Przejdź do głównej zawartości

Nowe życie


Autor: entropia (kalaallisut)
Gatunek: Wspomnienia/Erotyk
Postać: Ten pode mną
Zdarzenie: Historia trzech dziur: Dziury w ziemi, dziury w dupce, dziury w mózgu

       — Już niedługo. Bądźcie wolni, ja nadchodzę!

       ***
       Podobno chwila zapominania nic nie kosztuje. Podobno pewne rzeczy są warte grzechu. Podobno... A jednak jeden wyjazd całkowicie odmienił moje życie. Najgorsze są historie, które zaczynają się niewinnie, a kończą tragicznie. Wystarczy nieodpowiedni moment i miejsce, by wpaść w otchłań zła jak w bagno. Jest gorsze im bardziej wykracza poza ramy naszego świata, wciąga tych, którzy mu ulegną. Istnieją takie miejsca, że kiedy światło gaśnie, ciemność pochłania wszystko, a wtedy potwory wychodzą na żer i dzieją się straszliwe rzeczy. W skutek bolesnych wspomnień umysł wytwarza wirtualną rzeczywistość, inną wersję snu będącą jedyną formą ucieczki przed ciemnością własnej psychiki, bo każdy koszmar ma swoje źródło w źle przeżytym dniu.

Źródło: pixabay.com Autor: fgmsp

       ***
       Nie wiem, jak tej wariatce udało się mnie namówić na tygodniowy pobyt w Nowej Zelandii. Trzeba przyznać, że jeżeli chce, umie postawić na swoim i przekonać do najgłupszego pomysłu. Nie bez przyczyny została radcą prawnym. Poważana pani prawnik – roześmiałam się w duchu, zerkając, jak poprawia złociste włosy i wypina do lusterka przed chwilą umalowane różową, brokatową pomadką usta. Na pierwszy rzut oka typowa głupiutka blondynka. Nie powinnam tak myśleć o pięć lat młodszej koleżance, ale image Izy bardziej pasował do konsultantki z Avonu niż prawniczej posady. Jednak pozory potrafią mylić. Pod maską słodziutkiej i bezbronnej kobiety kryła się prawdziwa lwica. Krystian – były mąż kumpeli, za skok w bok dostał solidną karę. Po rozwodzie dom dostała Iza. Nie wiem, czy miał coś więcej na sumieniu, czy zwyczajnie bał się, ale w wyniku polubownego załatwienia sprawy zostawił mieszkanie, w które tylko on inwestował.
       — Olka! — krzyknęła, szturchając mnie łokciem.
       — No co?
       — Chyba nie zamierzasz czytać teraz książki? Mamy tyle spraw do obgadania! — Wyrwała mi lekturę z dłoni i przez chwilę przyglądała się okładce.
       — Mróz? Czarna Madonna? — spytała ironicznie.
       Westchnęłam głęboko. Może faktycznie nie był to najlepszy wybór, biorąc pod uwagę, że autor opowiadał o zaginionym samolocie w niewyjaśnionych okolicznościach.
       — No dobra, a o czym chcesz konkretnie pogadać? — bez entuzjazmu odpowiedziałam pytaniem na pytanie, gdy nagle samolot zaczął się trząść.
       Przez głośnik podano informację, że wlecieliśmy w burzę. Pilot nakazał zachować spokój, ale ja nerwowo wbijałam paznokcie w oparcia od fotela, powtarzając w duchu uspakajacą mantrę:
       — Nie przesadzaj. Nie spadniemy. Nie znikniemy z radarów. To tylko turbulencje. Poczekaj, to minie.
       Odetchnęłam z ulgą, gdy wszystko wróciło do normy, ale i tak pomyślałam, że to zły znak.
