Przejdź do głównej zawartości

Godzina


Autor: Ritha
Gatunek: Thriller
Postać: Filantrop
Zdarzenie: Zakopałem ją

       — Miała w kuchni takie różne, wiszące na szafce, takie te… przybory kuchenne. Chochelki, łyżki wielkie, takie, szpatułki, nie wiem, jak to się fachowo nazywa. Był też taki podwójny szpikulec, hm, może do ryb?
       — Do ryb?
       — Nie wiem, pomyślałem o rybach. Może bardziej o ich oczach. Mętnych, mlecznych, martwych. Ryba psuje się od głowy, ja… — zastopował.
       — Ty też?
       — Ja też. Czytasz mi w myślach?
       — Po prostu trochę cię już znam. Mów dalej.

Źródło: pixabay.com Autor: 12019

       Siedział po drugiej stronie wysłużonego biurka. Odmawiał leżanki od samego początku, twierdząc, że czuje się na niej idiotycznie, a poza tym przypomina sztampowe standardy zdarte ze średniobudżetowych filmów. Siedział więc, płacił i mówił. Spotykali się raz w tygodniu na godzinną sesję. Na pierwszej zapytał, czy obowiązuje ją coś na kształt tajemnicy spowiedzi. Odparła, że owszem, choć zależy czy to, co usłyszy, będzie złamaniem obowiązującego prawa. Omijał więc konkrety. Z rozsypanych puzzli mogłaby natomiast ułożyć całkiem klarowny obrazek. Nie chciała jednak, by przestał przychodzić.
       — Płaciłem za te wszystkie pierdolety kuchenne. Za ten szpikulec też na pewno bezwiednie zapłaciłem, dawałem jej na zakupy moją kartę. Wiesz, kupiłem go. Był mój. Chciałem go użyć. Słuchasz, czy myślisz teraz o tym, jak by było fajnie pieprzyć się na tym biurku?
       — Nie, teraz w tym momencie nie. Słucham.
       — Profesjonalizm.
       — Mów o uczuciach. Co czujesz, co cię martwi, co cię smuci? Za to płacisz. Za rozmowę.
       — Martwiło mnie wyrzucanie pieniędzy w błoto i to, że nie jemy ryb, a szpikulec był do nich.
       — Była twoją żona?
       — Prawie.
       — To która była twoją żoną?
       — Czy to ważne? Czy serio, kurwa, musisz się orientować? Skoro nie ogarnęłaś do tej pory, to już mniejsza z tym. Nie słuchasz mnie, przychodzę tu od dwóch miesięcy, ubierasz coraz obciślejsze ciuchy, malujesz coraz mocniej twarz, milczysz nadal, choć usłyszałaś już wystarczająco. Liczysz na bonus?
       — Liczę, że ci pomogę. Skoro wciąż mówisz, widocznie tak jest. Wybijasz się. Co było dalej?
       — Wiesz, fajnie wygląda dom po walce. — Rozpogodził się. — Naprawdę widać jej tor. Sporo pracowała palcami, wydarła pół firanki z karnisza w dużym pokoju. Notabene firanka też za moją forsę.
       — Prawdziwy z ciebie filantrop, czy naprawdę o pieniądze chodziło?
       — Spoufalasz się. Ty mnie wybijasz, wtrącasz się. Zmniejszyłem dystans, więc sobie pozwalasz. Nie, nie chodziło o pieniądze. Zawsze chodzi o to samo. O to, że wszystkie są jednakowo irytujące, że wszystkie mówią o tym samym, że uwodzą, dopóki nie dojdą do etapu, na którym mogą przestać się starać, a potem próbują cię złapać na dziecko, zadowolić popołudniowym schabowym i rozpierdoleniem twojej ciężko zarobionej kasy na duperele typu pościel w misie. I pierdolą, pierdolą, pierdolą, jedno i to samo, jedno i to samo, jedno i to samo, i w kółko, i w kółko i wciąż. Chodzi o to, że wszystkie — zrobił krótką pauzę, nie spuszczając wzroku z rozmówczyni — oszukują.
Napili się wody.
       — Twoja matka też taka była?
       — Ty dziwko.
       Zacisnęła wargi.
