Przejdź do głównej zawartości

Łowcy


Autor: Jesień2018
Gatunek: Horror
Postać: Łowcy skór
Zdarzenie: Pierwszy śnieg

        – Chodźmy stąd.
        Pozbawiona skóry twarz mężczyzny znajduje się zdecydowanie za blisko ich twarzy, oczy na szczęście nie patrzą na Elę, tylko gdzieś w nieokreśloną dal, napięte mięśnie, gotowe do skoku, prężą się zupełnie nagie, w jamie brzusznej posłusznie tkwią jelita i żołądek – ktoś je pedantycznie przymocował, żeby nie wypadały.
        – Boisz się, że przyjdą łowcy skór i ciebie też ograbią?
        Elżbieta zna jego poczucie humoru. Nauczyła się nawet uśmiechać, żeby mu zrobić przyjemność. W swoim czasie z pogodną rezygnacją przyjęła fakt, że towarzysz jej życia bywa niedoskonały w sposób, na który nie zgodziłaby się przed ślubem. Wtedy myślała, że drugi człowiek wypełni jej braki, nie przychodziło jej do głowy, że nie tylko tak się nie stanie, ale z czasem obnaży własne. Teraz już wie, że to było jedno z wielu błędnych założeń młodości, jednak w chwilach takich jak ta, ma ochotę zwinąć się w samowystarczalną kulkę, szczelną i zamkniętą.
        To on się uparł na tę wystawę. Teraz przygląda się eksponatom z obojętnym zainteresowaniem inżyniera. Ela od początku przeczuwała, że ograbienie ludzkich ciał z tajemnicy, wystawienie na widok publiczny wszystkiego, co normalnie pozostaje zakryte, pozbawienie ich człowieczeństwa, wywoła w niej sprzeciw i wstręt. Patrzy na ramiona jakiegoś nieszczęśnika (kto się godzi na zostanie eksponatem?) i nie może przestać myśleć o łopatce na rosół.
        Już nigdy nie ugotuje rosołu.
        Wychodzi przed budynek. Andrzej po chwili dołącza.
        – Naprawdę źle się czujesz? – pyta z troską, więc kobieta uśmiecha się do niego słabo, bierze go pod ramię i ruszają przed siebie.
        Od wakacji niemal codziennie gdzieś wychodzą, jakby chcieli przekonać samych siebie, że emerytura to najlepszy czas, człowiek wreszcie może się realizować, oglądać świat i robić wszystko, na co do tej pory nie miał czasu. A jednak jej brakuje liceum. W maju pilnowała ostatnich w życiu matur, potem czekała z młodzieżą na wyniki, po wszystkim poszli na pizzę, dostała fotoksiążkę z zabawnymi podpisami i cały wieczór przepłakała, czytając wszystkie raz po raz. Lubili ją. Była dobrą polonistką. Wielu zaczęło czytać dzięki jej lekcjom, a przynajmniej to deklarowali. Teraz oni zaczynają nowy etap, a ona… Ona też tego potrzebuje – codziennie coraz wyraźniej zdaje sobie sprawę, że zapełnianie kolejnych dni zajęciami, na które do tej pory nie miała czasu, nie sprawia, że dni te stają się mniej jałowe. Potrzebuje nowego projektu. I ma już nawet pomysł, co nim będzie.
        – Jutro chcę zostać w domu.
        – No pewnie, przychodzi Marek z Asią, pamiętasz?
        Rzeczywiście, syn zapowiedział się z ciężarną żoną już dwa tygodnie temu, trzeba ugotować obiad, upiec ciasto, posprzątać, jej plan będzie musiał jeszcze poczekać.
        – A co chciałaś robić? – dopytuje mąż.
        Nie chce mu na razie mówić, nie może, póki nie zacznie. Boi się, że zapał i energia pójdą w wyjaśnianie, odda mu tę myśl, on ją zmieni po swojemu, i nic już nie zostanie, kiedy Ela usiądzie przed komputerem, żeby zapisać tytuł swojego pierwszego opowiadania. Czas w szkole, uczniowie, projekty, wyprawy, dyskusje, trudne rozmowy jeden na jeden – nie może pozwolić, żeby to wszystko po prostu zniknęło. Stąd pomysł na cykl opowiadań, w których zatrzyma tamten czas na tak długo, jak długo ktoś będzie chciał je czytać. Wie, że to ją zaangażuje i że tego zaangażowania potrzebuje. Pragnie podążać ścieżką przez siebie wybraną. Drogą która będzie miała znaczenie. W głowie już układa plan dnia: śniadanie, pisanie, lunch, pisanie, obiad, popołudnie dla Andrzeja. Wieczory zostawi sobie na lekturę, wtedy i tak nie potrafi pracować.