       — Słyszałam, że Marcin wpadł z jakąś dwudziestką i planują teraz ślub. To prawda? — kumpela zadała pytanie, kiedy tylko przestało telepać samolotem.
       — Yhy, Jolka coś wspomniała — przytaknęłam, przełykając ślinę w zaschniętym ze strachu gardle.
       Kobieta pracowała w tej samej branży fotograficznej. Tak zresztą poznałam Izę. Robiłam dla niej album ślubny. Mieszkanie Jolki znajdowało się dwa piętra niżej od nowego lokum Marcina i tej młódki wywłoki. Znajoma często wysiadywała w oknie, przypominając typową wścibską staruszkę z poduszką na parapecie, tylko zamiast poduszki trzymała w dłoni aparat fotograficzny. Z byłym narzeczonym nie rozmawiałam od ładnych paru miesięcy, nie po tym, jak po dziesięciu latach ot tak oznajmił, że już mnie nie kocha i że to koniec.
       — Widzisz, tak się ociągał ze ślubem, to teraz ma za swoje. Podobno mają się pobrać. A ty, jak sobie radzisz z tym wszystkim? — spytała, zerkając na mnie i ciągnąc za język.
       — Próbuję zapomnieć, wymazać te dziesięć lat z pamięci. Skupiam się na obowiązkach zawodowych — wyjaśniłam chłodno, nie ujawniając skrywanych emocji.
       Jednak prawda wyglądała inaczej. Wszystko straciło sens. Od rozstania z Marcinem, gdy łapałam na kliszę szczęśliwe chwile z życia innych ludzi, ogarniał mnie smutek. Praca nie przynosiła tyle radości, co kiedyś.
       — Prawidłowo! Skupiaj się na swojej pasji. Z czasem zapomnisz, zobaczysz. Kto wie, może poznasz kogoś ciekawego na weselu lub w Nowej Zelandii. Tutaj zima, a tam teraz jest lato. Wygrzejemy sobie dupcie. — Na tę myśl Iza zatrzepotała radośnie rzęsami, poklepując mnie w udo.
       — Kawy, herbaty może panie sobie życzą? — spytał steward.
       — A możemy prosić o coś mocniejszego? — przymilnie zaproponowała koleżanka, owijając kokieteryjnie pukiel włosów wokół palca.
       — Gin, whisky, szampan, wino?
       — Niech będzie whisky — oznajmiła zdecydowanie.
       Młody mężczyzna o czarnych włosach i błękitnych jak niebo oczach uśmiechnął się i po chwili wrócił z trunkami.
       — Dziękujemy panu bardzo — zaszczebiotała Iza.
       Rzuciłam koleżance wymowne spojrzenie, kiedy jednym tchem opróżniła szklankę.
       — No co? Jedna małpka dla kurażu nie zaszkodzi.
       — Nic nie mówię. — Uśmiechnęłam się pod nosem.
       — A tak w ogóle, cieszę się, że mnie posłuchałaś i oddałaś się w ręce Sebastiana. Pięknie wyglądasz w tym melanżu kolorów na głowie... jak prawdziwa kocica. Nowa fryzura podkreśla twoje piękne zielone oczy. Mahoń, blond, róż, srebro i łola! Efekt bajkowych włosów. Od razu promieniejesz. I tak ci jest o wiele lepiej niż w tym żałobnym kolorze. Teraz z nowym wyglądem i wigorem stawisz czoła codziennym wyzwaniom!
       — Tak, teraz rycząca czterdziestka ze mnie na całego — wydukałam ponuro.
       — Ciii! — Zakryła mi usta. — Nie waż się wypowiadać tej liczby na głos. W Chinach czwórka przynosi pecha, a w towarzystwie zera to już w ogóle wrota do piekieł — oznajmiła z nutą grozy w głosie, palcem zataczając w powietrzu duży okrąg.

