Przejdź do głównej zawartości

Kohana bapciu


Autor: jesień2018
Gatunek: horror/list
Postać: Dowódca plemienia
Wydarzenie: Upadek Królestwa

       Poprosił, by go odebrać, więc wzięła syna i podjechali razem pod biurowiec. Teraz wracali we troje do domu, a cisza w samochodzie była obecna jak czwarty pasażer, męczący i niechciany. Taki, którego nie można skonfrontować bez nieprzewidzianych konsekwencji.
       – Co się stało? – zapytała jednak, zdobywając się na odwagę.
       – Wypiłem piwo. Nie chciałem prowadzić.
       – Wypiłeś piwo. – Mąż najwyraźniej odmawiał podarowania jej tego, czego w tej chwili potrzebowała – wyjaśnienia, zrozumienia, być może ulgi. Będzie musiała zagrać w jego grę, potraktować go jak krnąbrnego dzieciaka, wydrzeć mu podstępem klucz do ewentualnych działań. – Dlaczego?
       – Bo miałem ochotę. – Na moment odwróciła wzrok od drogi, żeby spojrzeć na znajomy profil. Co się z nim dzisiaj działo?
       – Zwykle nie pijesz piwa, wychodząc z pracy – odezwała się z całą cierpliwością, na jaką ją było stać. – Zwykle wsiadasz w samochód i wracasz do domu.
       – "Zwykle" się skończyło. – Tylko tyle. Nic więcej nie dodał, ale to wystarczyło, żeby naprawdę ją przerazić. Zjechała w zatoczkę i zatrzymała samochód.
       – Teraz mi powiesz, co się tak naprawdę dzieje.
       Siedzieli. Cisza oplatała jej palce u rąk jak nitka i kotłowała się w brzuchu. Podniosła wzrok, patrzyła, jak jej mąż odwraca się do niej z nagle obcą twarzą:
       – Były redukcje i mnie zwolnili. To chciałaś usłyszeć?! Teraz jesteś zadowolona?!
       To przecież nic strasznego, pomyślała, dziwiąc się trwodze, która ją ogarnęła. A potem rozpłakała się z nagłego poczucia krzywdy.
       ***
       kohana bapciu
       w krainie ciogle pada deszcz fszyscy showali sie i nie wyhodzom
       pszyjeć
       Kuba

Źródlo: pixabay.com Autor:TheDigitalArtist
       ***
       Kolejne dni Paweł spędzał przy komputerze. Nie przyjmował do wiadomości, że stan zawieszenia, w którym się znalazł, może nie być jedynie przejściowym epizodem. Odcinał się od rodziny, całkowicie skupiony na znalezieniu nowej pracy.
       Marta trzymała kciuki, tak do siebie mówiła w myślach: trzymam kciuki, trzymam kciuki, niech to się skończy, niech wróci świat, jaki był. Z trudem znosiła całodniową obecność w pokoju obok. Nie mogła włączyć głośniej muzyki, nie mogła nic do niego powiedzieć, bo się wściekał. Zawsze miał porywczy temperament, ale teraz wybuchał wyjątkowo łatwo, aż cała kurczyła się w sobie.
       Przede wszystkim jednak nie miała jak spotkać się z Krzyśkiem. Pół roku temu, rozczarowana nudą codziennego życia, umówiła się z mężczyzną, który prosił ją o to od tygodni – ojcem kolegi Kuby. Poznali się w przedszkolnej szatni, a do niedawna spotykali regularnie dwa razy w tygodniu. Był to najlepszy okres, jaki przeżyła od czasu ślubu. Jeden z najlepszych w życiu.
       ***
       kohana bapciu
       dowutca plemienia był niedbry kszyczał na swoih ludzi i został zamkiety w lohu
       tensknie za tobom
       Kuba
       ***
       Nie sądził, że utrata pracy tak bardzo nim wstrząśnie. Co teraz miał do zaoferowania rodzinie? Wiedział, że nowego zajęcia nie znajdzie tak łatwo i tym samym układ, który całkiem sprawnie funkcjonował: on w pracy, ona w domu, dziecko w przedszkolu (za rok już w zerówce), rozsypie się jak zamek z piasku w gorący dzień.
       Najbardziej jednak bał się rozczarowania Marty. Zawsze wiedział, że jest dla niego za dobra, że ślub wzięła przez pomyłkę. Czuł się jak oszust, żył w ciągłej niepewności, że prawda kiedyś się wyda.
       Wiedział, że musi jak najszybciej wrócić do poszukiwań, ale z dnia na dzień poczuł się tak obezwładniająco zmęczony, że postanowił dać sobie czas na odpoczynek. I mimo że ten trwał już kilka dni, Paweł nadal nie czuł się gotowy do działania.