        – Powiem ci w swoim czasie. – Mężczyzna nachmurza się. Zawsze chciał ją mieć całą dla siebie, natychmiast i od razu, zazdrosny o wszystko, czym się z nim nie dzieliła, albo dzieliła częściowo. Zawsze potrzebował większej bliskości niż ona.
        – Zrobię zakupy na jutrzejszy obiad. Na co masz ochotę? – Próbuje rozładować napięcie. W porządku, zrobi żurek z jajkiem i placki ziemniaczane. Jest wdzięczna, że nie poprosił o nic mięsnego. Być może on też czuje po wystawie dyskomfort, choć nigdy się do tego nie przyzna.
        Wieczorem Andrzej wychodzi na brydża po sąsiedzku. Ela lubi te wieczory, które ma tylko dla siebie. Dziś jednak coś jej przeszkadza, jakiś niepokój, którego źródła nie potrafi zidentyfikować. Chętnie by zatrzymała męża, ale nie ma pretekstu. Trudno. Wykąpie się, zrobi sobie herbatę i poczyta w łóżku.
        Zmywa przed lustrem makijaż, kiedy kątem oka rejestruje ruch z prawej strony. Odwraca się, lecz niczego nie widzi. "Wydawało mi się", mówi do siebie, głośno, głośniej niż to konieczne. Ruch za jej plecami powtarza się, tym razem z lewej strony. Znowu się odwraca, bardzo powoli, zbiera całą siłę woli, by przyjrzeć się podłodze i ścianom. Chyba… chyba można wrócić do płynu micelarnego i płatka i…
        – Ała!
        Przeraził ją dźwięk własnego głosu, zbyt wysoki, przenikliwy, a przecież nawet nie czuje bólu. Coś tylko łaskocze ją w szyję. Coś zdaje się liczyć włosy. "Uspokój się", szepcze przez ściśnięte gardło, "uspokój, natychmiast". Zamyka oczy i stara się spowolnić oddech. Tłumaczy sobie w myślach "To przez tę wystawę, przez głupi żart Andrzeja o łowcach skór". Jeśli tylko uda się jej spojrzeć w lustro, w tę stronę, gdzie widziała ruch. Na pewno wszystko się wyjaśni. Niczego nie ma. Nie ma co się obawiać. Patrzy… O nie. Nie, nie, nie, nie.
        Leży na kafelkach, dom jest cichy, nie ma pojęcia, jak długo była nieprzytomna, ale mąż jeszcze nie wrócił. Powoli unosi się na ramieniu. Łazienka jest jasna i pusta.
        Ale przecież tu były. Dwa, może trzy.
        Upiorne twarze niemowlaka, bezzębne, koszmarne uśmiechy, niewielkie, giętkie ciała, przypominające żabę albo innego płaza. Chciały jej coś odebrać… tylko co? Ogląda starannie swoje ciało, drżącą dłonią przesuwa po skórze. Nie brakuje ani skrawka. Jest cała. Dziś się nie wykąpie. Wychodzi z łazienki, włącza światła w całym domu i chowa się w łóżku. Próbuje czytać, ale litery skaczą jej przed oczami i rozmazują się. Czeka na Andrzeja tak intensywnie, jak chyba jeszcze nigdy w życiu.
        Rano budzi się z uczuciem lęku. Wczoraj ostatecznie zadzwoniła do Andrzeja i wrócił po dziesięciu minutach, a i tak nie mogła zasnąć długo po tym, jak zgasili światło. Wtulała się w niego, nie zdradziła jednak, co się wydarzyło w łazience.
        Może za jakiś czas, kiedy nabierze dystansu, upewni siebie samą, że to było wyobrażenie, wynik wzburzenia po wystawie.
        Ale one wyglądały tak realnie… Mogłaby opisać ze szczegółami. Tak zrobi. Jak będzie gotowa. I będą śmiali się oboje.
        Andrzej krząta się po kuchni, parzy kawę. Ela patrzy przez okno na listopadowe drzewa rozhuśtane wiatrem, jakby zapowiadały koniec świata, i czeka, aż mąż przyjdzie i przypomni jej o wizycie Marka i jego żony. Oraz o koniecznych przygotowaniach, w których chętnie pomoże.
