mama.
       Spotkały się w połowie drogi. Trwały w objęciach, póki oddechy obu się nie uspokoiły.
       Niedługo później wrócił tata. W jednej ręce trzymał latarkę pożyczoną od sąsiada i ciastka, które dostał od mamy Zuzi. W drugiej zaś ściskał zabłoconą lalkę.
       — Zgubiłaś ją na schodach — jego głos lekko drżał, tak samo jak dłoń, którą wyciągnął w kierunku Marty.
       Szepnęła cichutkie „dziękuję” i uśmiechnęła się promiennie.

Komentarze

  1. Niezły tekst, zachęca i wciąga. Proste historie są najlepsze.

    Na pewno tutaj zajrzę!

    Zachęcam do zajrzenia do mnie: https://pre-editio.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobry wciągający tekst. Odrobinę niepokojacy, ale chyba o to chodziło. Lubię takie teksty.

    Pozdrawiam serdecznie z Krakowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, że się podobało :)
      Pozdrawiam również!

      Usuń

Publikowanie komentarza

Zapraszamy do komentowania!
Jednocześnie informujemy, że wszelkie treści obraźliwe, wulgarne oraz komentarze niezwiązane z treścią i reklamujące inne blogi, czy strony będą automatycznie usuwane.

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.