Przejdź do głównej zawartości

Świt Hornwhale


Autor: GrzybySąSpoko
Gatunek: Western
Postać: Nowy sąsiad
Zdarzenie: Świat bez prądu

       Tysiące białych ścian. Tysiące tysięcy syntetycznie rozświetlonych ścian. Ściany i ja. Światło i ja. Te przeklęte fale gotowe wypłynąć z sieci i wtoczyć się w moje żyły. Kable. Błysk. Rozżarzone wyświetlacze. Wijące się kable. W tysiącach świecących ścian. Czuję krew gotującą się w żyłach.
       ‌

Źródło: pixabay.com Autor: Clker-Free-Vector-Images
       Budzę się. Na szczęście. Te sny są zawsze najgorsze.
       Rozglądam się. Nadal widzę ściany. Poprawiam się w szpitalnym łóżku. Za oknem wschodzi słońce. To już rok mojej terapii. Panicznie bałem się elektryczności. Stąd znalazłem się tutaj. Leczenie przebiega znakomicie. Nie mogę jednak powiedzieć, że między mną i prądem już wszystko w porządku. Jakiś wstręt pozostał. To nadal nie mój świat. Ale powracam w tym chaosie do skrawków kontroli. Dawniej byłem w stanie wyczuć nawet tętniące w ścianach przewody. To wystarczało - sercem wstrząsała zwierzęca panika. Nie wiedziałem co się dzieje we mnie i na zewnątrz. Czasem padałem jak porażony. Ale dzisiejszy dzień pachnie zdrowiem. Widzę słońce wstające za oknem i myślę o moim nowym sąsiedzie - Człowieku, Który Szedł. Mężczyźnie, który zostawił mi pamiątkę ze świata marzeń.

       Przyprowadzili go na oddział 2 tygodnie temu. Niecodzienny przypadek. Któregoś rana zniknął z domu. Znaleziono po trzech dobach jakieś150km od domu. Szedł przed siebie boso, ubrany tylko w lniane spodnie. Szedł bez przerw na sen. Zagubione spojrzenie wypatrywało czegoś w oddali. Nie poznał swojej rodziny. Podobno powtarzał o Hornwhale - swoim domu, do którego musi dotrzeć. Trafił jednak do psychiatryka. Sprawuje się tutaj świetnie - wzorowy z niego pacjent. Nie jest głupi. Liczy na szybki wypis. Sięgam pod materac. Wyjmuję niewielki notes zapisany koślawym pismem. Wstałem dziś wcześnie. Mam czas, aby jeszcze raz zanurzyć się w spokojnym ogrodzie dzikiego zachodu. Wiem, że mój nowy przyjaciel wskazał mi swoją opowieścią prawdziwy dom. Miejsce, skąd on i ja pochodzimy. Otwieram zeszyt i ku swojemu ukojeniu czuję zapach wanilii.

       Wstałem z pryczy. W pomieszczeniu unosiła się woń wanilii, której drogocenne owoce wypełniały wielkie wiklinowe skrzynie stojące pod szerokimi oknami. Hornwhale - miejscowość, słynna we wszystkich stanach ze zbiorów wanilii - budziło się do życia. A centrum życia Zachodu zdawało się znajdować właśnie tu. W niewielkiej, a urokliwej wiosce Nowego Meksyku. Hornwhale z pewnością jest fenomenem. Z kilku względów. Jest to może jedyne miejsce w Ameryce, gdzie indianie żyją w pełnej zgodzie z przybyszami ze Starego Kontynentu. A wszystko za sprawą tej przyprawy, której eksport jest tylko wierzchołkiem niezwykłej góry lodowej. Historia pyłu waniliowego - substancji cenniejszej niż złoto - sięga dalej niż wyobraźnia Europejczyka. Indianie z naszej niewielkiej puszczy od swojego zarania wiedzieli jak wytwarzać tę życiodajną substancję. "Zaranie" jest tu jednak błędnym słowem. Szamani z naszej wioski są w stanie zgłębiać historię wieczności - wiedzą najlepiej, że duch Hornwhale i jego ludu nie posiada początku ani końca. Wanilia. Pył. Substancja, która staje się z człowiekiem jednym - wzmacnia go fizycznie i duchowo, pozwala mu osiągnąć mądrość i długowieczność. Pomaga odnaleźć równowagę, pojąć swoje miejsce w świecie, odnajdując przeznaczenie i dobro. Żyjąc z Naturą i dla niej. Żyjąc na prawdę.

