Przejdź do głównej zawartości

Ciężka miłość


Autor: Jagodolas
Gatunek: Opowiadanie obyczajowe
Postać: Szkolny morderca
Zdarzenie: Słonecznik we mgle

        Jest początek, jest zmiana. Już nawet nie spoglądam w stronę podstawówkowych, ołówkowych, ekierkowych, precyzyjnych superojców, miejscówek otoczonych wianuszkiem powietrza. Chyba łapię oddech po ośmiu latach bezdechu, podczas których samotność dała mi porządnie w kość.
        Rudy chłopiec w niemodnej fryzurze podpiera ścianę a w jego głowie plan: będę inny. Podstawówka to przeszłość. Będę, ba, już jestem. Rozmowniejszy na pewno.
        Każde rozpoczęcie roku szkolnego niesie ze sobą spory ładunek elektryczny, więc wiem tyle, co nic. Podchodzę do grupek już wcześniej zbitych, czymś scementowanych, próbuje wymusić uśmiech, lecz jakoś nie wychodzi. Eksplozje rechotu wymuszają reakcje podobne. Bardzo trudno jest wybuchnąć radością, kiedy wieje w tobie wietrzyk niewytłumaczalnego smutku.
        Upychają nas do klas. Pierwszowrześniowa nauczycielka maszeruje jak na ścięcie, pot zalewa twarz. Liceum to nie przelewki - zaczyna zachęcająco. Godło i krzyż zdają się potwierdzać jej słowa. Za moimi plecami mgławica komentarzy, a ja zaczynam walić głową w niewidzialny mur. Przecież w pierwszych ławkach siadają tylko dupolizy, pupilki niemłodych wychowawczyń. Jak mogłem.
        Rudy jest nie tylko czołg. Wracam do domu, a kruczowłosy Gracjan gra mi na nerwach pierwszorzędnie. Idę, jakby nigdy nic, przypominam ruchomy posąg. Podążający z Grackiem biorą go na bok i tym samym resztę drogi pokonuję w samotności. Cóż, bycie tym fajnym dzisiaj nie wyszło.
        Pierwsze tygodnie upływają szybko. Nie potrafię złapać byka własnej zmory za rogi - trwam w osamotnieniu, najpierw mimowolnie, potem z premedytacją, na przekór. Do czasu, bo...

