Przejdź do głównej zawartości

Studnia


Autor: Justyska
Gatunek: Opowiadanie obyczajowe
Postać: Niewinnie osadzony
Zdarzenie: Nocna warta

       Zawsze był inny. Taki jakiś milczący i jakby zły. Tylko kiedy pił wpadał w różne nastroje, bo też różne, to jego picie było. Czasem z kolegami pili wódkę, to był wesoły, ale sam często pił wino własnej roboty, wtedy znów bardzo się złościł. Bił mamę, psa i mnie. Dokładnie w takiej kolejności. Nigdy nie wiedziałem, czy to znaczy, że pies lepszy ode mnie czy gorszy. I gdzie w tej kolejności była mama? Gdyby Wafel był bity na końcu, to jakoś łatwiej by było zrozumieć.


       Koledzy się dziwili, czego nie rozumiem, że to normalne. Jakoś bez sensu taka normalność. Pytałem mamę, ale ona zawsze odpowiadała, że tak to jest z chłopami. Sam miałem stać się chłopem, czyli też takim? Gdybym ożenił się z Zośką, z tą z sąsiedniego gospodarstwa, to musiałbym ją bić? Pewnie dlatego te chłopy piją, bo inaczej jak znieść bicie własnej baby? Mama mówiła, że nic nie rozumiem. Ale ja rozumiałem. Bić trzeba, żeby słuchała, tak mówił tata, a wino pomaga, bo to bardzo trudna praca, wychować babę. Tak mówił. A ja nie byłem babą, więc mnie nie wychowywał. Mama mówiła, że wychowanie to nauka życia. A tata mnie przecież nie uczył. Bił, tylko żebym wiedział jak bić, kiedy dorosnę. Czyli może jednak trochę uczył życia? Sam nie wiem. Wiem tylko tyle, że czasem używał pasa. To bardzo bolało. Czasem nie mogłem siedzieć wiele dni. Tata mówił, że prawdziwy żołnierz musi zawsze stać na baczność. Uśmiechał się przy tym jakoś tak nieprawdziwie. Może dlatego, że uśmiech nie był dla niego naturalny. Czasem myślę, że był bardzo smutny i bardzo się zaplątał tym smutkiem, jak Zosia kiedyś gumą do skakania. Najpierw się śmiała, a potem była zła i szarpała się wściekle, żeby się wyplątać. Tak też tata się złościł, chyba zaplątany w tym smutku, a my z mamą nie umieliśmy go rozplątać. Żal mi go było, gdy tak nas bił, a mimo to smutek zostawał blisko niego.
       Pociąłem kiedyś ten pas nożem od dziadka. Zrobiłem z niego takie małe paseczki. Tata był bardzo zły. Prawie tak samo jak ojciec Zosi, kiedy zdechła im krowa. Bardzo krzyczał i przeklinał świat. I nawet Zosię za to zbił. Mnie tata za ten pas nie zbił. Owiązał za to sznurem i spuścił do wyschniętej studni za stodołą. Tak zwyczajnie i poszedł bez słowa. Pomyślałem, że chce mnie nastraszyć, że zaraz wróci, ale nie wrócił. Zrobiło się ciemno i zimno. Wołałem mamę, ale nie przyszła. Pojawił się za to Wafel, mój pies. Słyszałem, jak wył i jak mama bardzo płakała. Wołałem, że u mnie wszystko dobrze, że tylko trochę zimno, ale bezpiecznie, bo Wafel na straży. Odpowiedź jednak nie przyszła.
       Ta noc był bardzo długa. Wydaje mi się, że najdłuższa w moim życiu, mimo że był koniec czerwca, a moje życie w sumie krótkie. Tata często mówił, że jestem szczyl, to chyba byłem jeszcze dość mały. Często zabierał mnie do różnych prac w gospodarstwie, a potem śmiał się, że nie umiem tego czy tamtego. Za mały i za słaby. Taki szczyl – mówił. Często pił wtedy wino z butelki po mleku. Może myślał, że zmyli innych tą butelką?
       Kiedyś nawet pani ze sklepu się zapytała czy by jej tego mleczka do kawy nie wlał, a potem długo i głośno się śmiała. Miałem wrażenie, że taki ten śmiech bez dźwięku, jakby nie stał za nim prawdziwy uśmiech. Jak dziwnie człowiek potrafi się rozwarstwiać, wtedy pomyślałem, mimo że nie jest cebulą.
       Zupełnie inaczej śmiała się moja Zosia. Robiła to całą sobą, czasem aż za brzuch się trzymała, bo on też się śmiał. Bardzo chciałem usłyszeć jej śmiech wtedy w studni. Może odbiłby się od ścian i wpadł do mojego pustego brzucha.
       Rano dopadł mnie głód i posikałem się do spodni. Straszny wstyd. Może dobrze, że Zosia nie wiedziała, gdzie jestem. Pewnie wcale nie byłoby jej do śmiechu tak jak i mnie.
       Zastanawiałem się, czy ktoś po mnie przyjdzie. Byłem pewny, że tata przypomni sobie rano przed piciem i mnie wyciągnie. Przecież nic takiego nie zrobiłem. Miał kilka różnych pasów, mógł zbić mnie innym, nic by się nie stało. Sam powtarzał, że chłopaki muszę psocić i uczyć się życia. To była bardzo mała psota, za którą spotkała mnie ogromna kara i wielki głód.
       W końcu niebo jakby pociemniało. Spadła mi wtedy na głowę pajda chleba. To był najlepszy chleb, jaki jadłem. Do dziś, kiedy chleb mi smakuje, to mówię, że jest dobry jak ze studni. Nie wszyscy rozumieją, ale to nic. Ja rozumiem i mama też.