       Do Hornwhale trafiłem lata temu, kiedy samotnie szedłem lasem, poszukując schronienia przed własnymi "przyjaciółmi" - członkami wyprawy kolonizacyjnej, z której grona w końcu zdezerterowałem, nie mogąc znieść swojego uczestnictwa w ludobójstwie - bestialstwie skierowanym przeciwko tej samej krwi, z której wszyscy pochodzimy. Oddalałem się przez gęstniejący las. Nawet nie wiedziałem kiedy dotknęły mnie nagie dłonie. Zostałem przygwożdżony do drzewa. Bezszelestnie. Nie dostrzegłem nawet jego twarzy. Wiedziałem, że to czerwony. Wiedziałem, że w związku z tym już jestem martwy. Zaniesiono mnie jednak do wioski i posadzono w wielkim, okrągłym namiocie. Dookoła siedzieli indianie wymalowani w wyjątkowo jasne barwy, w żaden sposób nie mogące pełnić funkcji kamuflażu. Oni wręcz błyszczeli. I milczeli. A ja czekałem, myśląc jakie to poetyckie tortury przygotowali dla mnie. Cisza i przenikliwe spojrzenie mężczyzny o włosach długich aż do ziemi wbijały się w odór strachu, którym cały się stałem. W końcu z jego ust padło jedno zdanie. Zrozumiałem słowo "twarz". Długowłosy wstał i podał mi rękę. Na znak pokoju, jak po chwili się okazało. Otrzymując od świata sprzeczne dane, człowiek nieraz głupieje. Miałem szczęście, że ten stan wiązał się moim przepadku z ocalonym życiem. W oczach indianina dostrzegłem ciepło. Jakąś czułość kierowaną wprost do mnie - błysk znany tylko z oczu bliskiego przyjaciela. Na twarzy czerwonego malowała się harmonia - jakiś wyższy stopień mądrości, samoopanowania. Choć te europejskie słowa są zapewne niczym. "Twarz" - powiedział i lekko ukłonił się przede mną. Nie wiadomo skąd wyjął niewielki flakonik z jasną, sypką substancja. Nabrał trochę na swoją szeroką dłoń i jednym ruchem języka spożył pył, aby pokazać jak mam postąpić. Następnie podał mi buteleczkę. Zrobiłem to samo. I poczułem wyłącznie wzbierający spokój, radość i przenikające mnie uczucie, które rodzi się w człowieku tylko wtedy, kiedy ten powraca do domu po długiej i niekoniecznie dobrze rokującej tułaczce. Zostałem Twarzą białych. Kimś w rodzaju ambasadora białych najeźdźców. A znajdowałem się w samym jądrze pokoju, którym niechybnie jest Hornwhale.

       Następnego dnia wioska zerwała się do gotowości zaraz po świcie. Zbliżali się biali - szukano mnie. Dwustu uzbrojonych w broń palną żołnierzy. Dwustu niezdarnych, dźwigających Winchestery półgłówków, drałujących przez do szpiku obcą puszczę. Ich śmierć była lekka i niespodziewana. Dwie strzały wypuszczone przez naszych strzelców były jednak szczególne. Ich groty zostały zaprawione emulsją waniliową. Strzelcy wyczuli gotowych. Dwaj kolonizatorzy, błogo ogłuszeni świętymi ostrzami, stali się kolejnymi po mnie białymi mieszkańcami wioski. Od kiedy zjawiłem się ja - długo wyczekiwana Twarz, można było w końcu rozpocząć poszukiwanie ludzi gotowych, do pokierowania ich na drogę "mądrości" i "wspólnoty". Wspólnoty z naszym pięknym światem. Mądrości płynącej przez nas od źródła przodków. Teraz jesteśmy tu - coraz mocniejsi, coraz liczniejsi.

