Przejdź do głównej zawartości

Uciec od świniobicia


Autor: Sensol
Gatunek: Punk
Postać: Ciotka Klotka to idiotka
Zdarzenie: Świniobicie

       Obudziłem się na bardzo ciężkim kacu. Obok mnie leżała Klotka na brzuchu, z poduszką przyciśniętą dłońmi do głowy. Poznałem, że to Klotka, po tatuażu na prawym ramieniu, z którego zsunęła się kołdra. Tatuaż przedstawiał Arnolda Schwarzeneggera jako Terminatora. Mało która dziewczyna tatuuje sobie Arnolda na ramieniu, więc to na pewno musiała być Klotka. Pochrapywała i ciężko wzdychała od czasu do czasu, i jakoś tak dziwnie memłała.
       Powoli przypominałem sobie zdarzenia z wczorajszego wieczoru. Klotka przyszła z sześciopakiem mocnych browarów i paczuszką marihuany. Uciekła do mnie przed świniobiciem. Znowu.
       W lodówce miałem jeszcze butelkę wódki, ale jej wczoraj nie wyciągnąłem. Jak jest dobra trawa, lepiej nie mieszać jej z wódką, bo to się może źle skończyć, kompletnym zgonem i rzyganiem.

Autor fot.: Sensol 

       – Ciotka Klotka to idiotka – powiedziałem do mojego gościa po wypiciu pierwszego piwa i wypaleniu lufy – jak taka w sumie niegłupia dziewczyna może się godzić na to całe świniobicie?
       – Przestań! – Klotka wyraźnie nie miała ochoty rozmawiać o świniobiciu. Z podsiniaczonym okiem i spuchniętą wargą próbowała nadrabiać miną, że niby wszystko jest spoko luz. Ale ja wiedziałem, że ten jej skurwiel ją tłucze i nazywa świnią, tak do niej mówi, w związku z tym, manto, które jej spuszcza, nazywa świniobiciem.
       Rozmawialiśmy zatem o wszystkim, tylko nie o świniobiciu. Trawa była mocna i, mimo że nie piliśmy wódki, spiliśmy się samymi browarami jak (nomen omen) świnie i zalegliśmy w łóżku bez przytomności.