       ***
       Jeszcze się nie rozpakowałam, a żywiołowa koleżanka już odwiedziła mnie w srebrnym, neonowym bikini.
       — I jak? — nagabnęła wesoło, opierając wyprostowane ręce wysoko o framugę drzwi, wciągając jednocześnie brzuch.
       — Jak sardynka, która wyskoczyła z puszki — odpowiedziałam kąśliwie.
       Iza spojrzała z dezaprobatą spod zmarszczonych brwi.
       — To nie było miłe! — żachnęła się, krzyżując ręce na piersi.
       — Nawet się jeszcze nie rozpakowałam — wyjaśniłam zirytowana.
       — Olka! Daj spokój, później dokończysz. Wkładaj strój i lecimy na plażę. Czas przywitać Muriwai Beach. Czekam na ciebie przy recepcji.
       Nie miałam wyjścia, szybko wskoczyłam w przyciasne, czerwone bikini. Sporo mi się przytyło w ciągu roku. Przy tej sardynce będę wyglądać jak tuńczyk, pomyślałam, ale szybko odgoniłam negatywne myśli i popędziłam na dół.
       — Jesteś! Chodź, sprawdzimy, czy w twojej piersi bije serferskie serce.
       — Że co? — Zakrztusiłam się, popijaną wodą mineralną.
       Iza nie marnowała czasu, poklepała mnie po plecach i chwyciła za rękę, ciągnąc za sobą w kierunku plaży. Po drodze opowiadała podniosłym tonem:
       — Zapisałam nas na kurs chwytania fal. Pan Jacek, to bardzo miły mężczyzna i bardzo przystojny. Polak i utalentowany serfer. W dwa tysiące siedemnastym roku został mistrzem Hawajów.
       — Chyba oszalałaś! Ja połamię się na desce! Nie jesteśmy pierwszej młodości. — Zatrzymałam się, nie miałam zamiaru uczestniczyć w czymś tak ryzykownym.
       — Panikara z ciebie. Wszystko dla zdrowia. Ruszaj się! — Ponagliła mnie. — Nie mam zamiaru wlec cię całą drogę. No żwawiej, laska i uśmiechnij się, bo grunt to dobre nastawienie. — Ostentacyjnie klepnęła mnie w pośladki i ruszyła przed siebie.
       — W brzuchu mi burczy... — Zerknęłam na zegarek. — Iza za półgodziny, to mamy obiad!
       — Spokojnie, ja już zadbam o to, żebyś pół wiaderka mniej żarła. Nie chciałam ci tego mówić, ale ostatnio spasłaś się jak świnia. Zobaczysz, po tygodniu ze mną i panem Jackiem będziesz wyglądać jak szczupła trzydziestolatka — radośnie stwierdziła, ponownie ciągnąc mnie za rękę.
       Sama jesteś świnia, ale masz tupet! Nie ma to jak szczerość i bezpośredność bez ogródek. Stwierdziłam w milczeniu, maszerując za nią sfrustrowana.
       Gdy minęłyśmy gęsty busz, wyłoniła się czarna plaża. Piasek w tym miejscu zawdzięczał swój ciemny kolor dawnym erupcjom wulkanu.
       — Auuć! — krzyknęła podskakując zabawnie. — Ale parzy w stopy!
       — Zanim dotrzemy do morza, wyskoczą nam bąble. Nie da się iść na bosaka! — oznajmiłam z bólem.
       Czarny piasek dużo szybciej i o wiele mocniej nagrzewał się w słońcu niż biały. Przez chwilę, zanim na powrót ubrałyśmy klapki, komicznie przebierałyśmy na zmianę nogami. Dzieliło nas kilka metrów od trenera, a koleżanka już zaczęła wymachiwać dłonią na przywitanie. Jakże ona mnie irytowała! Swoją nadmierną gestykulacją i nadawaniem jak nieznośna audycja w radiu, której nie sposób wyłączyć lub przełączyć na inną stację.
       — Dzień dobry, jestem Iza, a to... — szturchnęła mnie w żebra. — Ola.
       — Dzień dobry — wydusiłam z siebie, spoglądając z lękiem na dwie deski zapewne przygotowane dla nas.
       — Witam was, dziewczyny. — Mężczyzna o wysportowanej sylwetce ciała, uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd równych śnieżnobiałych zębów, które mocno kontrastowały z ciemną opalenizną. — Poćwiczymy trochę na sucho, a potem ubierzemy stroje i spróbujemy ujarzmić żywioł. Zimna woda nie przeszkadza w serfowaniu. Wystarczy gruba pianka i można śmigać — dodał i znów uśmiechnął się czarująco.