       Weszła do pokoju.
       – Zobacz, znalazłam kilka nowych ogłoszeń. Wyślij CV, co ci szkodzi?
       Ta jej obecność, to pilnowanie wszystkiego, dlaczego nie da mu czasu? Dlaczego nie pozwoli mu być mężczyzną? Czy już z niego zrezygnowała? Tak szybko?
       – Powiedziałem, że się tym zajmę, to się tym zajmę, czy musisz mnie, kurwa, zawsze sprawdzać? – usłyszał swój podniesiony głos. Cholera. Wcale nie chciał krzyczeć. Patrzył na twarz żony, jego winę w jej oczach. Chciał złapać ją za nadgarstki i ściskać z całej siły, aż zrobią się czerwone i odrętwiałe, aż nie będzie miała wyjścia i obieca go kochać do końca życia, chciał złapać ją za nogi i przepraszać w nieskończoność.
       – Jedziesz po Kubę? Zrobię obiad – powiedział tylko i zacisnął szczęki z nadzieją, że już żadne nadprogramowe słowo nie wypadnie z jego ust.
       – W porządku.
       Wstała i wyszła. Nic się nie działo. Tylko szukał pracy. Nic się nie działo. A jednak, jakby coś się kończyło.
       ***
       kohana bapciu
       krulowa sama wsiadła na konia i pojehała do drugego krulestfa szukać pszygut
       przyjeć ja tensknie
       Kuba
       ***
       Kiedy rano wstawała i wchodziła do kuchni, wszystko było na swoim miejscu. Kolorowe kubki stały na białej półce, lodówka cicho buczała, kawa z ekspresu pachniała tak jak zawsze. A jednak wszystko zaczynało mieć aurę nietrwałości, przypadkowości, jakby za chwilę miało się rozpaść albo zamienić w coś innego.
       Cisza, która rozsiadła się w ich samochodzie tamtego dnia, towarzyszyła im nadal, nieustępliwa i coraz bardziej przytłaczająca. Postanowiła od niej uciec. Sama znajdzie pracę. Życie wróci na właściwe tory, jak wykolejony pociąg, podniesiony niewidzialną ręką, uratowany, puszczony dalej. Znajdzie pretekst, by spotykać się z Krzyśkiem. Boże, jak za nim tęskniła, aż ściskało ją w żołądku. A Paweł zajmie się tym, czym ona zajmowała się do tej pory: domem i dzieckiem.
       To najlepsze rozwiązanie.
       Przynajmniej na razie.
       Nie, nie ma teraz czasu na szukanie źródeł niepokoju, zalegającego się coraz intensywniej w duszy. Musi sobie kupić coś łagodnego na uspokojenie. Jakieś zioła najlepiej.
       ***
       kohana bapciu
       krulowa znika wraca zawse puzno kubodon weźnie rumaka i wyruszy na nim do drugego krulestfa
       kiedy cie zobacze
       Kuba
       ***
       Marta znalazła pracę. Paweł patrzył, jak pierwszego dnia zakłada garsonkę, kupioną specjalnie na tę okazję. Przezroczysta halka, granatowa spódnica, biała bluzka, spod której prześwitywał stanik. Nie dla jego wzroku. Dla jakichś innych ludzi. Obróciła się ku niemu i postarał się uśmiechnąć.
       – Powodzenia – powiedziały jego usta i w duchu sobie pogratulował.
       On też sobie coś znajdzie, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie musi. Czasami miał wrażenie, że ktoś go wtrącił do lochu niemocy, z którego sam nie potrafił się wydostać. Na sercu zaciskała się obręcz, dziwne wrażenie, którego przyczyna nie była dla niego jasna. Nie czuł się zbyt dobrze. Starał się koncentrować na zwyczajnych zajęciach: zrobić synowi śniadanie, zabrać go na spacer, wymyślić obiad i zrobić zakupy. Coś jednak było nie tak.
       Tydzień później postanowił zabrać dziecko wcześniej z przedszkola i iść na lody w centrum. Obręcz zacisnęła się nieco mocniej, może wystarczy udawać, że jej nie ma i wszystko się wreszcie ułoży.
       Szedł z synem ulicą i lizali lody, kiedy zobaczył żonę za szybą jakiejś kawiarni. Naprzeciwko siedział mężczyzna. Trzymał ją za rękę. Powiedział coś na ucho. Zaśmiała się. Pogłaskała go po policzku. Paweł stał i patrzył, ludzie popychali go, przechodząc, ale on stał i patrzył. Marta się śmiała. Nie pamiętał, żeby śmiała się w ten sposób w jego obecności. Żeby w tej sposób patrzyła. Jej dłoń powędrowała do włosów faceta. Może nie była chłodna. Może tylko Pawłowi się tak wydawało.
