Przejdź do głównej zawartości

Szopa


Autor: Ritha
Gatunek: Horror
Postać: Histeryczka
Zdarzenie: Bunt niewolników

***

       — Musimy tam zajrzeć.
       — Nie!
       — W końcu musimy to zrobić!
       Przygryzła wargę. Miała trzynaście lat, choć ludzie liczą to w wiosnach.
       — Rzućmy monetą — zaproponowała z dojrzałą miną osoby dążącej do kompromisu, który roztrzaskał się o mur nieustępliwości rozmówcy. Wówczas się rozpłakała.

Źródło: pixabay.com Autor: Kincse_j

       *
       Zbierali koty z okolicy przez tydzień. Upychali je na tyłach gospodarczych zabudowań, w pomieszczeniu, które kiedyś, w czasach, gdy twarz ich dziadka zdobiły świeże, powojenne blizny, była stajnią. Trzymano tam krowę, do okresu jej nieopłacalności. Potem ojciec garażował w niej junaka, a kiedy urodził się Michał, a rok później Hania, ich rodzicielka uparła się, by sprzedać motocykl i kupić skodę. Przerobioną na garaż stajnię, przerobiono raz jeszcze – tym razem na graciarnię. Koniec końców od dobrych kilku lat nikt tam nawet nie zaglądał.
       Uznali więc, że będzie to dobre miejsce dla kotów. Mieli czas od końca lekcji do powrotu rodziców z pracy, czyli mniej więcej od czternastej do szesnastej. Wystarczająco. Wszystko szło zgodnie z planem. Pierwszy dzień, drugi, kolejny. Najpierw padał deszcz, więc nikt wieczorami nie kręcił się koło szopy. Szum kropel tańczących na parapetach, przedzierających się przez październikowe, na wpół wysuszone liście, i w końcu uderzających o żwirowy podjazd, skutecznie zagłuszał miauczenie. Potem wyszło słońce, a wraz z nim zapanowała cisza. Kotów przybywało, w środę udało im się zgarnąć dwa po drodze ze szkoły. Wieczory stały się ryzykowne, więc Michał chcąc wypełnić bezgłos, został fanatykiem muzyki wszelakiej. Po dwóch dniach matka wytoczyła batalię, usilnie próbując zmusić go do — jak stwierdziła — „przyciszenia tego skowytu”. A potem ludzie z gminy przyjechali poszerzać rowy. Odgłosy koparek i rozmów robotników roznosiły się po okolicy dobre dwa dni. Michał i Hania wrzucili do szopy kolejne trzy koty. Było ich tam już z tuzin.

       *
       — Nie piją nic i nie jedzą.
       — No przecież tak miało być. Tak ustaliliśmy. Wiesz, co się stanie. Zjedzą się same. Nie będzie po nich śladu.
       — Boję się, Michał. Będzie śmierdziało.
       — Nie będzie, nie zdążą zgnić.
       — Miauczą coraz bardziej.
       — Nikt tam nie chodzi, nikt tego nie słyszy. Ojciec jutro wyjeżdża na delegację, a prognozy zapowiadają ulewy. Zjedzą się, zobaczysz.
       Przez chwilę obracała w głowie usłyszane słowa.
       — Może to był głupi pomysł.
       — Dobry. Zjedzą się.
       — Naprawdę?
       — Naprawdę.

       *
       W piątek usłyszeli, jak matka rozmawia z sąsiadką o Busi, która zaginęła. I, że Czerneccy też martwią się o Klaudiusza, starego kocura, który nie pojawił się w domu od kilku dni. Coś się dzieje z kotami we wsi. Matka wzruszyła ramionami. Koty to koty, któż za nimi nadąży.
       W szopie wybuchł bunt, koty miauczały jak oszalałe, drapały w drzwi, Michał nie przyciszał radia od rana. Matka dziwiła się, że cały dzień siedzi na zewnątrz, było chłodno, wilgotno, niemiło. Chłopak znalazł starą piłkę, kopał nią w drzwi stodoły przez całe popołudnie.
       Łup. Łuuup. Miau…łup. Miaaa…łup. Miaaauu…p.

       *
       Koty ucichły. Podejrzewał, że siostra karmi je ukradkiem. Był zły. W nocy zrobił jej awanturę. Po cichu. Szeptem. Złapał ją za włosy i kazał być twardą. Rozpłakała się, przytuliła i zasnęła na jego wersalce. Rano znów padało. Dziękował Bogu.

       *
       W sobotę wrzucili ostatniego. Tak jak poprzednie – przez małe okienko, które zamykało się od zewnątrz na haczyk. Teraz pozostało czekać.

       *
       — Zdychają tam, prawda?
       — Tak.
       — Mhym.
       — Nie mają wody, jedzenia, powietrza też niewiele.
       — Mhym. Myślisz, że już się jedzą?
       — Myślę, że tak. Koty jedzą trupy.
       — Razem z futrem?
       Wzruszył ramionami.