       Obie wzięłyśmy swoje deski i ruszyłyśmy za trenerem w stronę morza. Na głowie mężczyzny śmiesznie podskakiwała ulizana mysia kitka.
       Nauka serfowania okazała się trudniejsza, niż myślałam, ale byłam dumna z siebie, że pod koniec lekcji udało mi się dłuższą chwilę utrzymać na desce.
       Wykończone i głodne wróciłyśmy do hotelu na kolację.
       — Ubierz coś seksy — rzuciła Iza. — Później jest impreza, potańczymy trochę.
       — Już nie mam sił! Rano nie będę mogła wstać z łóżka. To dopiero pierwszy dzień, a ty narzucasz śmiertelne tempo. — Rozdrażniona przymrużyłam oczy i odwróciłam się na pięcie, chcąc pokazać Izie, że nie mam ochoty na eskapady.
       — Oj tam, oj tam — bąknęła koleżanka. — Nie śmiertelne, tylko życiowe tempo — dodała i zniknęła za drzwiami pokoju.
       Na kolację dostałyśmy od szefa kuchni typową nowozelandzką potrawę kai, w skład której wchodziła wołowina, kurczak i oczywiście baranina z dodatkiem warzyw. Posiłek podano na pseudo talerzach uplecionych z trawy i liści. Później wyszłyśmy na duży taras usytuowany z tyłu hotelu, gdzie dudniła muzyka w stylu indie pop. Niewiele pamiętam z tej imprezy. Kolejne wydarzenia przebiegały błyskawicznie. Doświadczałam nowych emocji, które mi towarzyszyły podczas tańców z co chwila zmieniającymi się partnerami. W przerwach piłam drinka za drinkiem. Koło północy koleżankę poderwał świński blondyn o muskularnej budowie ciała i oświadczyła mi, że idą spędzić trochę czasu sam na sam, tym samym pozostawiając mnie w towarzystwie trzech nowozlenadczyków, którzy zapragnęli pokazać mi tajemniczą dziurę w pobliżu hotelu. Poinformowali mnie, że pojawiła się parę dni temu, a podobno w ostatnim czasie dochodziło do takich powstających zapadlisk w ziemi na całym świecie dość często. Najniższy z mężczyzn, a zarazem najbardziej wygadany wyciągnął telefon i na YouTube włączył nagrania z trzech takich niezwykłych miejsc: ze wsi Neledino w Rosji, z półwyspu Jamalskiego i z Gwatemali, gdzie dziura powstała w samym środku miasta, pochłaniając całe skrzyżowanie.
       — We are lucky! This is small! (*1) — krzyknął podekscytowany.
       „No, patrzcie go, kurdupel, ale wygadany i odważny” – pomyślałam, kiedy pierwszy wskoczył do środka i wyciągnął do mnie dłoń, wołając:
       — Hurry up! Your turn! (*2)
       Koledzy bruneta ponaglili, abym zeszła w dół. Po chwili bezpiecznie znalazłam się w środku dziury. Reszta towarzystwa podążyła za mną. Pogładziłam dłonią otwór wzdłuż równomiernych i gładkich krawędzi, który miał około trzech metrów średnicy i dwóch głębokości.
       Poczułam lekki niepokój, gdy zdałam sobie sprawę, że znalazłam się sama w towarzystwie trzech pijanych i napalonych samców, i to w miejscu, z którego o własnych siłach nie potrafiłbym się szybko wydostać. Czyżbym wskoczyła na własne życzenie do pułapki bez wyjścia? Onieśmielona zerknęłam na towarzyszących mi mężczyzn, po czym zadarłam głowę wysoko do góry i spojrzałam na piękne gwieździste niebo, na którym rozpoznałam Pas Oriona i gwiazdozbiór Wielkiego Wozu. Gdy dotykałam oczami gwiazd, spokój powrócił. Nie trwał jednak zbyt długo. Niebieskooki brunet przytulił mnie od tyłu, mocno dociskając do siebie. Oparł głowę na moim ramieniu. Nasze rozpalone policzki stykały się wzajemnie. Zaczęliśmy się obracać w kółko, imitując taniec. Gorąca fala dreszczy przeszła po moim ciele, gdy mężczyzna rozpoczął kaskadę pocałunków na szyi. Dwóch szatynów o tak samo nienaturalnie jaskrawo błękitnych oczach objęło nas. I tak trójka obcych facetów zaczęła ocierać się o mnie, szepcząc do uszu komplementy