Przejdź do głównej zawartości

Najgrzeczniejsze dziecko świata


Autor: szopciuszek
Gatunek: Science fiction
Postać: Milczące dziecko
Zdarzenie: Czcze gadanie

        To ostatni pokaz tego dnia. Na scenie, na krzesełku, siedzi chłopczyk. Choć prowadzący jeszcze tego nie powiedział, ja wiem, że ma dziesięć miesięcy. Dwa duże ekrany pozwalają dokładnie przyjrzeć się maluchowi, który spoziera na widownię wielkimi niebieskimi oczami. Kiedy obraca głowę, z tyłu widać puchaty kuperek jasnych włosów. Na twarzy błąka się delikatny uśmiech. Jednym słowem – aniołek.

Źródło: pixabay.com Autor: Mike_Cuvelier

        Konferansjer, będący czymś na kształt obwoźnego akwizytora, nie podaje imienia małego. To zamierzone. Docelowo każdy widz ma ujrzeć w chłopcu własne dziecko.
        Spoglądam w prawo, obok mnie siedzi brzuchaty mężczyzna po czterdziestce. Dalej widzę starsze małżeństwo. Kiedy się odwracam, dostrzegam parę kobiet w ciąży. Nie wszystkie miejsca są zajęte. Nie szkodzi, choćby był tu tylko jeden widz, ja mam zadbać o to, żeby pokaz odbył się jak należy.
        Dzieciak nie rusza się, nie majta nawet pulchnymi nogami. Przyciska tylko do siebie brązowego misia, przepasanego olbrzymią, niebieską kokardą. Nie dziwię się, jest późno.
        Publiczność słucha uważnie, zahipnotyzowana głosem prowadzącego, a może jego uśmiechem, przywodzącym na myśl kota z Cheshire. Mówi coś o gentechu i nanoblokerach. Reklamuje najnowszy produkt wspaniałej korporacji EasyLife; czyli to, co płynie w żyłach milczącego cherubinka. Najgrzeczniejszego dziecka na świecie.
        — I tu dochodzimy do sedna — konferansjer podnosi głos — Nasz maluch nie wyda z siebie żadnego dźwięku, aż do ukończenia pierwszego roku życia.
        Po sali przebiega szum.
        — Szkoda, że nie do osiemnastki — mruczy grubas z prawej i mruga do mnie. Starsza pani obok niego zaciska wąskie usta. Korci ją, żeby się odezwać, ale ostatecznie poprawia tylko torebkę na kolanach.
        — A potem jedyne, co wypowie, to sylaby, słowa i zdania. I tak do trzecich urodzin. Żadnych krzyków, żadnych pisków – tylko owoce tego, co wchłonął z otoczenia.
        Znam tę gadkę niemal na pamięć. To już ósmy pokaz tego dnia. Zmęczenie daje mi się we znaki. Mam córkę, a ciągłe kolki nie pozwalają mi zmrużyć oka w nocy. Mimo wszystko jestem wdzięczny za tę pracę. Targi wprawdzie niedługo miną, ale pieniądze zostaną. Na jakiś czas.
        — Bezzasadny płacz przeszkadza nie tylko nam, rodzicom. Przede wszystkim przeszkadza on samemu dziecku. Ale zanim przejdziemy dalej, zróbmy mały eksperyment.
        Widownia faluje, plecy prostują się, wszyscy chcą lepiej widzieć scenę.
        — Najczęstsza przyczyna płaczu... Głód? — Kot z Cheshire patrzy na potakujące głowy. — Często to tylko mechaniczne pragnienie, nie mające nic wspólnego z aktualnymi potrzebami. Przecież już sam widok butelki potrafi wzbudzić krzyk. A tu? Proszę patrzeć uważnie.
        Długonoga asystentka o upiętych blond włosach pojawia się na scenie. W ręku trzyma podłużny przedmiot pełen mleka. Publiczność porusza się niecierpliwie. Ja też wyciągam szyję – nie wychodzę z roli. Maluch, jak za każdym razem, ożywia się i rozgorączkowanymi oczami spogląda to na asystentkę, to na biały płyn. Uśmiecha się szeroko, pokazując dwa dolne zęby.
