Przejdź do głównej zawartości

Świetlik


Autor: Cofftee
Gatunek: Postapo
Postać: Pisarz pracujący przy kasie
Zdarzenie: Klawiatura bez R i L

       Zamie za to z obić. Nie mia nic do st acenia. Dni dawno ucich y, zgas śmiech w weso ych miasteczkach, któ y s ysza space ując wieczo ami b zegiem mo za, a ostatni świeży podmuch wiat u już dawno wyp ąta się z jego w osów. Wiedzia , że więcej żadna b yza ich nie p zeczesze, nieważne jak mocno tego p agną . To koniec.
       Kiedyś, choć by o to tak p ze aź iwie dawno że p awie o tym zapomnia , wie zy jeszcze w wie e zeczy. Ufa si e mi ości i duma nad nią, sta a się pok adać w Bogu nadzieje co najmniej tak samo śmia e, jak we w asne moż iwości. Każdego po anka nieśmia o otwie a oczy i pozwa a , by d obny uśmiech powo i zaczyna jego dzień. D aczego mia odpychać od siebie si ę? By p zecież m ody, a cały świat sta p zed nim otwo em.
       Te az wszystko się zmieni o. Gdzieś na do e szumia wzbu zony, ozbijający się na ska ach ocean. Woda g zmia a g oźnie, zupe nie jakby p agnę a p zepędzić stamtąd int uza. Tymczasem on wpat ywa się zahipnotyzowany w atakujące gwa townie podnóże k ifu ba wany i myś a z zesztywnia ymi z zimna pa cami stóp, wiszącymi nad p zepaścią.
       By sam. Zupe nie sam. Nikt by go nie powst zyma , nikt nie z apa by go w ostatniej chwi i za amię, nie pop osi o ozmowę. Nie sp óbowa by p zekonać, że życie nada jest coś wa te. Pożegnają go ty ko wściek e obe gi oceanu. Potem zapanuje cisza.

 
Źródło: pixabay.com Autor: Anatoly777

       Mężczyzna zamiera przed komputerem, wpatrując się w ciemny ekran z tępym wyrazem twarzy. Na moment zapomina gdzie jest i co robi. Po chwili mruga intensywnie i przekrwionymi oczyma raz jeszcze śledzi tekst, linijka po linijce.
       „Nie jest źle” – stwierdza w duchu. To tu, to tam dodaje lub podmienia słowo, jego kościste palce wywijają nad klawiaturą żwawego jive’a. Gdy tylko jednak wyłącza laptopa i wstaje z krzesła, czuje jak przytłaczający, niewidzialny ciężar przytwierdzony do jego serca ugina pod nim kolana, niemal ścinając z nóg. Nagle do niego dociera.
       To nie jest dobry tekst. I nikt go wcale nie przeczyta.
       – Do sklepu – rzuca pod nosem i zaciska wargi. Łapie torbę, zarzuca na ramię i wychodzi z domu na noc.
       Dochodzi czternasta. Maszeruje główną ulicą, nieobecny wzrok ignoruje otaczającą go smętną czerń rzeczywistości. Niebo jest intensywnie szare, wszechpotężny kolor góruje na nieboskłonie niczym nieprzenikniona tarcza ostatecznie wycofująca słońce w kąt. Wokół niemrawy spokój – na słupach wiszą poobrywane w pół wymowne plakaty, na drodze zalega kłąb śmieci, gdzieś nad krzakami nieopodal unosi się chmara much.
       Mija następne skrzyżowania, w skupieniu ściąga brwi. Wciąż rozważa spisaną opowieść. Nie wie co wybrać, żeby było najlepiej. Świadomie ściąga na siebie prawdziwy potok twórczych rozterek. Błogosławiona niepamięć odwraca jego uwagę od uciążliwego swędzenia na udzie i łokciach. „A sceneria?” – pyta sam siebie. – „Czy ocean nie jest zbyt dramatyczny?”
       – Tak bywa w książkach – szepce w odpowiedzi pod nosem, jednocześnie wykopując z chodnika pustą puszkę. Kurtyna czarnej grzywki opada mu do ust, kiedy pochyla czoło. – To takie klasyczne pathetic fallacy, Mary Shelley jakoś wyszło to na dobre. Będzie fajnie – dodaje i milknie. Czuje jak oczy pieką go pod powiekami, a niemoc zaciska palce w pięści.
       Puszcza się pędem do przodu, czym prędzej uciekając od własnych emocji. Wyobraża sobie, że zostawia je gdzieś w tyle a one, pozostawione samotnie na pustej ulicy, nie potrafią go odnaleźć. Biegiem dociera na ogromny parking przed sklepem, na którym stoją dwa miejskie samochody.
       Nie wchodzi do supermarketu głównym wejściem, korzysta z bocznego – uchylonych, mosiężnych drzwi.
       – Witaj Janet – rzuca ochryple, dostrzegając w pokoju socjalnym siedzącą przy niewielkim stole postać. Wciąga przez głowę firmową polówkę z logiem sklepu wyhaftowanym na piersi, czemu przyglądają się z uwagą puste oczodoły Janet.
       Wkrótce staje na stanowisku pracy za kasą. Spogląda na ścienny zegarek – spóźnił się dziś pięć minut. Nikogo to jednak nie obchodzi. Nie ma ani kolejki, ani klientów. Jest tylko cuchnąca zgnilizną Janet na zapleczu z głową wspartą na kiju od szczotki.