na zmianę w języku angielskim i nowozelandzkim. Dźwięki szeptów wywołały przyjemne ciarki, które chciałam, aby trwały jak najdłużej. Z wypowiadanych pochlebstw zrozumiałam jednie tyle, że jestem piękna i mam gładką, delikatną skórę, oraz cudowne włosy, które wyglądają jak jasny płomień. Jeden z mężczyzn palcami zaczął je zaczesywać, aby podnieść do góry. Po chwili już muskał ustami kark i podgryzał ucho. Ogarnęła mnie nieziemska błogość, rozpływałam się w czułych objęciach trójki przystojniaków, których języki ślizgały się wzdłuż moich ramion, pach i szyi. Zacisnęłam uda, czując narastające pożądanie i delikatne mrowienie w głowie. Napięcie seksualne wzrastało, a mnie kręciło się w głowie. Z trudem utrzymywałam równowagę, czując na plecach dodatkowy ciężar opierającego się bruneta, który chwiał się z powodu wypitego zapewne w zbyt dużych ilościach alkoholu.
       — Czy na pewno tego chcesz? Czy jesteś gotowa? — Wewnętrzna bitwa myśli nie dawała mi spokoju.
       Perspektywa zbliżającego się stosunku z trzema mężczyznami z jednej strony podniecała mnie, a z drugiej strony przerażała. Tylko czy istniała jeszcze szansa na wycofanie się z tak napiętej sytuacji? Gdy wspominam dalsze wydarzenia, przeszywający ból rozrywa głowę. Co ja wtedy sobie wyobrażałam, przecież w głębi duszy wiedziałam, że to musiało się źle skończyć.
       Niski mężczyzna niespodziewanie obrócił mnie przodem do siebie, wsunął głęboko nogę między moje i uniósł do góry. Gdy złapał za uda, intuicyjnie wskoczyłam i objęłam nogami w pasie błyskotliwego uwodziciela. Zatoczyliśmy parę kółek, jednak młodzieniec stracił równowagę, co skończyło się nagłym upadkiem. Nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu. Przez chwilę znów poczułam spokój. Siedziałam na przystojniaku, który podniósł dłoń, aby zgarnąć mi z twarzy włosy. Spojrzał na moje usta i pogładził je kciukiem, aby po chwili złożyć na nich namiętny pocałunek. Powoli oddawałam się rozkoszy. Wewnętrzny opór opadał na sile z każdą kolejną doznawaną pieszczotą, aż całkowicie zanikł, a wtedy poczułam się wolna i wyzwolona z lęków. Siedząc okrakiem na obcokrajowcu, poczułam, że na jego spodniach pojawiło się wybrzuszenie spowodowane twardniejącym penisem, więc odpięłam pasek, potem guzik i rozporek. Ogarnął nas szał namiętności. W pocałunkach, nasze języki figlowały intensywnie. A ja, chciałam więcej i mocniej, chciałam poczuć go głęboko w sobie. Brunet też zapragnął mnie jeszcze bardziej. Przez stringi jedną dłonią zaczął masować wrażliwy klejnot kobiecości, a drugą moje pośladki. Och, jak ja cała drżałam w rytmie ruchów jego ręki. Udami ocierałam się o napalonego mężczyznę, czując coraz większą wilgotność w kroku. Pozostałych dwóch panów też nie próżnowało. Mężczyzna stojący z prawej strony, zsunął ramiączko sukienki i biustonosza, a nowozelandczyk kucający z lewej strony opuścił moją kusą, wieczorową kreację do pasa. Podczas gdy intensywnie zatapiałam się w pocałunkach i pieszczotach bruneta, dwójka mężczyzn wsuwała ciepłe dłonie pod biustonosz, uwalniając piersi. Nie krępowałam się nagością ani niedoskonałościami swojego ciała. Mrok nocy ośmielał mnie coraz bardziej, został sprzymierzeńcem. Odchyliłam się do tyłu, gdy mężczyźni zaczęli na zmianę lizać i ssać twardniejące skutki, powodując, że mój oddech stawał się płytszy i szybszy. Tej nocy stałam się dojrzałą królewną, której należała się chwila zapomnienia i spełnienia. Adoracja trzech młodzieńców łechtała kobiece ego. Brunet włożył mi głowę pomiędzy piersi i pieścił żarliwie. Chwytając mnie za biodra, dociskał mocno do siebie. Dłużej już nie dał rady – powstrzymywać się od zdobycia tego, na czym zależało mu najbardziej. Zdecydowanym ruchem przesunął w bok pasek koronkowych, czarnych stringów i wbił się dumnie nabrzmiałą męskością w wilgotną szparkę. Początkowo pchnięcia były ostrożne i powolne, ale wraz z kolejnymi przybierały na sile, aż w końcu wszedł we mnie do końca, mocno i niemalże boleśnie.