        W końcu blondyna przystawia mu smoczek do ust, a ten z radości omal nie wywraca krzesełka. Pije łapczywie, jakby świat miał się zaraz skończyć. Zaciska dłonie tak, że aż bieleją mu kłykcie. Miś pochyla się w ukłonie, ale nie upada. Kiedy chłopiec w końcu łapie odpowiedni rytm, asystentka zabiera butelkę i wskazuje na malca.
        Buzia wykrzywia się, a czoło marszczy. Ludzie patrzą, czekają. Jak nic się rozpłacze. Ale nie, twarz powoli rozpogadza się, a kąciki ust wędrują w górę. Rozczapierzone palce znajdują oparcie w misiu. Po sali rozlewa się pomruk zdziwienia.
        — Dzieciaka tak męczyć... — parska brzuchacz, ale siedzi dalej. Tacy jak on zawsze tylko gadają. Wiem, że zostanie do końca. Stare małżeństwo dyszy z niezadowolenia, w końcu wstaje i wychodzi. Gdzieś z przodu ryczy jakieś dziecko. Ojciec przechadza się z nim pod sceną, nieporadnie próbując je uciszyć.
        — Czy są na sali rodzice? — prowadzący bez problemu przebija się przez hałas i korzysta z nadarzającej się okazji.
        Podnosi się parę rąk, w tym moja.
        — Kiedy państwa dzieci płaczą najczęściej? Proszę się nie wstydzić, może pan? — Asystentka, która w międzyczasie zdążyła gdzieś odłożyć butelkę, podchodzi z mikrofonem do faceta z ryczącym dzieckiem.
        — Jak je zostawić samo... — mówi przepraszająco i krzywi się, gdy wrzask z głośników rozlega się na całą salę.
        — Oczywiście. Rodzic chce przygotować obiad, ale maleństwo domaga się uwagi. Czy wiedzą państwo, że według najnowszych badań dzieciom wystarczy dziesięć procent uwagi i bliskości, żeby rozwijały się prawidłowo? To daje nam godzinę dziennie. — Złotousty sprzedawca kiwa głową — Godzinę dziennie. Ale nasi milusińscy lubią wymuszać, tego ich nikt nie musi uczyć.
        Asystentka przynosi kojec i sadza w nim małego. Misia zatrzymuje dla siebie. Chłopiec podpełza do prętów i wyciąga rączki, starając się schwytać zabawkę. Macha nimi tak gwałtownie, że nie widać nawet uroczych dołeczków w łokciach. W końcu siada i patrzy na przytulankę. Po chwili wraca też uśmiech, ale tym razem nie sięga oczu. A może od początku tak było, tylko nie zwróciłem uwagi?
        Przez chwilę nic nie słychać. Mimo to, wiem, że jest dobrze. Kobiety i mężczyźni chętnie podnoszą ręce. „Kiedy słyszy odkurzacz”. „Przy przewijaniu”. Propozycji jest dużo, ale nikt nie trafia w dziesiątkę. W końcu i ja się zgłaszam.
        — Kiedy dostaje zastrzyk.
        Grubas obok wydaje z siebie krótkie gwizdnięcie. Nie może usiedzieć w miejscu. Jego wzrok przylepiony jest do ekranu.
        — Zastrzyk, potknięcie, niegroźny upadek – wywołują krótki ból i nic więcej. Nasz produkt sprawia, że nie stanowi to żadnego problemu.
        Blondyna jest już na miejscu. Niebieskie oczy wpatrują się w strzykawkę. Miś ściśnięty jest tak mocno, że zaraz wyda z siebie ostatnie tchnienie. Nawet dzieciak z pierwszego rzędu przestał płakać.