        Cały dzień ścierają kurze, sprzątają, robią zakupy, gotują i zmywają. Elżbieta stara się wkładać w to całą uwagę, jednak coś w niej nieustannie czeka na najgorsze. Kiedy musi skorzystać z łazienki, serce przyspiesza. Doszło do tego, że zostawia uchylone drzwi, choć nigdy dotąd tego nie robiła, nie wszystkim można się dzielić z najbliższą osobą.
        Pięć po czwartej wchodzą Marek i Asia. Ela uważa, że z tym brzuchem dziewczyna coraz bardziej przypomina bakłażana. Poród za miesiąc. Czyli całkiem niedługo pojawi się na świecie nowy człowiek, geny dziadków przetrwają, życie będzie toczyło się od początku.
        – Cześć, mamuś, cześć, tato. – Buziaki, uściski, gospodyni podstawia synowej po kolei oba suche policzki i już po chwili przywitanie mają z głowy. Siadają, jedzą, rodzice pytają młodych o samopoczucie, o zakupy dla malucha. Przyzwyczaili się już do tych rytuałów, dostatecznie maskujących niedostatki we wzajemnej sympatii.
        – Mamo, właściwie to chcielibyśmy cię o coś zapytać. – Marek chwyta rękę żony. Patrzą na Elę, jakby czekali na zachętę, ta jednak milczy. – Wiesz, że został miesiąc do porodu… I tak się zastanawialiśmy, co dalej. Asia nie może sobie pozwolić na długi wychowawczy, po trzech miesiącach chciałaby wrócić do pracy…
        – A ty? – Patrzą na nią niemile zdziwieni. Jakby położyła psią kupę na stole, tuż przy wazie z żurkiem.
        – Nie mogę wziąć długiego urlopu, przecież wiesz… – odpowiada syn z wyrzutem, wymieniając z żoną szybkie, ukradkowe spojrzenie.
        – Zastanawialiśmy się, czy mama nie chce zająć się małym. – Jednak dziewczyna przejmuje pałeczkę. – Jest mama na emeryturze… cały dzień wolny… Wiele babć cieszy się, że mogą uczestniczyć w wychowaniu malucha. Pomyśleliśmy…
        – Że się ucieszę?
        Ich miny mówią, że to właściwe zakończenie zdania. Po co jej własne życie, skoro może je złożyć w ofierze komuś, kto się naprawdę liczy?
        – To nie jest takie proste. – Andrzej zerka na żonę niepewnie, wyczuwając, że rozmowa obiera coraz bardziej nieprzyjemny kierunek. – Mama uczyła tyle lat… Chciała trochę odpocząć… a to praca na przynajmniej osiem godzin dziennie, może dziewięć, bo musicie jeszcze dojechać i wrócić.
        – Zostały jeszcze cztery miesiące. Jeśli dotąd nie odpoczęła, to chyba jeszcze zdąży. – Asia wygląda, jakby miała zacząć krzyczeć albo szlochać. Drżą jej wargi, obronnym gestem kładzie dłoń na brzuchu. Duch nienarodzonego dziecka, odrzuconego przez własną babcię, zawisa ciężko nad zebranymi.
        – Po prostu się zastanów – kończy dyskusję Marek, zwracając się do matki. – Będzie nam bardzo miło, a dziecku z tobą na pewno lepiej niż z opiekunką.
        Ela kiwa głową. Jedzą dalej w milczeniu, młodzi czekają, aż będą mogli wyjść, a starsi, aż zostaną sami.
        – Może to nie taki zły pomysł – zagaduje ją mąż godzinę później, kiedy sprzątają ze stołu. – Nowy etap, nowy projekt…
        Co ma mu powiedzieć? Jest wściekła, że to zaproponowali, że postawili ją w takiej sytuacji. W roli człowieka, którego życiem można dysponować.
        – Może nie jest. Muszę to przemyśleć – odpowiada i zamyka się w łazience, żeby płakać w samotności. Puszcza wodę i nagle to czuje. Oni wrócili. Łazienka robi się zimna i śliska. Kobieta boi się zrobić choćby krok. Jest ich coraz więcej. Wielkie oczy przyglądają się jej jak wyjątkowo tłustej musze. Usta rozciągają się w złowieszczo. Chude nogi rozsiadają się na ramionach, skaczą po podłodze dookoła. Ela jest przekonana, że przyszły ją okraść, zabrać to, co jest dla niej najcenniejsze. Chichoczą, widząc, że nie może wydobyć z siebie głosu.

Autor fot.: PT
        Tym razem nie mdleje, kuli się na podłodze w łazience, jest jednym wielkim pragnieniem, by odeszły, aż z odrętwienia budzi ją pukanie w drzwi i już po chwili Andrzej podnosi ją z posadzki i, słaniającą się, prowadzi ją na łóżko.
