Przejdź do głównej zawartości

Pokój 112


Autor: Basileus
Gatunek: Horror science fiction
Postać: Nadgorliwa policja
Zdarzenie: Pokój 112

        Potężne uderzenie wyrwało drzwi z zawiasów. Ktoś zwinnym ruchem schował się za framugę, gdy jednocześnie ręka tuż znad podłogi wrzuciła do środka małą metalową kulkę. Znajdująca się na niej dioda zamigotała trzy razy, zanim przedmiot wyemitował wielokrotne, kuliste fale z charakterystycznym dla siebie odgłosem iskrzenia i błękitnymi wyładowaniami na czele. Szyby w oknach rozsypały się na kawałki.

Źródło: pexels.com Autor: Akshar Dave

        — Wchodzimy! — padł rozkaz w słuchawkach.
        Cztery sylwetki wparowały do środka. Odziane od stóp do głów w egzoszkielety sił specjalnych i z naciągniętymi noktowizorami przeczesywały pomieszczenie po pomieszczeniu, asekurując się wzajemnie.
        — Czysto! — rozległo się niezależnie od siebie w kilku miejscach.
        — Zapalcie światło.
        Rozbłysły lampy. Do środka wszedł starszy mężczyzna w długim szarym płaszczu. Rozejrzał się dookoła zniesmaczony.
        — Ale burdel! Czy ktoś mi łaskawie powie, po co podkręciliście sondę na maksymalną częstotliwość?! Kowalski! — rzucił gniewie do stojącego najbliżej policjanta.
        — Przepraszam komisarzu, zapomniałem skalibrować.
        — Jeśli były tu jakiekolwiek ślady, to poszły się już jebać! — Gniewnie kopnął w przewrócone krzesło. — Dobra, trudno. Kaśka, puść Pszczółkę.
        — Tak jest.
        Trzymająca się dotychczas z tyłu policjantka położyła na środku salonu walizkę i wyjęła z niej małego drona. Jej palce dłuższą chwilę stukały w podpięty do niego panel sterujący, zanim wreszcie odłączyła przewód i pozwoliła mu wystartować. Napędzany czterema śmigłami, przesuwał się wzdłuż ścian, rzutując na każdą płaszczyznę rozszerzającą się wiązkę w kształcie stożka.
        — Wezwijcie techników. Może mimo wszys…
        — Szefie, coś tu jest — przerwał mu głos na radiowęźle. — W sypialni.
        Rzeczywiście. AIBee zatrzymał się naprzeciwko starego, zakurzonego regału tuż obok łóżka. Wydawał z siebie alarmowe brzęczenie, w trakcie, gdy przesuwano już mebel, by odsłonić to, co się znajduje za nim. Wyłoniły się metalowe wrota zamknięte na zapadkę, a po ich otwarciu wyzierała czarna pustka. Komisarz bez słowa wskazał na dwóch ludzi, każąc im sprawdzić. Założyli ponownie hełmy z goglami i poprawiając broń, zanurzyli się w ciemności. Na linii zapanowała zupełna cisza. Nawet oddechy ucichły.
        — Co się dzieje? Co tam jest? Mówcie.
        Po kilkunastu sekundach wyszli i zachowywali się bardzo nieswojo, żaden nie chciał nic powiedzieć, stwierdzili tylko, że to jest ponad ich siły i żeby sam sprawdził. Tak też zrobił. Z latarką w jednej ręce i pistoletem w drugiej minął próg tajemniczego pomieszczenia. Już na wstępie uderzył go przerażający odór, przed którym nieskutecznie próbował się osłonić mankietem płaszcza. Przytwierdzone do ścian łańcuchy, miski, menzurki, metalowe narzędzia, ludzkie fekalia. Krew, wszędzie pełno krwi i robactwa. Na środku stała pojedyncza komora replikacyjna, na oko raczej nieuszkodzona. Obok dwie duże wanny przemysłowe. Gdy zajrzał do nich, poczuł, jak włosy się jeżą na karku.
        — Wezwijcie, kurwa, techników! Natychmiast!
        Wtedy jeszcze nie wiedział, że sprawa, która miała być rutynowym nalotem na narkotykową dziuplę, przez tygodnie będzie roztrząsana we wszystkich mediach, a brukowce ochrzczą to tytułem: „Masakra w pokoju 112”.

