Przejdź do głównej zawartości

Nie ma ucieczki


Autor: pkropka
Gatunek: Opowiadanie obyczajowe
Postać: Biedak z wyboru
Zdarzenie: Sześć minut do przodu

        Pulpity sennie mrugały, wyświetlając informacje o stanie śpiącej załogi. Pracowałam na stacji wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż nic się nie wydarzy. Nawet gdyby, alarm na pewno by mnie obudził, mimo to piłam kolejną kawę i wpatrywałam się w wykresy.
        Zegar wskazywał drugą trzydzieści, półtorej godziny do zmiany warty.
        — Włącz tryb głosowy — powiedziałam głośno i wyraźnie.
        Syntetyczny kobiecy głos zaczął jednostajnie wyczytywać nazwiska, podając statystyki. Wstałam z wygodnego fotela, kości żałośnie jęknęły po godzinach tkwienia w tej samej pozycji. Przeciągnęłam się i spojrzałam na panel widokowy. Tysiące światełek wyznaczało kontury ciemnych oceanów, drobne paseczki chmur przemieszczały się powoli, przysłaniając widok miękkim szarym puchem.
        Przełączyłam widok na obraz z satelit, wyszukałam odpowiedni rzut i chwilę wpatrywałam się w ekran. Idealnie bezchmurne niebo ukazywało błękit morza, kontrastujący z piaskowymi odcieniami plaż. Plamy zieleni były mniejsze, niż się spodziewałam wylatując na misję, przeważały szare przestrzenie miast. Przyłożyłam palec w miejscu, które wydawało się być moim dawnym domem, zakrywając pół Polski. Uśmiechnęłam się lekko, myśląc, że na pewno trafiłam. Zamknęłam oczy przypominając sobie małą dziewczynkę przyklejoną do wystawy sklepowej.

Źródlo: pixabay.com Autor: qimono
    
       Wokół wirowały drobne płatki śniegu, wesoły gwar tłumu mieszał się z dźwiękiem dzwoneczków, kiedy przykładałam buzię do witryny sklepowej, osłaniając ją dłońmi, żeby kolorowe światełka odbite w szybie nie przeszkadzały chłonąć widoku za nią.
        — Mamo, co to jest? — zapytałam lata temu.
        — Klocki. — Wysoka, ciemnowłosa kobieta zacisnęła wąskie usta, zbierając cierpliwość na nadchodzące pytania.
        — Co jest z nich zbudowane?
        — Łazik. — Nigdy nie ułatwiała zadania.
        — A co to takiego?
        — Robot wysłany na Marsa w celu zbierania próbek ziemi.
        — Po co zbierać ją tak daleko? Mogli wziąć trochę z podwórka.
        — Na każdej planecie jest inna ziemia, z której możemy wnioskować o warunkach panujących tam. — Wyciągnęła do mnie rękę. — Możemy już iść?
        Posłusznie złapałam dłoń. Nie było sensu dyskutować, jak postanowiła iść, to szła.
        — Chciałabym mieć taki łazik. — Powłóczyłam nogami, oglądając się w kierunku sklepu, lecz widziałam już tylko odbicia ludzi.
        Mama mocniej ścisnęła moją dłoń.