        Osiem pokazów, osiem ukłuć. Tym razem igła celuje w lewe udo. Wszystkie głowy zwrócone są w stronę monitorów, gdzie dokładnie widać, jak cienka szpilka przebija skórę, tworząc wybrzuszenie. Buzia wykrzywia się w podkówkę, podbródek drży. Mija cała wieczność. Wpatruję się w szklane oczy na szklanym ekranie. Brzuchacz obok mnie nadstawia uszu, czekając na to, czego pożąda cała sala. Nawet uśmiech prowadzącego jakby przyblakł.
        Kąciki w górę.
        Wokół słyszę syknięcia i pełne rozczarowania sapanie. Część publiczności, tej wzburzonej, zbiera się do wyjścia.
        Rozluźniam się, zrobiłem swoje. Czekam tylko, aż wyszczerzony akwizytor opowie o wersji wakacyjnej. W końcu mamy czerwiec, a „uciszenie” pociechy na miesiąc czy dwa brzmi jak wybawienie. Zwłaszcza, że dają do tego pluszowego misia. Za darmo. EasyLife zawsze stawia dzieci na pierwszym miejscu.
        — Koniec z nocnym wstawaniem. Zarządzać, a nie dawać sobą rządzić – oto jest sztuka.
        Prowadzący wyrzuca z siebie ostatnie słowa, a ja patrzę na małego i myślę o kolejnej nocy. Jeśli się obudzi, jak długo będzie tak siedzieć w ciemności z otwartymi oczami i przyklejonym do twarzy uśmiechem? Jak długo jego rączki będą błądzić, szukając ciepłych ramion mamy? Orientuję się, że wokół mnie zrobiło się pusto. Wstaję więc i podążam za tłumem.
        Ustawiam się na końcu kolejki, pod sceną. Przede mną stoi grubas. Drapie się tylko i mówi, że on po pluszaka. Kiedy nadchodzi jego kolej, kot z Cheshire podaje mu zestaw i zaczyna grzebać w stosie kartonów, ukrytych za kotarą. Po chwili prostuje się i z rozłożonymi rękami mówi, że misie właśnie się skończyły. Wiem, że brzuchacz za chwilę zrobi raban na całe targi. W oczach prowadzącego nagle zapala się lampka.
        — Pan wybaczy, mamy jeszcze ostatni egzemplarz. — Zgrabnie wskakuje na scenę i po chwili przynosi maskotkę. Ogląda ją jeszcze dokładnie i zabiera się do zdejmowania niebieskiej kokardy, ale kupujący macha ręką. Przyoszczędzi na pakowaniu. Bierze pluszaka i powoli kieruje się do wyjścia.
        — Ja po dniówkę — oznajmiam bez zbędnych ceregieli, kiedy grubas jest już w bezpieczniej odległości.
        Koperta ląduje na mojej dłoni.
        — A może pełny zestaw? Dziś promocja, prawie darmo. Słyszałem, że ma pan małą córeczkę.
        Myślę o kolkach, nieprzespanych nocach i wiecznie rozkrzyczanej buzi. Błądzę oczami po scenie i napotykam pełne cierpienia spojrzenie. Patrzy w dal, przeze mnie, na wyjście, w którym przed chwilą zniknął brzuchacz. Uśmiech jest na swoim miejscu, ale z oczu, jedna za drugą, płyną łzy. Wygląda to upiornie. Akwizytor spostrzega, co się dzieje i woła asystentkę. Blondyna przybiega z chusteczką i stara się doprowadzić małego do porządku. Chcę jej powiedzieć, żeby go po prostu przytuliła, ale słowa jakoś nie chcą mi przejść przez gardło.
        — To się zdarza — sprzedawca spogląda na mnie, szczerząc zęby. — W przyszłym roku mamy już całkowicie wyeliminować takie wpadki. To jak, bierze pan?
        Kiwam przecząco głową i odchodzę. Kiedy zbliżam się do wyjścia słyszę jeszcze jak warczy do długonogiej: „Kupiłby, gdyby nie dzieciak”.
        Koperta bezpiecznie spoczywa w mojej kieszeni. Jest lekka. Zawartość nie starczy na długo. Więc czemu tak straszliwie mi ciąży?


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.