        Na początku XXI wieku nikt jeszcze nie zastanawiał się nad konsekwencjami coraz to bardziej przyspieszającego postępu technicznego. Rozwój pędził jak galopujący mustang, podczas gdy kontrola oraz, co najważniejsze, nasza moralność nie nadążała za nim. Dziś w dobie biochipów, świadomości wirtualnej, sztucznej inteligencji i innych niewyobrażalnych cudów, możemy dosłownie wszystko. Starość? Śmierć? To już odległe wspomnienia minionej epoki. Ale dopiero sprawa pokoju 112 tak dobitnie uświadomiła, jak bardzo potrafimy upaść i zredefiniować pojęcie „bestialstwo” na zupełnie nowym poziomie właśnie dzięki temu wszystkiemu.
        Już dziesięć lat minęło od chwili, gdy znalazłem się w tamtym pokoju i wciąż tego zapomnieć nie potrafię. Każdy ma pewnie jakieś wspomnienie, które chciałby zamazać, ale jakkolwiek by się nie starał, to ono wwierca się w umysł coraz głębiej.
        Dlaczego 112? Mass-media lubią wyolbrzymiać. Tak naprawdę w osławionym pokoju znaleziono szczątki tylko dwunastu ciał, ale, jako że mieszkanie było pod numerem jeden, to sprytnie połączyły oba te fakty i wyszło złowróżbne 112. Nie odnaleziono sprawcy, ale to, co rozpętał, odbiło na społeczeństwie piętno, które już pewnie nigdy nie zniknie.
        Sprawa rozgrzała niewyobrażalny polityczny spór, nad którym debatowano przez cały rok 2093. Nikt wcześniej nie przewidział takiej możliwości, dlatego nie było żadnych legislacyjnych rozwiązań, które zdefiniowałyby to wydarzenie. Konserwatyści stanowczo optowali za ściganiem sprawcy, gdy lewe skrzydło było wewnętrznie podzielone. Wreszcie uchwalono odpowiednie poprawki w kodeksie karnym, ale spór ostatecznie rozstrzygnął sąd najwyższy, wskazując, że wcześniejsze przepisy nie pozwalają na jednoznaczne stwierdzenie przestępstwa, a nowe poprawki w myśl zasady „prawo nie działa wstecz” nie mogą obejmować tego przypadku.
        Tak oto, ku zadowoleniu jedynych i przy oburzeniu drugich, temat umarł. Poszukiwania tajemniczego psychopaty zostały oficjalne wstrzymane, ponieważ przestępstwa nie stwierdzono.
        A co z dwunastoma ofiarami? W zasadzie sama ich liczba jest kontrowersyjna. W zależności od poglądów lub punktu widzenia było ich dwanaścioro, jedna lub nie było ich wcale. W każdym razie w toku śledztwa i analizie strzępów danych pobranych z AwareCloud wyklarował się przerażający obraz. Byli torturowani psychicznie i fizycznie, głodzeni, trzymani w klatkach lub w skrzyniach. Działo się to tygodniami. Niektórymi zajmował się indywidualnie, ale były też przypadki, kiedy trzymał ich po dwie, trzy osoby naraz. Nabijał, ciął, dźgał, skalpował, skórował – robił to wszystko i znacznie więcej, oczywiście tak, żeby ofiarę trzymać wciąż przy życiu. Niektóre praktyki wymagały od niego dużej dozy cierpliwości. Stwierdziliśmy na przykład obecność w żołądku jednej z ofiar... innej ofiary. Tak, kazał im się zjadać nawzajem. Będącym już w fazie agonalnej ściągał świadomość i wgrywał ją kolejnej osobie, by potęgować w ten sposób cierpienia. Wyobrażacie to sobie – doznawać własnych i cudzych mąk jednocześnie? Wielowarstwowa katorżnicza matrioszka. Nigdy wcześniej nie było takiego przypadku. W końcu, po wielu miesiącach znudził się i częściowo ćwiartując szczątki, pozostawił je w wannach.