       Ale to było wczoraj (a może już dzisiaj?). Teraz głowę przewiercał mi kac morderca.
       Zwlokłem się z wyrka i podszedłem do okna, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. Nie mogłem tego okna otworzyć. Coś się chyba zacięło. Szarpałem za klamkę, ale ona pozostała niewzruszona.
       Przypomniałem sobie, że w lodówce, w zamrażalniku, mam jeszcze flaszkę czyścioszki. Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę. To znaczy chciałem otworzyć. Drzwi ani drgnęły. Szarpnąłem mocno ale one były jak przyspawane. Ki chuj? Wróciłem do pokoju i dokładnie zlustrowałem okno, którego przed chwilą też nie mogłem otworzyć. Znalazłem pod klamką dziwną rzecz, jakby kieszonkę blaszaną ze szczeliną na wrzucenie monety, taką jakie bywały zainstalowane w budkach telefonicznych. Obok okucia wygrawerowany był napis "2 zł". Co do cholery? Przeszukałem kieszenie, miałem dwie dwuzłotówki, jedną wrzuciłem do otworu pod klamką okna. Zagrzechotało, zaszeleściło i okno uchyliło się. Pobiegłem z powrotem do kuchni. Tak! W drzwiach lodówki też był otwór na monety. Poczułem, że muszę się szybko napić. W tym domu chyba wszystko jest płatne! Po tej popojce połączonej z paleniem jointów obudziłem się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Jak w powieści "Ubik" Dicka. Tam też facet nawet nie mógł dostać się do własnego mieszkania, bo nie miał moniaka na otworzenie drzwi wejściowych. I lodówkę też miał płatną. No ale miałem przecież jeszcze jedną dwuzłotówkę. Wcisnąłem ją w szparę i drzwi ustąpiły po krótkiej chwili. Zimna wódka była prawie na wyciągnięcie ręki. Pociągnąłem za drzwiczki zamrażalnika... Ani drgnęły.
       Nie! No to już kurestwo! Zamrażalnik też był płatny! Nie wystarczyło zapłacenie za otwarcie lodówki. Otwarcie lodówki pozwoliło na dostanie się do lodówki. Tylko. Zamrażalnik był liczony oddzielnie! Obszukałem cały dom. Nie znalazłem złamanego grosza. Wróciłem do kuchni i chodziłem wte i wewte zastanawiając się co robić. Wyglądało tak jakby wszystko co mam w domu, wszystko czego mogę użyć, było płatne. Jakieś totalne stuprocentowe ziszczenie się idei kapitalistycznej, w której nic nie może być nierentowne, w której wszystko musi się opłacać i wszystko musi się zwrócić, w której ponad wszystko liczy się bilans zysków i strat...
       Z tego myślenia poczułem, że muszę się natychmiast odesrać. Poszedłem do łazienki tknięty nagłym, zimnym niepokojem. Odetchnąłem z ulgą, sracz na szczęście nie był płatny. Deska sedesowa dała się podnieść bez oporu. Zrobiłem solidną kackupę, wielkiego, czarnego balasa. Ledwo chlupnęło i już zaczęło śmierdzieć.
       Niestety za szybko cieszyłem się z darmowego srania. Nie było darmowe. Przynajmniej nie do końca. Woda do spuszczania w rezerwuarze była płatna! Ten sam otwór w górnej klapie spłuczki. I cena "2 zł". Pomyślałem, że gdybym nie otworzył bezmyślnie okna, to stać by mnie było na spuszczenie wody i pozbycie się smrodu albo otworzyłbym zamrażalnik i mógłbym napić się czyścioszki. A tak to byłem w czarnej dupie. I w dodatku zaczynało piździć, bo okna już zamknąć nie mogłem. Zamknięcie okna też było płatne. Sprawdziłem kran z zimną wodą przy zlewie, może będę mógł nalać wodę do wiaderka i w ten sposób spłukać? Ale nie. Woda w kranie też płatna.
       Wróciłem do Klotki do łóżka. Złote światło jesiennego słońca zalewało sypialnię. Obudzę ją, niech zobaczy co się dzieje. Leżała tak jak ją zostawiłem i chrapała. Potrząsnąłem ją za ramię. Odrzuciła poduszkę zakrywającą głowę i odwróciła się w moją stronę.
       – Jezus! – wrzasnąłem.
       – Kułwa! – krzyknęła Klotka.
       – Jak ty wyglądasz? – zasapałem. Kobieta w moim łóżka była całkiem łysa, miała wygolone brwi, nie miała nawet rzęs! Spuchnięta warga i pizda pod okiem zniknęły. Ale najgorsze było to co miała w ustach, a właściwie czego nie miała.
       – Gdzie są twoje zęby? – spytałem łamiącym się głosem.
       – Wyglądaś jak goyl! – zasepleniła Klotka. Nie miała ani jednego zęba!
       – Ja?
       – Ty! – patrzyła na mnie ze wstrętem – jeśteś odjażiający. Zajośnięty jak majpa... I nosiś zięby!
       – Nosisz zęby? Zębów się nie nosi. Zęby się ma! A ty nie masz. Ani jednego. Wybili ci, czy jak?
       – Nić mi nie wybili. – Klotka popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. – Nikt tejaz nie nosi ziębów.
       Gdzie ja jestem? – pomyślałem. Jakiś obłęd. Może to jeszcze marihuana działa i mam halucynacje. Jakieś flash backi mam albo inne gówno...
       – Jak ty się uchowałeś? – zapytała Klotka – z tymi kudłami i zębami na wierzchu wyglądasz ohydnie. Zęby noszą teraz tylko najgorsze lumpy, biedota której nie stać na ekstrakcję.
       Wyglądała okropnie. Zapadnięte policzki, dziąsła jakby zassane w głąb ust postarzały ją, nadawały jej twarzy trupi rys.
       – Zęby są ohydne – upierała się Klotka. Pomyślałem sobie, że w pewnym sensie ma rację. Przypomniałem sobie zęby wujka Mietka, nigdy nie myte, porośnięte jakby szarozielonym lekko nadpleśniałym mchem, i ten biały ser w szparach i resztki mięsa w dziurach po próchnicy. Albo zgniłe pieńki stróża, zaśniedziałe tytoniową smołą, niczym wnętrze długo używanej lufki palacza marihuany.
       – Zęby to próchnica – Klotka wstrzeliła się w temat moich myśli – zęby to paradontoza. Zęby to zgorzel dziąseł. Zęby w końcu, a właściwie to najważniejsze, zęby to są KOŚCI! Nikt nie chce widoku nagich kości! Nikt nie chce widoku owłosionych pysków. To obrzydliwe, to ohydne!
       – No dobra – podrapałem się po swojej owłosionej głowie i zapytałem – no, ale jak wy w takim razie radzicie sobie z jedzeniem?
       – Zwyczajnie. Jemy kleik.
       – Co?
       – Kleik! Albo owsiankę. Lane kluski. Grysik. Kaszkę mannę.
       – O kurwa! – westchnąłem. – Ja chcę do domu. Mam dosyć!
       – No właśnie jesteś w domu – Klotka uśmiechnęła się koszmarnie, a jej zapadnięte nitki dziąseł uniosły się lekko ukazując ciemnoczerwoną jamę ust.
       Patrzyłem na Klotkę. Słuchałem jej wynurzeń i coś mi się tu zaczęło nie zgadzać. Był jakiś fałsz w tej sytuacji. Jakoś obraz nie zgadzał się z dźwiękiem. Głowiłem się co jest grane, patrzyłem na wklęsłe policzki poruszające się w rytm słów... I nagle... zrozumiałem!
       Przestała seplenić i mamlać. Mimo że nie miała zębów, mówiła całkiem wyraźnie. Całkiem zwyczajnie. A może nawet bardziej. Klotka miała dobrą dykcję!
       Znalazłem błąd w Matrixie! Poszczególne fragmenty świata w którym się znalazłem, tej nowej rzeczywistości, w której się zanurzyłem, nie uzupełniały się, nie przystawały do siebie. Klotka nie miała zębów i nie sepleniła! Błąd Matrixa!
       Ale ponieważ nie wierzę w Matrix mogło być tylko tak:
       Jestem bohaterem krótkiej historyjki. Autor zagalopował się i zapomniał, że Klotka ma seplenić, skoro nie ma zębów. Po prostu zapomniał o tym! A ja muszę widzieć, słyszeć i zrobić wszystko, co pomyśli autor. Na przykład wyruchać kozę. Albo cieszyć się jak idiota nie wiadomo z czego. Albo wygadywać bzdury. Albo robić wszystkie te rzeczy równocześnie. Ruchać kozę, cieszyć się i krzyczeć: ŻYCIE JEST PIĘKNE! Muszę zrobić wszystko co pomyśli autor. To co muszę zrobić, to jeszcze nic wobec tego co mnie czeka. Bo przecież za chwilę umrę. Nie będzie mnie. Nie mam na nic wpływu, muszę oglądać wygoloną, wydepilowaną, bezzębną Klotkę, muszę robić i myśleć, tak jak zechce autor. Marne to życie. Gorsze od życia najgorszego niewolnika. Indianie w rezerwatach mieli lepiej, Murzyni na plantacjach bawełny, Azjaci na polach ryżowych. Ale innego życia nie mam. I za chwilę nawet tego zostanę pozbawiony. Nie pomogę więcej Klotce idiotce uciec przed świniobiciem. Żegnajcie. Szkoda, że to już koniec i nigdy się więcej nie spotkamy ale...