       — Och... — jęknęłam z utęsknionej i doznawanej w tym momencie przyjemności.
       Po chwili już nie mogłam wydobyć żadnego odgłosu, bo otwarte z rozkoszy usta na zmianę zatykały dwa nabrzmiałe i domagające się uwagi penisy. Panowie nadawali rytm, przytrzymując moją głowę i dociskając do swoich krocz. Krztusiłam się, nie mogłam złapać oddechu. Ten pode mną nie ustawał w rytmicznych ruchach, szybko podnosił i opuszczał biodra. Nagle, któryś z szatynów kucnął za mną. Poczułam nieprzyjemny ucisk i lekki ból, gdy powoli wsunął w odbyt trzy palce, poszerzając ciasną dziurkę dupci, aby po chwili wejść do niej swoim twardym prąciem. Trzymając mnie za biodra, wsuwał go do samego końca i wysuwał coraz szybciej.
       — Ach! Och! — Zaczęłam krzyczeć z rozkoszy, która rozsadzała mnie od środka.
       Nie wiem, jak mogło do tego dojść. To w ogóle nie pasowało do mnie. Bez cienia wstydu i skrępowania zabawiałam się z trójką nieznanych mi mężczyzn. Rozluźniona i zrelaksowana oddawałam się ich pieszczotom.
       — Aaaaa! — wrzasnęłam z przerażenia, kiedy dostrzegłam, że zamiast męskiego przyrodzenia w dłoniach trzymam wijące się węże.
       Nie, nie. Stop! To wcale się nie wydarzyło. Mam w mózgu same dziury, ale jestem pewna, że to nie były prawdziwe wspomnienia. Pamiętam, jak kolejno wskakiwaliśmy do tej przeklętej dziury, gdy niespodziewanie oślepiło nas światło. Nic nie widziałam. Moje ciało zaczęło się unosić do góry, nie mogłam wykonać żadnego ruchu, ani wezwać pomocy. Leżałam, a raczej lewitowałam cała sparaliżowana i śmiertelnie przerażona. W pewnym momencie światło znikło, a ja upadłam obok dziury. Czułam, jak pode mną zaczyna drżeć ziemia. Pomyślałam, że to trzęsienie ziemi! Drgania trwały jakiś czas, aż otwór w glebie znikł. Nie widziałam, co dokładnie się stało... Nie mogłam podejść. Kątem oka obserwowałam wydarzenia, ale jestem pewna, że dziura z trzema młodzieńcami w środku zasklepiła się całkowicie.
       Pozostało mi parę wspomnień. Gdy otworzyłam oczy, znalazłam się w przyciemnionym miejscu; mrok rozświetlało nikłe światło porozstawianych świeczek. Wyglądało to na podziemny loch. Leżałam z rozłożonymi nogami i z naciągniętymi ramionami na dziwnej podstawie. Kostki, nadgarstki były zapięte pasami do przymocowanych uchwytów na drewnianej platformie w kształcie koła, które zostało wprawione w ruch. Przy mnie stały zamaskowane postacie w czarnych, dużych trójkątnych kapturach, zasłaniających twarze. Pamiętam kolor oczu, wszyscy mieli takie same jak poznani młodzieńcy. Jaskrawo błękitne ślepia patrzyły na mnie z otworów wykrojonych w maskach. Szeptali coś wspólnie w nieznanym mi języku, a ja kręciłam się coraz szybciej i szybciej. Na ile mogłam, odchyliłam głowę w bok i zwymiotowałam. Nagle platforma się zatrzymała. Postacie dalej recytowały jakieś słowa. Przypominało to modlitwę, albo zaklęcia wypowiadane w zbiorowym transie. Zaczęli kolejno unosić na przemian swoje dłonie nad moim brzuchem. Najpierw prawa ręka potem lewa. Wtedy ich policzyłam. Dziewięć dziwnych i przerażających osób. Czy to jakiś rytuał? Czy po wszystkim mnie zabiją? Tak strasznie się bałam, ale dalej nie mogłam wykrztusić z siebie żadnego słowa, a nawet gdyby to było możliwe, pewnie i tak, nikt by nie usłyszał mojego wołania. 