        Nie potrafiłem porzucić tej sprawy nawet po odgórnym nakazie. Zbyt mocno mną to wstrząsnęło. Nie mógłbym przejść nad tym do porządku dziennego. Że nic się nie stało. Dalej, w tajemnicy przed przełożonymi, kontynuowałem śledztwo. Analizowałem dowody, przesłuchiwałem świadków. Próbowałem znaleźć jakikolwiek ślad, który pomógłby mi zidentyfikować sprawcę i dowiedzieć się po prostu – dlaczego? W końcu przy pomocy znajomego informatyka, z lekko balansującymi na krawędzi prawa środkami, udało mi się zidentyfikować IP avatara, który został zainicjowany tuż po porzuceniu mieszkania. Według prawa inicjalizacja każdego nowego avatara, w którego wgrywa się świadomość, musi być zarejestrowana na serwerze, który zapisuje czas inicjalizacji oraz przyporządkowuje IP do danego modelu biochipa. Inaczej, bez rejestracji, dane konto na AwareCloud zostaje oznaczone do kasacji. Można to oczywiście obejść, ale sama rutynowa kontrola na ulicy niechybnie zdemaskuje kombinatora i od razu jego świadomość zostanie przeniesiona do kwarantanny na co najmniej sto lat – raczej nieopłacalne ryzyko. Mając więc przypuszczenie, że mój cel poszukiwań nie podjąłby takiego niebezpieczeństwa oraz uzyskując dokładny czas zgonu ostatniej ofiary dzięki molekularnemu znakowaniu nekrozy synaps mózgowych, udało mi się zawęzić krąg poszukiwań do pięćdziesięciu tysięcy inicjacji w tym czasie. Uwzględniając Europę, zostało tylko osiem tysięcy. Tu zaczął się długi i żmudny proces weryfikacji osoba po osobie. Kto gdzie mieszka, sprawdzanie rodziny, czy praca, którą wykonuje lub wykonywał, pozwalała mu na dłuższą nieobecność, obserwacja. Długie lata tytanicznego wysiłku się opłaciły, gdy już myślałem by dać sobie z tym spokój. Trochę przypadkiem, ale wreszcie go znalazłem. Byłem pewien, że to on. Prowadził życie zwykłego bibliotekarza na przedmieściach objętego re-germanizacją Breslau. Gdy po kilku tygodniach obserwacji postanowiłem zostawić mu wiadomość, że wiem, kim jest i co zrobił, nie krył się. Bezpośrednio odpisał, że mam rację i jeśli tak mi zależy poznać motywy, to podzieli się nimi.
        Tak oto teraz siedzę w tym przeklętym mieszkaniu, które wyznaczył na spotkanie. Dowcipniś. Spojrzałem na zegarek- 00.10. Zaraz powinien być. Wciąż odczuwałem lekkie delirium po codziennym zgrywaniu kopii zapasowej na AwareCloud o północy. I bez tego byłem cholernie spięty. Gruba warstwa kurzu pokryła powywracane tamtego dnia przedmioty. Mimo że budynek już wtedy był opuszczony, nikt się do niego nie zapuszczał. Żadnych ćpunów, ni innych meneli. Obrósł tak złą sławą, że nawet elementy aspołeczne wolały trzymać się od niego z daleka. Zza wybitego okna wpadał błysk czerwonego światła z komina niedaleko położonej elektrociepłowni. Dobiegło mnie skrzypienie schodów. Przez lekko uchylone drzwi, które zostały wstawione na nowo przez policję, wszedł młody mężczyzna. Na oko jego avatar miał około trzydziestu lat. Bujna, brunatna czupryna i młodzieżowy styl. Podszedł do stojącego naprzeciw mnie fotela i usiadł.
        — Witam, uścisnąłbym rękę, ale pewnie wolałbyś nie, prawda? — Uśmiechnął się pod nosem.
        — Zgadza się — odparłem powoli.
        Rozejrzał się po salonie.
        — Ach, lubiłem to mieszkanie. Tyle miejsca! No i żadnych sąsiadów w pobliżu. Spokój i cisza jednym słowem. — Na jego twarzy zagościł jakby smutek. — Ale co zrobić? Takie życie, wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak moje zabawy potraktują władze. Na dwoje babka wróżyła.
        — Zabawy? — uniosłem brwi.
        — No tak, zapomniałem. Zależy od kontekstu. Zabawa, mord, samobójstwo — wybierz pan sobie! — Teatralnie uniósł rękę, rozwierając dłoń. — Żyjemy w czasach, gdy wszystko jest względne… i za to je kocham!