        Następnego dnia zjechała się cała rodzina, rodzice rozłożyli stół, który ugiął się pod ciężarem półmisków i salaterek. Zjedliśmy pyszną kolację przy akompaniamencie śmiechów i anegdotek ciotki Marty, lecz skupienie się na rozmowach dorosłych przychodziło mi z trudem. Wzrok przyciągało kolorowe drzewko, udekorowane drewnianymi zabawkami i anielskim włosiem. Rano pomagałam zawieszać ozdoby i z zapartym tchem obserwowałam, jak tata zakłada czerwoną gwiazdę na chybotliwym czubku.
        Wśród paczek ukrytych pod najniższymi gałęziami upatrzyłam sobie jedną – największą – zapakowaną w granatowy papier, mieniący się srebrnymi gwiazdkami. Niecierpliwie czekałam, aż wujek, ukryty za syntetyczną białą brodą, rozda prezenty najmłodszym. Kiedy nadeszła moja kolej i minęła, a paczka nadal leżała pod drzewkiem, byłam zawiedziona, lecz dzielnie powstrzymywałam łzy, żeby nie zrobić nikomu przykrości. Mama tylko zerkała na mnie badawczo.
        Na sam koniec został tylko „mój” prezent.
        — Zostałem poproszony, żeby ten piękny pakunek zostawić na koniec. Mikołaj zawsze stara się spełniać życzenia, więc nie mogłem odmówić. — Wujek rozejrzał się po zebranych, zatrzymując wzrok na mnie. — Karolciu, pozwól.
        Powoli, próbując opanować drżenie całego ciała, podeszłam do niego. Tysiące myśli mieszało się ze sobą, a pośród nich: „jednak jest mój”, „a co, jeśli to coś głupiego”, „czemu został na koniec”.
        Delikatnie rozpieczętowałam papier, starając się go nie podrzeć.
        — Mamo! — Pobiegłam ją przytulić.
        Ściskała mnie mocno, kiedy krzyczałam jej w ucho podziękowania. Śmiech zagłuszyły dociekliwe pytania co dostałam, wróciłam więc do prezentu i odwinęłam papier, ukazując opakowanie łazika.
        — Będziesz musiała go sama zbudować — zmieszało się z ponurym — Co to jest?
        Zaległa złowroga cisza. Po minie taty wnioskowałam, że nie ja mam odpowiedzieć.
        — Klocki. — Mama wyprostowała się i wbiła w ojca stalowy wzrok.
        — To nie jest zabawka dla dziewczynek.
        — Nie. To jest zabawka dla dzieci ciekawych świata, Twoja inteligentna córka na pewno sobie z nią poradzi.

        Tamtej nocy, kiedy goście się rozeszli, rodzice długo krzyczeli. Następnego ranka zastałam mamę przy kuchennym stole. Miała podkrążone oczy, drżącą ręką podnosiła do ust filiżankę z kawą. Blady uśmiech zagościł na jej twarzy, kiedy mnie zauważyła. Poprosiła, żebym usiadła, wyjaśniła dokładnie co się stało i dlaczego nie jest to moja wina, lecz czułam, że nie mówi całej prawdy.
        Klocki wylądowały w kącie. Dopytywała o nie regularnie, aż w końcu usiadła na podłodze i zaczęła je składać sama, powoli i dokładnie. Nawet raz nie podniosła głowy, żeby na mnie spojrzeć.
        Po godzinie dosiadłam się i bez słowa zaczęłam jej pomagać. Pracowałyśmy do późna, a następnego dnia nie poszłam do szkoły.

        Kiedy łazik był prawie gotowy, coś we mnie pękło. Rzuciłam na oślep złożonym elementem i płacząc wybiegłam z pokoju. Ukryłam się na pawlaczu, lecz mama nie próbowała mnie szukać. Nie pamiętam ile czasu zajęło mi uspokojenie się, lecz kiedy wróciłam, siedziała w tym samym miejscu. Trwała w bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w złożonym na nowo fragmencie którym rzuciłam, po jej twarzy płynęły łzy. Lekko dotknęłam jej ramienia, a wtedy złapała mnie i przytuliła z całych sił. Ciszę przerwał głośny szloch, płakałyśmy już obie.
        — To naprawdę nie twoja wina, że taty już nie ma — wyjaśniała ponownie. — Czasem można kogoś krzywdzić w sposób, którego nie widać. Tak było między nami, łazik był tylko kroplą, która przelała czarę. Która dała mi pewność, że będzie krzywdził i ciebie. Na to nie pozwolę nikomu, chociaż wiedziałam, że tą decyzją zranię cię ja.
        — Ale gdybym była taka jak chciał, to może nie byłby zły?
        — Jesteś dobrym dzieckiem. Tata po prostu nie chciał, żebyś miała marzenia, bo swoich wyrzekł się lata temu.
        — Jak można się ich wyrzec? Przychodzą przecież same. — Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że czasem marzenia przerastają człowieka. Że sama możliwość dosięgnięcia ich potrafi sparaliżować strachem, bo łatwiej znieść gorycz poddania się, niż porażki.
        — Tak, ale można je w sobie zabić. Tylko wtedy umiera więcej, niż się spodziewasz.
        — To ja będę dbać o swoje. — Złapałam mamę za rękę i poderwałam się z ziemi. Patrząc na łazik wykrzyczałam — polecę w kosmos! Będę dużo się uczyć i ciężko pracować, aż polecę.