       ***

       Sensol wstał od komputera i poszedł do łazienki się odesrać. Po załatwieniu dużej i małej potrzeby, wrzucił dwuzłotówkę w szparę w górnej klapie dolnopłuka, zabrzęczało, zaszeleściło i kaskada wody spłukała gówno. Zapłacił potem za wodę w kranie nad zlewem i umył ręce. Poszedł do kuchni. Ciekawe – jedyną rzeczą bezpłatną w mieszkaniu był elektryczny czajnik, ale akurat się zepsuł, może dlatego właśnie, że był darmowy, czyli nierentowny. Zapłacił za gaz i postawił na kuchence garnek na wrzątek. Nie współczuł swojemu bohaterowi. Sam czuł się podobnie. Też wszystko było płatne i musiał robić to co pomyśli autor, gdzieś tam na górze. Nie wierzył w niego, w tego autora, ale jednocześnie wierzył, że on, chociaż go nie ma, kieruje nim jak marionetką, pociąga za sznurki, albo jeszcze gorzej, steruje jak pacynką, czyli włożył mu palec w dupę, i wierci aż po same gardło. Wystarczy, że kiwnie palcem, a Sensol już musi płaszczyć się w kornym ukłonie. Do dupy było takie życie, ale przecież nie miał innego. I nigdy nie będzie miał. A to co miał mogło skończyć się równie nagle jak życie bohatera tej historyjki. Codziennie zastanawiał się nad tym jadąc do pracy. Z przeciwka nadjeżdżały TIRY, wielkie rozdygotane masy twardego żelastwa. Aby się przekonać jakie to łatwe wystarczyłby jeden mały ruch ręką na kierownicy. W lewą stronę.

*****

Źródło:http://www.opowi.pl/tw3-uciec-od-swiniobicia-a49332/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.