        Nie potrafiłem zrozumieć. Poprawiłem się w siedzeniu, tak jakby to miało mi jakoś pomóc.
        — Czyli to wszystko, co tu zrobiłeś, traktowałeś jako rozrywkę?
        Nagle spochmurniał.
        — O, nie, nie, nie. Widzę, jak na mnie patrzysz. Nie jestem zwykłym psycholem, który lubi kąpać się we flakach. — Wskazał palcem w moim kierunku. — Tyle lat szukałeś odpowiedzi, mimo że nie musiałeś. Wiem o wszystkim doskonale. Przeglądałem informacje ze śledztwa i twoje nazwisko zawsze się w nich przewijało. Później też. Dlatego wyjaśnię ci wszystko dokładnie, bo może choć ty jeden zrozumiesz.
        Przez następną godzinę gadał nieprzerwanie na przemian o makabrycznych szczegółach swych czynów oraz własnym życiu, związkach i niepowodzeniach. Okazało się, że ma już ponad sto trzydzieści lat i kolejne zmiany avatarów powodowały u niego, częste w takich przypadkach, zmęczenie długowiecznością, tzw. pandorum, które objawia się między innymi zwiększoną apatią, depresją oraz zaburzeniami funkcji poznawczych. Żalił się, że zgrywanie świadomości pozbawiło nas ludzi sensu egzystencji. Tłumaczył, że nie mógł tego dłużej znieść, a jednak bał się też śmierci i dlatego nie zdecydował się na usunięcie jego kopii zapasowej z serwera.
        — Teraz rozumiesz? — Patrzył na mnie z nadzieją w oczach, pełen ekscytacji. — Idealny suplement życia! Mając zgrane wszystkie ich katusze, wystarczyło podpiąć się pod nie na ledwie kilka minut. Poczuć to, co oni czuli. Zgłębić się w tę rozpacz i ból, by po rozłączeniu przynajmniej przez jakiś czas wyrwać się od własnych demonów, docenić.
        — Ale w ten sposób? — zapytałem z niedowierzaniem.
        — Tak, właśnie w ten. Lepszego nie ma! — rzucił gniewnie. — Nic złego nie zrobiłem! To było dwanaście moich klonów, które można sobie wyhodować w replikatorze z bioplazmy i odrobiny DNA, jednego w ciągu doby. Bezwładne kukły imitujące człowieka. Nawet po wgraniu świadomości byli tylko nędzną namiastką!
        — Ale cierpieli, czuli…
        — Czy ktoś zastanawia się nad cierpieniem motyla po wyrwaniu mu skrzydełka?
        — Niektórzy tak.
        — Bzdura! — wykrzyknął, niemal wyskakując z fotela.
        Wstałem i poprawiając płaszcz, ruszyłem w stronę wyjścia.
        — W świetle prawa jesteś czysty, ale uważaj, będę cię miał na oku, obrzydliwy szczurze — wycedziłem, stojąc do niego plecami. — Wiele osób chętnie by się tobą zainteresowało.
        Kilka sekund ciszy, po której przemówił już spokojnym i zimnym tonem:
        — To ciekawe, dwa dni temu powiedziałeś mi tu dokładnie to samo, po czym wróciłeś do domu.
        — Co ty pier… — chcąc się odwrócić, zamarłem przed kawałkiem zbitego lustra, które uparcie tkwiło w ramie. Z niedowierzaniem przejechałem opuszkami palców po twarzy.
        — Widzisz, jednego twoje śledztwo nie wykazało… — odezwał się, stojąc tuż za mną.
        Nie zdążyłem zareagować, gdy dostałem czymś ciężkim w głowę i upadłem na podłogę. Na chwilę mnie zamroczyło, a gdy znów otworzyłem oczy, w kadrze pojawiła się jego uśmiechnięta twarz.
        — Z dwunastu klonów tylko kilka miało moją świadomość, resztę zhakowałem — wyszeptał mi do ucha. — Do zobaczenia w pokoju 112.


///AwareCloud – nazwa fikcyjnego serwera przechowującego kopię zapasową własnego „ja”, wspomnień i pozostałej zawartości mózgu.///


*****
Źródło: http://www.opowi.pl/tw-2-pokoj-112-a49139/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.