       Przeciągnąłem się błogo i podszedłem do okna. Słońce nad Hornwhale zawsze miało niezwykłą, rudą barwę, która kapała rankami na moje prawie nagie ciało. Z oddali słyszałem krzyk drapieżnych ptaków. Mrówka wielkości kciuka wygrzewała się na parapecie po ciężkiej pracy. Tu nikt nie próżnuje. My też niedługo ruszymy w dzicz na długi dzień zbierania wanilii. Wyszedłem z hacjendy nakarmić konie i przemyśleć szczegóły dzisiejszej wyprawy. Powietrze miało idealną wilgotność - dziś kwiaty zakwitną tysiącami i tak wydadzą nam pozwolenie na zerwanie swoich owoców. Wrócimy z pełnymi rękami. Zbliżałem się do stajni, kiedy stanął przede mną Sunwe (ogień wewnątrz ognia) - głos wiecznie milczącego Wielkiego Szamana - starca, który utrzymywał telepatyczny kontakt tylko z jednym wybrańcem. "Mick, dziś dzień przeprowadzenia kojotów" - powiedział i oddalił się do licznych obowiązków. Mobilizacja była szybka. Wszyscy wiedzieliśmy co jest dzisiaj najważniejsze. Już po chwili leżałem na leśnej ściółce, a dookoła wybrani towarzysze czekali w skupieniu - obserwowaliśmy otoczoną z trzech stron lasem polanę. Zajmowaliśmy jej południową stronę. Północne zbocza pochłaniało osuwisko kończące się w oddali wąwozem. Na zachodniej granicy polany najmłodsi wędrowcy usypali linię pyłu waniliowego, nad którą szamani odprawili modlitwę - utworzyliśmy pobłogosławione drzwi. Pozostało oczekiwać w cierpliwości na stado. Kojoty. Te wspaniałe zwierzęta, od których jako ludzie tak wiele możemy się uczyć. Jedna z tysiąca żywych sfer, które tylko razem mogą stanowić jedyną Naturę. Nasi przyjaciele. Tysiące łapek - nieskończona inspiracja. Od kiedy ich sytuacja w Nowym Meksyku się pogarsza, czerwoni zaczęli obserwować wielkie przemarsze tych zwierząt. Co jakiś czas całe grupy wędrują het na zachód. Nikt nie wie po co. Nikt nie wie gdzie. Kojoty idą, a droga jest niebezpieczna i wycieńczająca, a zagrożeń stojących przed tymi małymi drapieżnikami nie nazwalibyśmy już tylko naturalnymi. Biali - istoty mające pretensję do bycia szczególną aberracją przyrody - stali się nowym niebezpieczeństwem. Myśliwi zabijający z zimną krwią. Rozpasani piewcy 'rozwoju', który staje się za ich sprawą słowem o coraz bardziej chimerycznym znaczeniu. Nasi czworonożni przyjaciele coraz bardziej potrzebują pomocy. A cóż my możemy im dać? Własną siłę - skrawek ducha płynącego w nas wszystkich. Niech droga kojotów będzie błogosławiona. Gdziekolwiek ona prowadzi.