Źródło: pixabay.com Autor: darsouls1

       W pewnym momencie ucichli, aby po chwili głośno chórem wypowiedzieć: 
       — Perfectum complevit! (*3)
       Wszystkie płomienie świecy zdmuchnął nagły powiew wiatru. Nastała całkowita ciemność. Wytężałam wzrok, ale nic nie mogłam dostrzec, nawet tych postaci, które przed chwilą pochylały się nade mną.
       — Auć!!! Auć!!!
       Przeraźliwy pisk i szum rozrywały mi głowę. Brzmiało to, jak dźwięki ustawione na głośną nieprzyjemną częstotliwość. Bzyczenie rojów much, os lub innych owadów przybierało na sile.
       — Słyszysz? — spytał głos w otchłani. — Słyszysz? — powtórzył.
       — Kim jesteś?
       Nikt nie odpowiedział. Za jakiś czas intensywne bzyczenie ucichło.
       — Raz... dwa... trzy! Raz... dwa... trzy! — Tym razem chyba maszerowali żołnierze.
       Ziemia dudniła pod ich stopami. W tle słychać było nawołujące okrzyki zachęcające do szybszego kroku.
       Światło zabłysło na parę sekund, po czym nastała całkowita ciemność. I tak na zmianę. Oślepiająca biel, mroczna czerń, światło, mrok, światło, mrok. Wszystko migotało w błyskawicznym tempie.
       — Aaaa!!! Aaaa!!! Aaaa!!! — zerwałam się z łóżka, krzycząc na całe gardło.
       Po chwili do mojego hotelowego pokoju wparowała Iza.
       — Olka!!! — wrzasnęła. — Ja pierdolę, co ci się śniło? Chcesz, żebym zawału serca dostała!
       — Perfectum complevit — nie wiem czemu, powtórzyłam te słowa, które wróciły do mnie jak echo z koszmaru, a może innego świata.
       Za parę miesięcy miałam się przekonać, że potwory istnieją naprawdę. Żyją blisko nas i czasami wychodzą z obskurnych, odosobnionych zakamarków mroku.