       — Wiesz, że odciąłem ją ze sznura. Opowiadałem o chłopcu, który zaszczał gacie, nim całą kamienicę wypełnił jego krzyk. O chłopcu, który nie mówił przez trzy kolejne miesiące i który stracił razem z nią cały, pierdolony świat. Kto ci dał, kurwa, dyplom? Ja pierdolę, dolicz mi za obelgi. Nie pamiętam czy też taka była, nie była, nie wiem, nie pamiętam nic sprzed tego dnia, tylko kadry, pojedyncze chwile, wycinki szczęśliwych dni. Mówiłem o czymś innym, o teraźniejszości, o torze, po którym toczyła się walka. Najśmieszniejsze, że nasz kot lizał ślady krwi. Pamiętam — wyraźnie się ożywił — że pierwszą rozcięła sobie brew. Wiedziałem, że nie lubi duszenia, więc przeszedłem właśnie do tego, zabawne… Wiesz, jak człowiek się rzuca, gdy odetnie mu się tlen? Walczy każdą kończyną. Machała nimi jak rasowy wioślarz i ten stłumiony dźwięk z jej głębi. Serio chciała żyć. Nie podciągnąłby tego pod afekt, bo trochę się przygotowałem. Nastawiłem piekarnik. Nie myła go, wiesz? Suka go nie myła. Śmierdział, gdy tylko się nagrzał. Złapałem ją za włosy i wsadziłem do środka łeb. Był na sto dwadzieścia, ale chyba nie zdążył się nagrzać, bo czerwone kółeczko wciąż się świeciło, czyli się nagrzewał, tak?
       — Tak, wciąż się nagrzewał.
       — No właśnie, więc w środku zapewne było mniej. W końcu dałem jej kilka sekund. I sobie też. Uciekła do łazienki. Wy serio wszystkie uciekacie do łazienki? Drzwi od mieszkania już wcześniej zamknąłem na klucz, schowałem go do kieszeni, na jej oczach, widziała, wiedziała. Wiedziała, co będzie. Czułem jej śmierdzący strach.
       — Zamknęła się w łazience?
       — Taa, kopałem w nie. Kopnąłem w nie tak, aż skrzypiały zawiasy. Dałem jej ultimatum, że jeśli tam wejdę sam, to zapamięta mnie do końca życia. Choć i tak pewnie zapamiętała. Zaproponowałem jednak, by otworzyła, a będę łagodniejszy.
       — Kłamałeś.
       — Kłamałem. Dobra, nie chcę mi się już tego opowiadać, jeszcze chwilę ją zmęczyłem, potem beczała w kącie, potem pociągała nosem przez kilka kolejnych godzin, potem nie odzywała się, aż wezbrał odważny gniew i próbowała, hm, chciała się jakoś, nie wiem — zaśmiał się — zrekompensować?
       — Pytasz, czy stwierdzasz?
       — Wiesz, ona się bała. Bała się i dlatego walczyła. Bała się i dlatego nie urządziła odwetu. Bała się i dlatego ze mną została. Paradoks, nie? Była jednym wielkim, obsranym tchórzem.
       — Tęsknisz za mamą?
       — Nie myślę o niej. Nie pamiętam jej. Próbujesz wzbudzić we mnie głębsze emocje? Stąd te przeskoki? Stąd wciąż ten jeden powracający temat?
       — Próbuję cię poznać.
       — Fascynuję cię?
       — Przerażasz.
       — Bzdura. Może chcesz mnie wsypać? Może to rozważasz, obracasz w myślach, hm?
       — Może tak, może nie.
       Roześmiał się, ona także.
       — Wiesz — zaczął niepewnie — czasem wariuję. Czasami to wszystko, ten cały zewnętrzny świat, on, hm. Jakby każdy atom... Jezu.
       — Spokojnie.
       — Jakbym musiał coś zniszczyć. Jakbym musiał zrobić coś, hm, coś skrzywdzić, kogoś skrzywdzić, siebie skrzywdzić. Jezu, kochałem ją, przez krótki czas, przez ułamek życia, kochałem tę ostatnią dziewczynę, kurwa, jak masz na imię? Co tam jest napisane na plakietce? — Nachylił się. — Nie masz plakietki? Śmieszna kieszeń. Wiesz, to uczucie, kiedy rozcinasz sobie skórę, jest przejściem pewnej granicy, zmaterializowaniem problemu, krzykiem, wołaniem i innymi tymi waszymi psychologicznymi pierdołami. Ale każda granica kiedyś się przesuwa. Każda przekroczona powiększa obszar dostępności. Nazwij to po swojemu, wytłumacz mi, ja pokiwam głową, ty mnie skasujesz, ja wrócę do swojego życia, ty wieczorem pomyślisz, jakby było, gdybym dziś…