Źródło: pixabay.com Autor: StockSnap

        Z Eweliną łączy mnie rudość. Rudość, poczucie humoru, zamiłowanie do metalu. Wiezieni jednym wózkiem, zostawiamy w tyle zazdrosną część męską klasy be. Numery czynione dla beki przestają być ważne dla Gracjana. Szczególnie podczas przerw wyczuwam chłodny powiew cynizmu, bądź - będąc mniej egzaltowany - dostrzegam, że celem werbalnych kurew jestem właśnie ja.
        Zazdrość. Piątka, kontra trója na szynach. Zgrzytanie zębów, walenie pięścią w stół, ten pociąg, zrośnięty z upływem czasu stanowi śmiertelne zagrożenie. Dla Gracka oczywiście.
        Ewelina - noga z matmy, czarny pas z polaka, sensei, mój master. Heavy metal jako odlamusacz - kit czy nie? Przy Ewelinie wyrastają mi kły, skrzydła, oczy nafaszerowane przenikliwością przebijają błoniaste, sztuczne fasady fasad. Przykład: Tomek osiłkowością nagina fakty, jest tępy, mądry i do dupy. Za drugą fasadą przypomina chomika.
        Odprowadzam rudą do domu. Każda rozłąka odbiera mi cudowne moce. Cierpię, gdy mówi: cześć, do jutra. Wyciśnięte łezki cytryny do wieczornej herbaty, dwie łyżeczki cukru i siadam na kanapie. Włączam pudło zawierające nieskończoną ilość programów, filmów, mord (pięknych i szpetnych) i boleję nad słabością. Nad niedorozwinięciem pojedynczości. Mono bezmoc, skundlenie, wprowadzają w stan okołodepresyjny. Tak, wiem, jutro Ewelina znów zainfekuje swoją niepoczytalnością, będziemy drwić z naszej klasy rządzonej przez głupiego Gracjana. Strach jednak przykleja do fotela i nieruchomieję.
        Pada listopadowy deszcz. Ruda dziś zaliczyła absencję, więc wiadomo - lipa. Czekam na tramwaj, w głowie thrash metal w wykonaniu Kwasożłopów. Pędzę z nimi na złamanie karku. Pod wiatę wchodzi przemoknięty Gracek ze swą świtą. Patrzenie na człowieka, który rusza paszczą, a nic nie mówi - dość komiczne. Zdejmuję słuchawki, serce zaczyna mocniej bić. Panika? Otrzymuję od niego info o imprezcę. Gadka szmatka, pozostali też jacyś tacy mili, zaczyna być fajnie, ale nadjeżdża ósemka. Żegnam ich staromodnym słowem - cześć i wchodzę do zatłoczonej rozklekotalni. Robię glonojada na tylnej szybie tramwaju. Majejący Gracek, Planty z prawej, czarne kamienice z lewej. Euforia rośnie we mnie.
        Podczas przerwy Ewelina dowiaduje się o planowanej bibie. Rozentuzjazmowana, podskakuje, szarpie mną, zbliża twarz do mojej i wygląda, jakby miała tylko jedno oko. Błękitny cyklop.
        Piątek - dzień balangi. Zazdrość Gracjana przybiera olbrzymie rozmiary. Zazdrość o moją. Zazdrość odziana w szatę "jest spoko". Rozkminiam: ten kolo będzie chciał ją odbić. Wyskoczyć niespodziewanie z pianą na ustach. Na bank.
        Zajęcia kończymy o dwunastej. Idę z rudą do jej domu, ruda musi przecież udekorować ciało, przyhardkorzyć, mimo swej codziennej outfitowej wytworności, sprawić, by kopary klasowej gawiedzi opadły z łoskotem. Jeśli chodzi o mój wygląd, to wierny modowej zasadzie - nihil novi - pozostaję w tych samych przepoconych ciuchach. Podarte spodnie, koszulka z napisem Motorhead, czarna, jak dalekosiężna myśl zafascynowanego rozkładem mięsa - poety.
        Impra. Muzykę przekraczającą pewien próg głośności, śmiało nazwać można napierdalaniem. Gospodarz Piotrek wciąga nas do mieszkania, podając drinki. Ewelina, bestia taneczna, wskakuje na środek. Tan wobec ogólnej niemrawości czyni niemały dysonans. Ruda podskakuje, biodra i ramiona żyją własnym życiem. Drażni mnie jej wyskok. Drażnią łapczywe oczy Gracka i przydupasów jego. Wlewam zawartość szklany do gardła. Mocny drin. Moc czwartego chyba zmalała, bo przyjąłem go z godnością pokerzysty.