       Obserwowaliśmy polanę w skupieniu. Długo jednak nie trzeba było nam czekać. Ledwie moje myśli rozwinęły swoje wici, a usłyszałem cichutki tupot. Z daleka, ze wschodu, zbliżał się odgłos setki łapek. Szły. Wiedziałem, że zaraz będą na polanie. Zbliżał się czas naszej bliskości i kulminacja niecodziennego zadania. Nasi ludzi tkwili w skupieniu. Słychać było muzykę drzew, tupot nóżek i pomrukiwanie szamanów. Jeden z nich uklęknął i podpalił wysuszoną laskę wanilii. Uniósł święty pęd w kierunku nieba, a dym odpłynął we wszystkie strony świata roznosząc swą jedyną woń. Wschodnią granicę polany przeciął pierwszy psi pyszczek. Kojot szedł sam. Duży, o beżowym, rozczochranym futrze i spiczastych uszach. Uklęknęliśmy. Nasza ludzka tożsamość powoli zaczęła zanikać - łączyliśmy się świadomością z pierwszym z naszych braci. Czuliśmy, kiedy przechodził na drugą stronę polany i znikał na zachodzie za waniliowymi drzwiami. Po chwili nadeszło całe stado. Polana nagle zatańczyła setką psich sylwetek. Oparci na kolanach sączyliśmy łzy współistnienia zanurzeni głęboko w transie. Byliśmy w tamtej chwili Stadem. Płynęliśmy w wieczności, przesyłając swą energię dla pożytku fizycznie słabszych. Wtem, gdy ostatni ogon zniknął za zachodnią granicą, połączenie pękło. Nie mając jeszcze kontroli nad własnymi ciałami, zerwaliśmy się na nogi jak rażeni prądem. Nasze oczy - każda para utkwiona w innym kierunku - błyszczały. Potrzebowaliśmy czasu, aż duch odzyska swoją dawną konsystencję. Na razie rozpierała nas energia i ciężko o tym mówić, ale nie znaliśmy istot, którymi byliśmy. A właśnie wtedy osiągnęliśmy szczyt człowieczeństwa. Czuliśmy się tak dobrze. Zaraz ruszyliśmy w drogę powrotną. Hornwhale znajdowało się niedaleko. Szliśmy lasem miliarda barw, otoczeni zewsząd życiem przedziwnym, choć wtedy na prawdę znajomym. Płynęliśmy wśród szumu wodospadów, niezwykle czuli na każde poruszenie żywego organizmu. Kolorowe ptaki, pasiaste szopy, zielone pnącza, błyszczące gwiazdy, owady nie widoczne przeciętnym oczom, kształt lasu, zapach powietrza. Ktoś by nam powiedział, że przeszliśmy pół kilometra. Ja powiem, że przeszliśmy świat, siebie i znacznie więcej. Oto ukazała się w nas istota człowieka, który jest czystym kolorem i wonią. Jest doświadczeniem, które mówi, że naszą rolą jest skromność i pomoc sąsiadom. Dzisiaj słońce nie zaszło dla nas nad Hornwhale. Jeszcze nie dochodząc do granic wioski, zapadliśmy w niezmiernie długi, głęboki sen, którego smakować mogą tylko na prawdę będący.



       Tu rękopis się kończył. Schowałem zeszyt na swoje miejsce pod materacem. Cóż mogę myśleć. Nie tutaj znajduje się mój świat. Cóż z tego, że powoli staję się obojętny na katusze elektryczności. Należę gdzie indziej. Prąd to obłęd - nie mogę dłużej błądzić w samookłamywanie. Muszę odnaleźć mój zielono-rudy świat drzew, płomienia i słońca. Uciec stąd. Pielęgniarka woła śniadanie. Dzisiaj już nie będę myślał z nadzieją o coraz mniejszych dawkach leków. Moja droga dopiero się zacznie. Nie docenię już rozwodnionej owsianki. Bo wierzę, że niedługo ja i mój sąsiad opuścimy bramy psychiatryka i będziemy mogli razem ruszyć przed siebie. Że słońce wstanie i dla nas i grzejąc nas w plecy oczyści swoim płomieniem wszystko, co pozostawimy za sobą. A my podążymy przed siebie. Na zachód. Jak dwa kojoty.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.