Przejdź do głównej zawartości

Wszystko, co płonie


Autor: Pan Buczybór
Gatunek: Opowiadanie obyczajowe
Postać: Ślepy nauczyciel
Zdarzenie: Uciekająca pokraka

       *slice of life*

       Nie chciałem, by tak to się skończyło.
       — Pokraka! Pokraka!
       — Weź lepiej umrzyj!
       — Spójrzcie na jej twarz! Wygląda jak gówno!
       To wszystko działo się na moich oczach. W mojej klasie. Przed moim biurkiem.
       Zuzanna Ćwielong, lat dwanaście, uczennica klasy 5 C. Zupełnie niewinna, spokojna dziewczynka. Byłem jej wychowawcą, jednak nigdy z nią nie rozmawiałem. Nic nie widziałem, nie zwracałem uwagi, póki siedziała cicho, nie zawracała głowy. Miałem wtedy swoje problemy. Uczniowie? To tylko praca, nie powołanie. Przeżyć, odbębnić, zapomnieć. Pensja musiała wpłynąć na konto, nic więcej.
       Na początku byłem lepiej nastawiony, chciałem współpracować z dziećmi. Z każdym rokiem coś ze mnie uciekało. Wypruwałem się jak zniszczony pluszak. Nie odnajdywałem szczęścia, chciałem się odciąć od innych. Pozwoliłem, by przelewano krew, łzy tuż przed moją twarzą. Bo miałem spokój. Tak, miałem cholerny spokój.
       — Panie Mirku, proszę podejść.
       Spotkanie na przerwie. Dzieciaki kręciły się dookoła. Śmiechy, krzyki. Korzystały z przerwy. Pani Rusiak, nauczycielka angielskiego. Znaliśmy się od dawna. Zawsze mi pomagała, wspierała w tej ciężkiej pracy.
       Pokazała mi zdjęcia. Na komórce, z internetu. Niewyraźne, straszne. Wstrzymałem wtedy oddech, prawie puściłem kubek z kawą. Ona, ona, ona... Ja, to, co widziałem... Nie mogłem złapać tchu.