        Następne lata poświeciłam realizacji tego jednego marzenia. Jednocześnie studiowałam i pracowałam, odkładając każdy grosz. Żyłyśmy skromnie, lecz szczęśliwie, aż na ostatniej prostej poczułam, że to za mało. Zamiast pisać pracę magisterską, zazdrośnie obserwowałam pary trzymające się za ręce, dla których świat przestawał istnieć. Tak bardzo chciałam zatracić się w czyimś uśmiechu, że kiedy pojawił się Staszek, nie miałam wątpliwości. Rzuciłam wszystko, stawiając na pierwszym miejscu jego. Mama próbowała mnie przekonać do ukończenia studiów i nie porzucania marzeń, lecz nie naciskała. Tylko coraz częściej pytała, czy na pewno jestem szczęśliwa.
        Zdradzał mnie od początku. Widziałam ślady szminki na kołnierzu koszuli, czułam we włosach zapach truskawek i słyszałam jak przez sen szepce jej imię. Jednak ważniejsze było, że za każdy razem wracał do mnie. Pretensje, krzyki i zawód sobą schodziły na dalszy plan. Czasem się cieszyłam, że mamy problemy. Dzięki temu łatwiej było skupić się na chwili i zapomnieć o obietnicy sprzed lat, której cień nie odstępował mnie na krok.
        Po roku wspólnego życia zaczęłam wątpić. Byłam zmęczona, zestresowana. Zwyczajnie nieszczęśliwa. Za namową mamy, przed podjęciem ostatecznej decyzji zrobiłam test ciążowy. Sześć minut wystarczyło, żeby wywrócić życie do góry nogami. Postanowiłam, że nie skażę dziecka na życie ze skłóconymi rodzicami. Nie wierzyłam, że Staszek się zmieni. Spakowałam cały dobytek i bez słowa wróciłam do mamy. Z jej wsparciem napisałam i obroniłam dyplom zanim minął pierwszy trymestr.
        Powoli wracałam do życia, kiedy znów go spotkałam. Zamyślona spacerowałam przez park, wsłuchując się w szelest suchych liści i odległy śmiech dzieci, dochodzący z placu zabaw.
        — Karolina? — usłyszałam za plecami głos Staszka.
        Mimowolny dreszcz przeszedł po kręgosłupie. Przyspieszyłam, lecz po chwili znajoma dłoń trzymała mnie za łokieć.
        — Odeszłaś bez słowa, tęskniłem. Nie wiedziałem... — urwał, spoglądając na wyraźnie zarysowany brzuch.
        Zobaczyłam jak napinają mu się mięśnie szczęki. Zwęził oczy przepełnione nienawiścią i mocniej złapał moją rękę, boleśnie wbijając w nią palce.
        — Z kim się puściłaś, szmato? — wysyczał, kiedy próbowałam się uwolnić.
        — Puść mnie, proszę.
        Zamiast odpowiedzi usłyszałam wściekły warkot. Chciałam krzyczeć, lecz dławiła mnie pięść, wepchnięta głęboko w usta. Kopał ile sił, na oślep. Ostatnie co pamiętam, to niewyraźne krzyki.

        Kilka razy w życiu myślałam, że straciłam wszystko. Jednak dopiero w szpitalnym łóżku, kiedy lekarz wyjaśniał, że nie mogli nic zrobić, poczułam jak świat rozsypuje się na kawałki. Najgorsze nadeszło, kiedy zobaczyłam mamę. Jej bladą twarz, drżące wargi i szkliste, szeroko otwarte oczy. Długo mnie tuliła, szepcząc łamiącym się głosem uspokajające słowa.

        Jak najszybciej, byle jak posklejałam odłamki i z nową determinacją wróciłam do pracy. Dzień po dniu, skupiona tylko na celu poświęcałam wszystko, byle uciec. Jak najdalej. Lecz wspomnienia podążyły za mną. Trzymały się blisko, mimo wielu prób zapomnienia, ponownie ścisnęły za gardło. Zamknęłam oczy, skupiając się na wyrównaniu oddechu. Pamięć podsunęła obraz mamy stojącej na progu, ocierającej łzę. Dużo mówiła o tym, jaka jest ze mnie dumna. Że będzie tęsknić, ale nieważne co się wydarzy, mam zostać na stacji i piąć się w górę. Zaczynałam od najprostszych zadań, ale leciałam na orbitę i miałam szansę się wykazać – to było najważniejsze.
        Myślę, że już wtedy wiedziała, ale bała się, że zrezygnuję.
        Sześć minut temu otrzymałam meldunek o jej śmierci z załączonymi ostatnimi słowami, przekazanymi ciotce Marcie: „Nieważne, co się wydarzy – będzie dobrze”.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.