       — Strasznie dużo mi wmawiasz.
       — Wkurza cię, że straciłaś przywilej dyrygowania tą rozmową? Trzeba było go pilnować. Trzeba było mi nie pozwolić. Mogłaś to zrobić ty, mogła zrobić każda z nich.
       — Nie znam twojego imienia, nie znam nazwiska, adresu, nic. Przyszedłeś tu, płacisz, mówisz. Nawet nie wiem, jak się do ciebie zwracać. To utrudnia swobodną konwersację.
       — Mów po prostu „ty”. Bezimienny „on”. Szukasz dziury w całym. Nazwij mnie po swojemu.
       — Za pierwszym razem, powiedziałeś, że ją zakopałeś. Czy to ta kobieta? Czy którąś z wcześniejszych? Czy… kto?
       — Któraś z wcześniejszych. Pierwsza.
       — Okej, opowiedz.
       — Naprawdę ją zakopałem.
       — Wierzę, opowiedz.
       — Naprawdę! Kurwa.
       — Opowiadaj do cholery…
       — Kopnąłem ją tego ranka, kopnąłem ją w nogę, kopnąłem ją, bo nie chciałem zjeść pieprzonej zupy mlecznej, obrzydlistwo. Matka była zła poddenerwowana, nie wiem, przez ojca zapewne, opowiadała coś, ale ja wiem, po prostu to, kurwa, wiem. Wiem, że to też przez to. Że ją kopnąłem w nogę, zarzuciłem plecak i tyle mnie widziała. Dosłownie. Wróciłem, widziałem ją, ona mnie nie.
       — Więc ją kopnąłeś, nie zakopałeś.
       — Zakopałem. Zakopałem na śmierć. Tak wszystkim mówiłem. Krzyczałem. Ojcu, policji, każdemu. Krzyczałem, że zakopałem ją za śmierć. Wyłem i wrzeszczałem, że zakopałem ją na śmierć.
       — Powiesiła się. Ty kopnąłeś tylko raz. To nie twoja w…
       — Moja!
       — Miała problemy, ukryte, przed tobą, tobą-dzieckiem, jakieś poważne, nie odebrałaby sobie życia przez kłótnię o zupę.
       — Byłem katalizatorem.
       — Popełniłeś błąd. Popełnia je każdy.
       — Ponoszę więc konsekwencje.
       — Ponoszą je kobiety, które maltretujesz w związku z tym, że nie radzisz sobie ze sobą. Nie zakopałeś jej. Byłeś dzieckiem, popełniłeś głupi błąd.
       — Powiesiła się tego dnia!
       — Przestań wrzeszczeć. Ty przyszedłeś do mnie, nie ja do ciebie!
       — Płacę, żebyś słuchała i wydobywała te całe... emocje — podkreślił kpiąco — więc stawiasz się specjalnie. Ile razy zwizualizowałaś sobie dziś mojego penisa?
       — Ani razu.
       — Zrób to teraz.
       — Wróćmy do tematu.
       — Robisz to, ha!
       Zaśmiała się, on natomiast pozostał przy beznamiętnym wyrazie twarzy. Spojrzał na zegar, pozostało zaledwie kilka minut.
       — Ludzie w autobusach śmierdzą.
       Uśmiechała się wciąż.
       — No posłuchaj mnie, serio śmierdzą, ja nie wiem, jak to jest, nie odpalił mi przedwczoraj samochód, pojechałem do pracy autobusem i obserwowałem ludzi. Wąchałem ich.
       — Jesteś negatywnie nastawiony — stwierdziła, nie pozbywając się radosnego wyrazu twarzy.
       — Dupa tam. Mój nos jest nastawiony neutralnie, a wyczuł…
       Mówił.
       Do końca pełnej godziny mówił.
       Ona natomiast wtrącała co jakiś czas kontrolne pytania, nie przestając się uśmiechać.
       Zapłacił i wyszedł.
       Pozostało jej czekać pełne siedem dni.

Komentarze

Publikowanie komentarza

Zapraszamy do komentowania!
Jednocześnie informujemy, że wszelkie treści obraźliwe, wulgarne oraz komentarze niezwiązane z treścią i reklamujące inne blogi, czy strony będą automatycznie usuwane.

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.