       Kolejnej nocy Wafel znów wył. Zanosił się, aż do rana, a i ja wyłem razem z nim, aż zasnąłem. Obudziła mnie woda. Ktoś wylał na mnie całe wiadro. Zastanawiałem się kto i po co – tata by mnie bardziej ukarać, czy mama, by mi się pić nie chciało. Tak, czy inaczej trochę się napiłem, bo wykręciłem z koszuli kilka kropel wody do buzi, ale było mi okropnie zimno. Przeszło mi przez myśl, żeby nikt mnie ogniem nie chciał ogrzewać. Na szczęście tego dnia z góry spadł tylko chleb. Zasnąłem bez bólu brzucha. Obudził mnie dopiero Wafel swoim wyciem.
       Kochałem tego psa. Był bity jak ja, może dlatego dobrze się rozumieliśmy. Zastanawiało mnie nieraz, czego tata chciał go nauczyć. Mamę bił, bo ją wychowywał, mnie – żebym umiał sam bić, a psa? Może psa powinien gryźć, żeby ten wiedział jak to porządnie robić. Bo chyba nie umiał. Nigdy nie widziałem, żeby kogoś ugryzł, sikał jedynie po podłodze, kiedy widział tatę. Ja też w tej studni sikałem pod siebie i wyłem nocami. Tak… byliśmy bardzo podobni do siebie. Tylko że Wafel mógł biegać, gdzie chciał, a ja mogłem tylko stać, albo siedzieć.
       Właśnie zacząłem myśleć, skąd ma tyle siły by wyć godzinami, aż nagle ucichł. Zapiszczał przeciągle. Zagruchotały kości. Słyszałem, jak ojciec sapie, miałem wrażenie, że jego gniew wypełnia noc. Skąd tyle tego gniewu, nieraz się pytałem sam siebie. Ktoś musiał mu go dać i wcale nie pytał, czy chce. A może było mu wszystko jedno? Byle coś dostać? Mama mówi zawsze, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Nie wiem, ale jedno było pewne, że Wafel nie chciał takiego prezentu. Nigdy nie ugryzł, choć miał zdrowe zęby, i wtedy wiedziałem, że tak już zostanie.
       Przez kolejne dwa dni nie dostałem chleba. Zastanawiałem się, co robi mama i czy czasem tata nie zbił jej zbyt mocno. Bo czasem przesadzał z tym wychowaniem i mama nie potrafiła wyrobić ciasta na chleb. Prosiła o to sąsiadkę, ale ta nie zawsze miała czas. A jak nie było w domu chleba, to tata był dopiero zły. Tak intensywnie myślałem o tym chlebie, że aż czułem jego zapach. Przenikał przez wilgoć i ogrzewał. Zrozumiałem, że to właśnie chleb i piec jest jakby domem. Bez tego ani rusz. I bez rąk, co ten chleb robią i bez pracy, by mieć mąkę na niego. Nagle poczułem, jak bardzo kocham naszą ziemię, co rodzi zboże, daje zajęcie i ciepły, chrupiący chleb i wspólny posiłek. Mama piecze najlepszy chleb na świecie. Zawsze poznam czy to jej, czy sąsiadki. Choć wtedy, w studni, to i czerstwy z innej wsi by mi smakował…
       Smutne były te noce bez Wafla. Już dobrze nie pamiętam, ale chyba dużo spałem. Też w dzień. Wszystko zaczynało mi się zamazywać. Dzień z nocą, pragnienie z głodem. I ten smród własnej kupy. Chwilami wydawało mi się, że tak wygląda śmierć, tylko że nie mogłem iść do światła, byłem zbyt słaby. Zbyt słaby by umrzeć. Bez sensu. Nie sądziłem, że to takie trudne.
       Miałem zupełnie poplątane myśli, gdy lina z pętlą zjechała na dół. Usłyszałem głos mamy. Kazała mi się oplątać, ale nie miałem siły, więc długo to trwało. Potem mama nie miała siły mnie wciągnąć. Wciąż ciągnęła, a ja opadałem. Jakby ta studnia nie chciała mnie wypuścić. Zrozumiałem, że zrzucanie jest o wiele łatwiejsze od wyciągania. Rozbite jajko też trudno zebrać z podłogi.
       Śmierć mieszała się z życiem, gdy w końcu sięgnąłem światła. Mama miała ręce z krwi. I twarz. Płakała i mocno mnie przytulała. Powtarzała, że teraz już będzie wszystko dobrze.
       Kolejnych dni nie pamiętam. Dużo spałem. Obudził mnie zapach chleba. Mama upiekła. Miała siłę, a jej twarz nie była poobijana. Tego dnia odwiedziliśmy też tatę. Miał ładny grób pod drzewem. Posadziłem mu kwiatki. Jestem wdzięczny, że dzięki niemu tyle nauczyłem się o chlebie. I że mamę tak wychował, że jest taka cudowna. Tęsknie tylko za Waflem i żal mi go, że nikogo nie ugryzł i nie wie, jak to jest.
       Często też bawię się z Zosią. Mama mówi, że ona jest bardzo dobrze wychowana. Cieszę się, że nie będę musiał ja jej wychowywać, jak już się ze mną ożeni. To pewnie niedługo się stanie, bo mama mówi, że do studni wszedłem jako chłopiec, ale wyszedłem jako mężczyzna.


Komentarze

Publikowanie komentarza

Zapraszamy do komentowania!
Jednocześnie informujemy, że wszelkie treści obraźliwe, wulgarne oraz komentarze niezwiązane z treścią i reklamujące inne blogi, czy strony będą automatycznie usuwane.

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.