       *
       W niedzielę matka Michała i Hani coś usłyszała. A może poczuła. Wyszła za stodołę i… zatrzymała się w pół kroku. Dźgnęło ją coś na kształt intuicji. Stare, obdrapane drzwi do szopy wydały jej się interesujące. Bardziej niż zwykle. Bardziej niż przez ostatnich siedem lat. Przez ostatnich siedem lat, od kiedy ich nie otwierali. Od wtedy. Przekrzywiła głowę jak zaciekawione zwierzę. Dzieci jadły obiad – łazanki i pomidorówkę. Przecier był trochę za kwaśny, ale Michał lubił, gdy była kwaśna. Lubił, gdy była kwaśna. Lubił, gdy… Dlaczego pomyślała, że coś tam jest? W błocie pod klonem leżała biała piłka w czarne pięciokąty, standardowe ubarwienie, drzwi od stodoły były zielone, a jej chłopiec lubił kwaśną zupę. Stała na tyłach domu, pomiędzy klonem, stodołą i szopą. Pomyślała, żeby może dodać więcej śmietany. Hania nie lubi kwaśnej pomidorówki. Od tygodnia wciąż słyszała radio. I coś jeszcze. Coś jak… Powinna dodać jeszcze pół śmietany, pomyślała i zawróciła w stronę domu.

       *
       — Musimy tam zajrzeć.
       — Nie!
       — Na pewno już się zjadły. Nic tam już nie ma. Sprawdzimy to i będziemy wiedzieć.
       — Nie chcę!
       Szarpnął ją i pomyślała, że go nienawidzi. I kocha, jak brata. I, że zawsze robi to, co on chce. Tylko jemu ufa. Ojca ciągle nie ma, a matka jest dziwna.
       — Zajrzymy tam jutro. Jeśli się zjadły to bez różnicy. Proszę.
       Zacisnął usta w poziomą kreskę. Przytaknął niechętnie.

       *
       Obudziła się w środku nocy, czując czyjąś obecność. Momentalnie czoło zrosił pot. Michał spał po drugiej stronie pokoju. Niewielkie pomieszczenie, prostokątne, ciasne, jak rura. Był więc niedaleko. Chciała go obudzić, ale bała się zarówno ruszyć, jak i odezwać. Coś szurało, przemieszczało się, było tam. A potem to usłyszała, na tyle wyraźnie, by nie zaklasyfikować dźwięku jako odprysku wyobrażeń, kotłujących się w zlęknionym umyśle. Usłyszała wyraźnie, po czym nakryła głowę kołdrą i czekała, aż myśli się wyciszą, uspokoją, wyzerują. Albo aż to coś sobie pójdzie.

       *
       — Miauczało, rozumiesz?! — krzyczała. — To był kot!
       — Może koci duch? — zakpił.
       — Może.
       — Przestań. Choć sprawdzimy.
       Doszła do krawędzi. Granicy zmuszającej do decyzji i działań. Poszli.

       *
       Michał otworzył zielone, podrapane drzwi. Na jeden, szybki raz. W środku panowała ciemność. Zupełna, całkowita czerń. Podwórko oświetlało poranne, zblurowane lekkimi chmurami, słońce. Było jasno, a pomimo to do szopy nie wpadała krzta światła. Stali tak przez kilkadziesiąt sekund. Nie czuli smrodu, nie słyszeli miauczenia. Chłopak zatrzasnął drzwi.
       Odczekał kolejnych kilkadziesiąt sekund, obrabiając plan w głowie.
       — Latarka.
       Hania rzuciła się w stronę domu. Wróciła po dwóch minutach. Miała wielkie oczy.
       Otworzyli drzwi raz jeszcze, Michał poświecił, Hania przygryzła dłoń, obojgu serca waliły jak szalone. Nadal nic. Nadal ciemność. Chłopak wysunął rękę z latarką w stronę pomieszczenia. Wciąż ciemno.
       — Może trzeba tam wejść — stwierdziła dziewczyna, zaskoczona własnym, niedorzecznym pomysłem. Logika i ciekawość. Strach i niedowierzanie.

       *
       Tej nocy nie zgasili światła. Leżeli w pokoju w kształcie rury, każde na swojej wersalce, patrząc w płaszczyznę sufitu.
       — Może tam wszystko znika — w połowie stwierdził, w połowie zapytał.
       — Znika — bardziej powtórzyła, niż potwierdziła.
       — Koty zniknęły.
       — Nie wiadomo. Nic nie widać.
       — Światło też znika.
       — Nie możemy tam wejść. Bo znikniemy.
       — To absurd.
       — To prawda.

       *
       Matka kroiła pietruszkę cały poranek. Chciała zrobić dobrą zupę.
       Postanowili, że wejdą tam razem, trzymając się za ręce i z latarkami w dłoniach. Musieli być odważni i rozsądni. Nie byli już dziećmi. Musieli zobaczyć. Musieli wiedzieć.
       Michał otworzył drzwi. Spocone palce Hani mocno wczepiały się w jego dłoń. Włączyli latarki. Weszli.

       *
       Postanowiła dodać dużo pietruszki, dużo śmietany i świeże pomidory. Hania lubiła pietruszkę. Lubiła pietruszkę i nie lubiła kwaśno. Michał lubił kwaśno. Hania nie lubiła kwaśno. Dodała dużo różnych przypraw. Pokroiła jeszcze trochę pietruszki. Dźgnęła się w palec i rozpłakała na dobre. Płakała tak, jak jeszcze nigdy. Jakby czuła, że powinna płakać. Że jest to czas, żeby płakać. I, że zupa musi być dobra. Musi być bardzo dobra. Dzieci ją lubią. Jej dzieci lubią pomidorówkę. Kwadrans wcześniej wołała je na naleśniki z serem. Nie przyszły. Nie przyszły. Nie… Dwie latarki umazane październikowym błotem leżały na progu szopy. Stamtąd je zabrała. Stamtąd je wzięła. Stamtąd. Chciała za nimi wejść, ale musiała dokończyć zupę. Musiała pokroić pietruszkę. Musiała…


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.