       Poczuł szarpnięcie dłoni i spojrzał w dół.
       – Tato!
       – Słucham?
       – Pytam kto tam siedzi z mamą!
       Milczał. Wreszcie wydusił:
       – Nie wiem.
       – Idziemy do niej? Chodź. Zapytamy.
       – Nie.
       Chwycił syna mocniej i pociągnął go ze sobą.
       – Ale tatoooo!
       – Powiedziałem NIE.
       Płakał. Rzewnymi łzami. Niepowstrzymanie. Dziecko podbiegające co i rusz przy jego boku było wystarczającym powodem, by przestał, jeśli by tylko potrafił.
       ***
       kohana bapciu
       inne krulestfa som złe dowutca ozyska siłe bendzie potenżny i da nauczke wszyskim wrogom
       hce żebyś do mnie pszyszła
       Kuba
       ***
       Chciał jej powiedzieć. Tego samego wieczoru, jak przyszła i zobaczył jej zarumienioną twarz. Obracał w sobie słowa, oglądał je ze wszystkich stron, wszystkie były kanciaste, słabe, nieodpowiednie, nieobliczalne.
       Nie powiedział. Wściekł się za to, że nie kupiła mu piwa, wracając.
       – Nie prosiłeś mnie o to… Robiłeś przecież zakupy – próbowała się bronić.
       – Cały dzień zajmuję się tym pierdolonym domem, siedzę z dzieckiem i takim trzeba być, kurwa, geniuszem, żeby wpaść na to, że będę miał ochotę napić się wieczorem piwa?
       Kłócili się teraz codziennie. On zaczynał, ona milczała, więc on się rozkręcał, aż pękała i też zaczynała krzyczeć i wrzeszczeli czasami wiele godzin, aż do nocy. Kilka razy ktoś walił do drzwi, zapewne sąsiedzi, ale żadne z nich nie otworzyło. W tym byli wyjątkowo zgodni.
       Marta budziła się roztrzęsiona, przerażona tą nową agresją męża skierowaną na siebie.
       Paweł czuł głębokie nieszczęście, tylko dzikie wrzaski przynosiły chwilową ulgę. Noszenie tajemnicy w milczeniu przekraczało jego siły.
       Cisza w domu trwała, pozornie tylko porzucona, w rzeczywistości nadal obecna, nadal zapowiadająca wydarzenia, których nie mogli już uniknąć.
       ***
       kohana bapciu
       kubodon bardzo sie bał asz pewngo dnia krulestfo upadło znikło nastał spokuj i cisza
       bapciu gdzie jesteś
       Kuba
       ***
       Zaczynał szukać setki powodów, dla których siedziała tam, z tym facetem, taka szczęśliwa i piękna, a im dłużej szukał, tym bardziej realne stawały się wyobrażenia: odnaleziony po latach brat, szef, przed którym musiała udawać, przyjaciel z dzieciństwa, z przedszkola może albo z podstawówki, kochanek, zdejmuje przed nim swoją haleczkę i przezroczystą bluzkę, jego dłoń na jej piersi, jej dłoń na jego pośladku, języki, śluz i jęki… Stop. Nie. Musi się zatrzymać, musi wrócić do szefa, przed którym ona udaje, a potem ze wstrętem myje twarz w biurowej umywalce… on wchodzi, sadza ją na tej umywalce, zdziera jej majtki… STOP.
       Musi sprawdzić.
       – Kochanie – kumpel zaprasza mnie do Warszawy. Wiem, że masz pracę, zabiorę małego, wrócimy w piątek.
       Spojrzała na jego rozgorączkowane oczy. Tak – niech wyjedzie, niech znajdzie się jak najdalej, a ona znowu będzie mogła oddychać w domu, zaprosi Krzyśka i zapyta go, czy jeśli się rozwiedzie, on zrobi to samo. Zaczęłaby na nowo. Tym razem tak jak trzeba.
       Widział, że udaje wahanie, oczywiście zgodziła się, kazała mu uważać na małego bla bla bla. Spakował dziecko i siebie i już miał wychodzić, kiedy stanęła w przedpokoju.
       – Jeszcze szczoteczki.
       – Acha, rzeczywiście, zapomniałem. – Trzęsły mu się ręce, schował szczoteczki na wierzch wrzuconych bez ładu i składu rzeczy. Przyglądała się mu i musiał znaleźć się jak najszybciej poza zasięgiem jej wzroku.
       – Kubuś. Idziemy.
       Złapał syna za rękę i wyszli. Słyszał, jak mocno trzasnął drzwiami i nie był zadowolony. Lepiej, żeby niczego nie podejrzewała.