       ***
       Gdy obudził mnie płacz niemowlęcia, na zegarze wyświetlała się godzina druga w nocy.
       — Łee, łee, łee...
       Nocna lampka zapalała się i gasła, zapalała się i gasła.
       — Łee, łee, łee...
       Wzięłam dzieciątko w ramiona i zaczęłam tulić.
       — Już dobrze, jestem przy tobie, nie płacz synku — wyszeptałam, dygocząc ze strachu.
       Miałam złe przeczucia, że to dopiero początek koszmaru i za chwilę wydarzy się coś niedobrego. I pojawiło się... Błękitne, jaskrawe ślepia przypominające oczy wilków. Dobrze je pamiętałam. Rozmazane postacie powoli zbliżały się do nas.
       — Kim jesteście?! Czego ode mnie chcecie?! — wykrzyczałam przerażona i cofnęłam się z dzieckiem pod ścianę.
       Wówczas coś zaczęło uporczywie chrobotać i chrzęścić, jakby ze ściany zaraz miała wyskoczyć chmara wygłodniałych i rozwścieczonych szczurów.
       — Łee..., łee..., łee...
       Bezradna i bezbronna kucnęłam, trzęsąc się ze strachu. Tuliłam do siebie nieustannie płaczące dziecko.
       — Na imię mi Legion, bo nas jest wielu(*4). Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć (*5) — odpowiedział chór nakładających się głosów.
       Uporczywie bzycząca mucha usiadała na żarówce w lampie, która po chwili całkowicie zgasła.
       — Perfectum complevit — skrzeczącym, niemowlęcym głosem odezwał się syn.
       — F... F... Filip!!!(*6) — wyjąkałam przestraszona.

       ***
       — Olka! Zwariowałaś?! Jest czwarta nad ranem. Nie mogłaś poczekać z telefonem kilka godzin? No dobra, słucham, co się dzieje? Oby to było coś ważnego.
       — Iza, ja... ja... jestem w ciąży! Wczoraj zrobiłam test.
       — Gratulacje! Naprawdę nie mogłaś poczekać z tą wiadomością do rana?! Ale chwila, jak to w ciąży? Z kim? Kiedy? Chyba mi o czymś nie powiedziałaś...
       — Pamiętasz nasz pobyt w Nowej Zelandii... Chyba zostałam zgwałcona. Słyszysz? Izka, odezwij się!
       — Tak, słyszę, tylko nie wiem, co powiedzieć. Zgwałcona?! Olka, cholera! Czekaj, ogarnę się i zaraz przyjadę do ciebie. Dobrze? Na spokojnie mi wszystko opowiesz.
       — Niewiele pamiętam, to znaczy, jednie coś, co chyba nie wydarzyło się naprawdę.
       — Okej, już jadę! Czekaj na mnie!

       ______________________
       *1) We are lucky! This is small! – z angielskiego: Mamy szczęście! Ta jest mała!
       *2) Hurry up! Your turn! – z angielskiego: Pośpieszy się! Twoja kolej!
       *3) Perfectum complevit! – z łacińskiego: Doskonały skończony!
       *4) Na imię mi Legion, bo nas jest wielu – Ewangelia Marka 5, 9.
       *5) Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka.
       A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć. – fragment z Apokalipsy św. Jana 13, 18.
       *6) Liczba bestii jest zwykle kojarzona z liczbą 666, zapisywana również jako „FFF”, gdyż litera „F” jest szóstą literą alfabetu.

       ______________________
       http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/834.php
     

Komentarze

  1. Jedna chwila nieuwagi, która może nas kosztować życie...

    To bolesne słowa, ale prawdziwe. bardzo często dajemy ponieść się chwilom, a potem tego żałujemy. Najlepiej być szalonym, ale pamiętać o odpowiedzialności.


    Pozdrawiam,
    Robert
    https://pre-editio.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Robert... Dziękuję za ślad i pozdrawiam!

      Usuń

Publikowanie komentarza

Zapraszamy do komentowania!
Jednocześnie informujemy, że wszelkie treści obraźliwe, wulgarne oraz komentarze niezwiązane z treścią i reklamujące inne blogi, czy strony będą automatycznie usuwane.

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.