       — Już to zgłosiłam na policję. Poinformowałam też rodziców. Pan powinien być pierwszy. Był pan najbliżej.
       Mówiła to tak chłodno, sterylnie. Poczucie winy, nieodpowiedzialność. Zrzuciła to na mnie. To była moja wina. Moje niedopilnowanie.
       — S-skąd pani to... — Trudno mi było znaleźć słowa, nie mogło mi to przejść przez gardło.
       — Jeden z nauczycieli zrobił te zdjęcia... — zawahała się, jej oczy wypełnił niepokój. — Zostawił telefon w pokoju nauczycielskim. Ja... Miałam na niego oko, zachowywał się podejrzanie. Przejrzałam wszystko... To nie tylko Zuzka... Dużo dzieci, za dużo.
       — T-to były jego korepetycje? Kwieciński, tak!? — podniosłem głos, nie mogłem się opanować.
       — Mówiłam — spojrzała na mnie zimnym wzrokiem. — Był pan blisko. Zbyt blisko, by być ignorantem.
       Dzwonek. Koniec przerwy.
       Pani Rusiak poszła do klasy. Byłem zdruzgotany, zdezorientowany. To wszystko w tak krótkim czasie. Przytłoczyło mnie, cholernie zmiażdżyło od środka. Miałem lekcję z 5—tą C. Ja... Nie wiedziałem, jak spojrzeć jej w twarz. Jak powiedzieć temu dziecku, tej spokojnej dziewczynce, "dzień dobry". Nogi się pode mną uginały, głowa bolała, wypełniała się myślami. Ruszyłem jednak. Praca, pensja, praca. Nie mogłem odpuścić.
       — Proszę, siadajcie.
       Lekcja się zaczęła. Wszystko po staremu, tak jak zawsze. Jednak moje spojrzenie było inne, zmieniło się. Gdy podchodziła do tablicy, gdy zbliżała się do mnie — chciałem płakać. Bezsilny, egoistyczny. Wszystko ignorowałem, nie dopuszczałem do siebie tych myśli. Przecież to nie wszystko, najgorsze, ale nie wszystko. Prześladowali ją, dzień w dzień. Nigdy nie reagowałem. Dawałem pouczenia, kazałem przestać, ale bez przekonania. Tak naprawdę mogli to robić dalej, bez żadnych konsekwencji. Zawiodłem.
       — Psze pana, dobrze?
       Zuzka stała przy tablicy. Środek maja, biała sukieneczka.
       — A, tak, tak, dobrze — Oderwała mnie od myśli.
       Boże, jej twarz... Czemu musiałem na nią patrzeć? Czemu te brązowe oczy wydały mi się tak smutne, bezbronne, zawiedzione...
       Koszmar. Nic nie mówiła, ale to był jej koszmar. Tylko pośrednicy, brak głównej aktorki. Nikt do niej nie docierał, albo ona do nikogo. Strach szczelnie opakowany w kruchej powłoce.
       Nie wiem, jak udało mi się to znieść.
       — Ten człowiek już siedzi w więzieniu, prawda? — Twarz zrozpaczonej matki, najgorszy, najboleśniejszy widok. — Ma ta na, co zasłużył, prawda!?
       Gniew, smutek, łzy. Mąż ją objął. Ciszą współdzielił tę tragedię.
       Przyszedłem do ich domu. Musiałem porozmawiać. To był mój obowiązek. Ostatnia rzecz, którą mogłem zrobić dobrze.
       — Bardzo mi przykro — wydusiłem przez zaciśnięte gardło. — Ja, ja byłem ślepy. Mogłem temu zapobiec. Przepraszam.
       — Nie, nie musi pan za nic przepraszać — odpowiedział zaskakująco spokojnie ojciec Zuzki. — To już nie znaczenia. Musimy zrobić, co w naszej mocy, by... moja córka... jakoś z tego wyszła. Ona, ona najbardziej cierpi.
       Nie pojawiła się już później w szkole.
       Słyszałem o terapiach, wizytach u psychologów. Starali się jej pomóc. Powoli rozumiała, powolutku mierzyła się z tym przerażeniem.
       Staraliśmy się trzymać sprawę pod kłódką. W szkole było cicho. Nikt nawet nie oglądał się za Zuzką. Jakby zupełnie nie istniała... Tak to wtedy wyglądało.
       Jednak ta świadomość, to wszystko, co widziałem, co usłyszałem. Musiałem ciągle się z tym mierzyć. Poczucie winy nawiedzało mnie w snach, nie dawało spokoju, o który tak zaciekle walczyłem przez całe swoje żałosne życie.
       "Korepetycje to była przykrywka. Rodzice o tym wiedzieli, zgadzali się na to. Zajęcia miały odbywać się w szkole, lecz Kwieciński przewoził je do swojego domu. Oprócz Zuzki, były tam jeszcze dwie inne dziewczynki – nie wytrzymały tego tak dobrze jak ona. Kazał im się rozbierać. Robił zdjęcia, dotykał ciał. Do gwałtu nie doszło. Szantażował je fotografiami, kazał milczeć pod groźbą śmierci. Wszystko zatrzymywał dla siebie. Nic nie trafiło do sieci, niczego nie wysłał mailem. Rodzice Zuzanny ignorowali pierwsze oznaki. Zamykała się w pokoju, płakała, bała się kontaktów cielesnych. U dwóch pozostałych dziewczynek szybciej zauważono zmiany. Ruszyło śledztwo, ofiary bały się wydać oprawcę. Zuzanna ucierpiała najmocniej. Była "ulubienicą" Kwiecińskiego. Większość zdjęć była skupiona na niej."
       Policyjne raporty, kolejne rozmowy. Wizyty u Zuzki, gdy już jej stan się ustabilizował, powoli już z tego wychodziła. To wszystko stało się częścią mnie, częścią mojej bezsilności.
       W końcu wróciła do szkoły. Była inna. Jeszcze spokojniejsza, jeszcze zimniejsza. Prześladowania nie ustawały. Wołali na nią "pokraka"; nie wiem dlaczego. Tym razem byłem bardziej stanowczy. Nie chciałem, by znów cierpiała przez moją ignorancję. Załatwiłem to szybko, konkretnie. Skończyłem już z biernością.
       Pewnego dnia uciekła.
       Była na terenie szkoły, ktoś ją widział, jak biegła.
       To, to nie tak miało się skończyć. Nie miało do tego dojść.
       — Poszukam jej. Proszę tu zostać.
       Wziąłem odpowiedzialność w swoje ręce. Musiałem to zrobić. To był mój obowiązek wobec tego biednego, przestraszonego dziecka.
       Szkoła była prawie pusta. Większość zajęć się skończyła. Prawie nikogo już nie było w szkole.
       Szukałem. Klasa za klasą. Każdy zakątek, każdy korytarz. Nie mogła odejść daleko. Nie mogło dojść do najgorszego.
       — ...sobie z tym z poradzić.
       Znalazłem ją. Rozmawiała z kimś. Dwa dziewczęce głosy. Czuły, spokojny ton i przestraszony, nierówny głos. Była szybsza ode mnie. Znalazła ją, wyciągnęła dłoń. Były w pustej klasie. Otwarte drzwi. Zostałem przy ścianie. Słuchałem.
       — Zuzka, nie musisz uciekać.
       — Ale... Ja... Wszyscy mnie nienawidzą... Wszyscy mnie krzywdzą.
       — Ja cię nie krzywdzę. Chcę ci pomóc.
       — Nie zrozumiesz. Nie wiesz, co mi zrobił...
       — Nie muszę rozumieć. Wystarczy, że ty zaczniesz.
       — Co?
       — Zrozum, że jeszcze jest nadzieja.
       Odprowadziłem ją do domu. Ta dziewczynka, Kamila, również poszła z nami.
       Starały się rozmawiać, porozumieć. Szukały wspólnych tematów, unikały tych, których Zuzka już nie chciała słyszeć.
       Poczułem, że to było moje odkupienie.
       Zawiodłem, wszystko zniszczyłem, ale nie uniknąłem odrodzenia. Zmieniłem się przez to, co przeżyła ta dziewczynka. Wtedy, patrząc jak idzie do domu ramię w ramię z nową znajomą, zrozumiałem, jak bardzo była odważna, silniejsza ode mnie.
       Ja, ignorant walczący tylko o swój własny spokój, nie zasługiwałem, by widzieć coś tak pięknego. Nie, złe słowo, cudownego. To dziecko było cudowne.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.