       Poszli do kina, a potem włóczyli się po mieście, coś zjedli na prośbę dziecka, a w umyśle Pawła wyświetlał się jego prywatny film: facet z kawiarni przychodzi do jego mieszkania, od progu rzuca się na jego żonę, ona ciągnie go do małżeńskiej sypialni…
       – Wracamy do domu – zarządził. Zrobiło się już ciemno i nie musiał dłużej czekać.
       – Mówiłeś, że jedziemy do Warszawy.
       – Zmieniłem zdanie, nie tęsknisz za mamą? – jeszcze chwila i uderzy to dziecko w głowę. Żeby się tylko zamknęło.
       – Nie.
       – Trudno. Wracamy do domu.
       – Ała, ściskasz mi rękę, to boli. – Musiał nad sobą panować, nie wolno mu zwracać na siebie uwagi. Zaraz pojadą do domu, otworzą i będzie wiedział.
       Cicho wchodzili po schodach. Dzieciak na szczęście nic więcej nie mówił, chyba zrozumiał, że to nie najlepszy czas na dyskusje. Wyjął klucz, cicho przekręcił w zamku, weszli… I już wiedział.
       Z kuchni dochodziły głosy i śmiechy. Kazał dziecku zostać przy drzwiach i ruszył cicho w ich kierunku. Ostrożnie zajrzał do kuchni.
       Był z nią. Ten sam, co w kawiarni. Stała całkiem nago i kroiła kurczaka. Facet też był nagi, miał na sobie tylko jej fartuszek. Całował ją w szyję, a ona udawała, że się opędza.
       – To jesteś w końcu głodny, czy nie?
       Nagle jednak podniosła głowę i krzyknęła na widok białej jak duch twarzy swojego męża stojącego w progu kuchni.
       Przerażenie na jej twarzy, zdziwienie na twarzy faceta, natrętny zapach pieczonego kurczaka, kieliszki z winem na stole, Chris de Burgh śpiewający "Lady in Red"…
       Paweł rzucił się ku niej, wyrwał nóż z dłoni i z całej siły wbił w ciało śmiesznie zaskoczonego kochanka. Raz, i jeszcze, i jeszcze raz. Ciało osunęło się na podłogę, nóż stał się śliski od krwi, lecz Paweł uderzał dalej, wycie za plecami przesuwało się wibracjami po jego plecach, więc odwrócił się i dźgnął zawodzącą jak zwierzę kobietę. Również jej ciało poddało się niespodziewanie łatwo, lecz uderzał dalej, bez opamiętania, bez świadomości, co właściwie robi i dlaczego.
       Dopiero po chwili odwrócił się i zobaczył dziecko, które stało w progu całkowicie bez ruchu i patrzyło.
       ***
       – O Boże, o Boże, to było potworne, to wycie… jak wilki jakieś, nie wiem…
       – Usłyszała pani wycie i poszła do sąsiadów?
       – Nie chciałam! Bałam się. Tego wycia i krzyków, o Boże, żeby pan to słyszał… ale tam mieszka dziecko! Więc musiałam iść, musiałam sprawdzić…
       – I co pani zobaczyła?
       – Oni leżeli dwoje, a ten… przytulał Kubusia. Ściskał go. Cały we krwi i Kubuś też we krwi, wszędzie ta krew.
       – Mężczyzna coś mówił?
       – Sąsiad nie. A Kubuś spojrzał na mnie… takiego spojrzenia ja jeszcze nie widziałam… Ani u dziecka, ani w ogóle. Jakby nie było w nim nic. Puste całkiem, jakby lalka patrzyła.
       – I co pani zrobiła?
       – Nic. Nie wiedziałam, co zrobić… nic nie zrobiłam. Uciekłam i zadzwoniłam do was. Przepraszam, wiem, że ja tak nieskładnie, ale… ja bardzo przepraszam.
       – Niech pani płacze, spokojnie. Czy dziecko ma jakichś krewnych, ktoś je odwiedza?
       – Miał babcię… Przychodziła tutaj często… Ale umarła kilka miesięcy temu…
       – Jacyś wujkowie? Ciotki?
       – Nie, nikogo nie mieli. Chyba. Tak mi się wydaje. Co będzie z małym?
       – Na razie pogotowie opiekuńcze. A potem – zobaczymy.
       – To taki kochany chłopczyk, taki wrażliwy… Zawsze dzień dobry mi mówił, jak się mijaliśmy. I wyobraźnię ma, słyszałam, jak tej babci historyjki opowiadał, szedł i mówił, i mówił… ostatnio był cichutki... rodzice zajęci zawsze, wie pan, jak to jest... Biedactwo.
       – Co zrobić. Dziękuję. Jest pani na razie wolna.
       ***
       kohana bapciu
       zabiesz mie
       zabiesz do siebie
       pomusz
       Kuba


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.