        – Skarbie… Co się stało?
        – Co? – powtarza nieprzytomnie.
        – Źle się poczułaś? Zrobiło ci się słabo? Hej, dlaczego płaczesz? – W jego głosie wyczuwa lekką panikę. – Jeśli nie chcesz zajmować się dzieckiem, to przecież nie musisz. To twoja decyzja, rozumiesz? Tylko twoja.
        Nie odpowiada, z ulgą przyjmuje dotyk jego rąk, chce mieć to ciało blisko, jak najbliżej. Wtula się w niego jak kiedyś, kiedy oboje mieli po dwadzieścia lat i we wspólnym uścisku zawierało się wszystko, czego pragnęła.
        Kolejne dni upływają Eli w nieustającym lęku. Łowcy wyszli z łazienki, zagnieździli się w mieszkaniu. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Pewnego razu Andrzej wchodzi do kuchni i widzi żonę trzymającą w ręku zapałki. Zapach, który czuje, każe mu krzyczeć "nieee!". W ostatniej chwili. Jeszcze moment i całe mieszkanie wyleciałoby w powietrze. Kobieta wie: to łowcy zrobili, rozkręcili kurki z gazem i czekali.
        Innym razem Ela wchodzi do pokoju, a w fotelu Andrzeja siedzi jeden z nich, nagle powiększony, udaje człowieka. Udaje Andrzeja. Goni ją. Wybiega za nią z mieszkania, łapie na ulicy.
        – Co się dzieje?! – krzyczy. Ma głos Andrzeja. To jest Andrzej.
        Ela rozgląda się nerwowo, lękliwie.
        – Poszedł?
        – Kto?
        – On. Wiesz. On. – Andrzej nie wie. Ela nigdy mu nie powiedziała.
        – O kim mówisz? Ela?
        – O nich. O łowcach – dyszy.
        – Łowcach? Łowcach czego?
        – Słów. Przychodzą do mnie łowcy słów – Brzmienie własnego głosu, który przyznaje to drugiej osobie, napełnia ją grozą. Jakby właśnie coś się dokonało. Nieodwołalnie.
        Teraz odwiedzają ją codziennie. Jest ich pełno w łazience. Nie płoszy ich nawet obecność Andrzeja, który codziennie pomaga się jej kąpać. Nic sobie z tego nie robią.
        – Spokojnie – mówi mąż – jestem z tobą.
        – Oni też. Też są.
        – Nic się nie bój, obronię cię.
        Och, nie obroni. Oni kradną. Zabierają. Nie ma.
        – Daj mi to do mycia.
        – Mydło.
        – Zabrali.
        – Zabrali ci słowo "mydło"?
        Żona kiwa głową.
        – A ja ci je oddam. To jest mydło. Powtórz. Mydło.
        Mijają mroczne dni, liście są szare, nagie konary straszne. Jak się wychodzi, jest zimno i wieje. Andrzej jest blisko.
        – Chodź, Eluniu, rozbierzemy się. Usiądź, zrobię ci herbaty. Chcesz?
        Robi i Ela bierze łyk. Gorące. Parzy.
        – Zaczekaj, kochanie. Przepraszam, powinienem ją wystudzić. Co mówisz?
        – Łowcy. Łowcy są wszędzie. Uważaj.

        ***
        Do mieszkania wchodzą studenci pierwszego roku. Uśmiechają się z obawą, w dłoniach trzymają kwiaty i słodycze.
        – Dzień dobry, przyszliśmy do pani profesor.
        – Wejdźcie. Usiądźcie, zaraz ją poproszę – uśmiecha się Andrzej.
        Siadają, czekają, na razie nikt się nie odzywa, ale wyznaczyli role, kto ma o czym opowiedzieć. Kaśka o studiach, Maja o tym, co zapamiętali z jej lekcji, Franek przyniósł album ze zdjęciami.
        Nic nie idzie tak, jak sobie postanowili. Pani profesor jest jeszcze bardziej obca, niż się spodziewali. Atmosfera robi się tak duszna, że trudno ją dłużej znieść. Jej mąż patrzy na nich ze smutkiem.
        – Dziękuję, że przyszliście. Byliście dla niej zawsze bardzo ważni.
        Z ulgą wychodzą na jasną ulicę. Spadł pierwszy śnieg, powietrze jest rześkie. Świat znowu jest nieskończony i pełen obietnic. Łowcy zostali w mieszkaniu, do którego żadne z nich już nie wróci.


*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-7-lowcy-a51388/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.