        Mijają godziny, tracę orientację, Ewelina znika z pola widzenia. Postanawiam, omijając przechylane bocznym wiatrem drzewa, znaleźć ją i dać alkoholowego buziaka. Zaglądam do pierwszego, lepszego pokoju, wytężam wzrok, bom najebany. Trzymając pion za pomocą futryny, przyglądam się scenie seksu. Długo się przyglądam, bom najebany. W kotłowaninie przypominającej walkę na śmierć i życie, widzę złote kłosy gołej rudej. Spierdalaj - wrzeszczy Gracjan, przekrzykując jęki rudej gołej. Zamykam drzwi, szukam kurtki i odziany chyba kompletnie - wychodzę.
        Grudzień, styczeń i luty - ciche dni, brudne myśli, lepkie sny. Gracek szczerzy tryumfalnie zęby, gdy przechodzi obok. Ewelina pragnie powrotu, ja zamykam drzwi do swego świata i nikogo nie wpuszczam. Czarna owca to znowu ja. Gdy pukanie staje się zbyt męczące, wtedy zakładam słuchawki i daję na fula. Obgryzione paznokcie rankiem bolą najbardziej.
        Nigdy nie darzyłem sympatią Gracjana. Do szczelnie zamkniętego pomieszczenia, w którym jestem panem i władcą, wpełza nienawiść. Przysięgam na Boga, że nie podlewam tej paskudnej pokraki, bo nienawiść, karmiona w dodatku, wyrasta zawsze na coś brzydszego od ośmiornicy.
        Znów przypominam autystycznego chuja.
        Ewelina zmierza w kierunku drzewa. Cztery kocie ruchy i szczyt należy do niej. Stojąc na dole przeczuwam co nastąpi. Niezapowiedziany skok i ruszam na ratunek. Cudem łapię wariatkę. Głowa odchylona, nogi majtające, jebany wygłup mający niby skruszyć mur. Dobre sobie.
        Wakacje. W spożywczym spotykam rudą. Ruda mówi o wyjeździe na wieś, do jej dziadków. Mówi też o Gracku. Że według niej uległ pozytywnej przemianie, że fajnie byłoby tak we trójkę na wieś. Biorę parę głębszych oddechów i pierwszy raz od tamtej imprezowej nocy, nawiązuję do seksosytuacji. Zamiast pełnych skruchy obietnic, przeprosin, postanowień, uderza mnie w czerep jej kroplisty śmiech, jakbym trzęsieniem drzewa chciał strącić gorzkie owoce, a zamiast nich - zimne krople osiadłe po minionych deszczach. To tylko seks - mówi. Mówi o stopniach bliskości i o tym, że nasza relacja z punktu widzenia wielowątkowości, przewyższa to, co istnieje między nią a Grackiem.
        Dużo wody upływa w toalecie, zanim podejmuję ostateczną decyzję. Odzyskując stracone moce - mój uśmiech mości sobie miejsce na twarzy, co uśmiechu dawno nie doświadczyła.
        Jedziemy busem na wieś. Milczymy, obserwujemy zaokienne pejzaże, pijemy gazowane napoje, milczymy. Sympatyczna babuleńka wita nas kompotem i ciastem śliwkowym. Siadamy wszyscy na ganku kwieciem pachnącym ozdobionym. Mój wzrok bada każdy uroczy zakątek. Bliskość Eweliny, wciąż buduje. Być może obecność na prowincji pomoże nam wznieść się ponad cały syf związany z przeciwnościami losu. Seniorka opowiada o rodzinie, braciach, siostrach, synach, córkach. Słucham z zaciekawieniem i wypiekami na, i w twarzy, ale brak Eweliny, powoduje ukłucie gdzieś w klatce piersiowej. Przepraszam babcię najmocniej, zaczynam węszyć, przeczuwać coś. Szukam w ogrodzie, na łące, zachodzę nawet pod nieczynny o tej porze sklep.
        Stodoła. Za nią taka scena: przytulenie, wtulenie, głaskanie włosów, policzków. Chowam się za stertę drewna. Słyszę szepty, czułe słówka, słówka z tych najczulszych, najdelikatniejszych, subtelnych. Najwyraźniej układają życiowe plany. Idę. To dla mnie za dużo. Idę, może z buta do domu, kto wie. Siadam jednak na jakimś kamieniu i gapię się na polę słoneczników. Jest noc, mało co widać. Chyba usnąłem, bo po przebudzeniu mym oczom ukazują się białe słoneczniki. Są we mgle, nie widać ich słonecznych promieni. Wstaje z potężnym bólem w krzyżu i wiem jedno: żółte listki będą dziś radością dla innych. Dobrze, że heavy metal został.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.