       Równo o dwudziestej drugiej kończy pracę. Opuszcza kasę, zdejmuje polówkę, macha na pożegnanie Janet i opuszcza sklep. Wraca do domu tą samą drogą. Tak samo nie widzi ani gwiazd, ani księżyca co wcześniej słońca, tak samo otaczają go poniszczone plakaty i rozsiane przypadkowo po miasteczku sterty śmieci i bibelotów. Drogę oświetla sobie latarką. Podczas jego zmiany swędzenie przepoczwarzyło się stopniowo w ból przypominający ten, który towarzyszy słonecznemu poparzeniu. Postanawia, że sprawdzi to później.
       Od kilku tygodni dotychczasowa trasa jaką pokonywał z mieszkania do supermarketu zmieniła się, toteż dociera do celu dopiero pół godziny później. Kiedy któregoś nieszczęsnego dnia ujrzał rozkraczone ciało młodej kobiety porzucone na drodze niczym zbędny balast przysiągł, że zrobi wszystko by nie musieć tego więcej oglądać. Oberwana od kolana w dół noga ze strzępami mięsa i płatami zwisającej skóry oraz wystająca biała kość nie chciały opuścić jego głowy tak czy siak, lecz dzięki tej taktyce przynajmniej nie musiał odświeżać makabrycznego widoku zwłok.
       Choć ssie go w żołądku, paradoksalnie nie ma ochoty jeść. Wie, że grozi to zbryzganiem kuchni krwią, już sama ta możliwość przyprawia go o mdłości. Rzuca więc w kąt torbę, zapala dwie latarki – jedną w kuchni, dla otuchy, drugą zabiera ze sobą i kładzie na łóżku tak, by od tyłu oświetlała mu ekran, i zasiada przy biurku. Nim włączy laptopa bardzo długo myśli, ostrożnie planuje każdy następny krok.
       Wreszcie w jego wyobraźni przeskakuje odpowiedni przełącznik, kącik popękanych ust wspina się ku górze w stronę wystającej kości policzkowej. Mężczyzna podnosi klapę, wciska odpowiedni guzik, system uruchamia się. Automatycznie zerka w prawy dolny róg matrycy i najeżdża kursorem na niewielką ikonę przedstawiającą kształt alkalicznej baterii. „Pozostało 20%” – czyta przypisaną do niej informację obserwując, jak dwójka z przodu zmienia się w jedynkę, a zero w dziewiątkę. Widząc to mężczyzna nabiera do płuc niekontrolowany, łapczywy haust powietrza. Czuje jak lepka kula flegmy zalegająca mu w gardle podskakuje, z jego krtani ucieka chrapliwy dźwięk zdziwienia. Wiedział, że ma mało czasu, ale że aż tak?
       Po opanowaniu krótkiego napadu kaszlu wreszcie przystępuje do pisania.

       Nic nie mog o go już wybawić z tej sytuacji. Ona odesz a, podobnie jak wszyscy inni. Gdyby tu by a to kto wie, może jak zwyk e szepnę aby mu do ucha czu e s ówko i poca unkiem ukoi a sko atane ne wy, choć ob az wychudzonych po iczków smagną by go po t zewiach jak ko czasty bicz. A e jej dotyk, ten sam, z któ ym nic innego nie mog o się p zecież ównać – dla niego wa to by oby to jeszcze t ochę pociągnąć.
       A e wtedy? W tej zeczywistości, do któ ej bestia sko go wepchnięto, atowała go ty ko z udna utyna. Namiastka sensu, któ ą p acowicie pie ęgnowa . Umyś nie naszpikowa swój żywot bezsensownymi z udzeniami. Wie zy , że po pow ocie z p acy zastanie w domu odzinę, że us yszy p zyjazne szczekanie psa, a jego d


       – Pomocy! – rozpaczliwe zawołanie odrywa go od pracy. Odruchowo zamyka laptopa i pospiesznie porywa latarkę z łóżka, by czym prędzej ją wyłączyć. Tak osłonięty ciemnością zamiera w nerwowym bezruchu. – Pomocy, proszę! – kontynuuje nieznajomy kobiecy głos. Choć ze swojej pozycji nie może dostrzec władającej nim osoby, szóstym zmysłem bezbłędnie rozszyfrowuje sprzężony z tonami emocjonalny mętlik. – Błagam! Ratunku!
       Boi się oddychać, pragnie wpełznąć pod łóżko jak przestraszony byle stukotem dzieciak o północy. Wsuwa drżące palce w puszysty dywan. Nagle przypomina sobie, jak bardzo zwykł kochać Boga i raz za razem powtarza bezdźwięczne modlitwy: „Boże, proszę, proszę, niech to minie, proszę”.
       Kiedy krzyki cichną a sytuacja wydaje się opanowana, na zewnątrz rozlega się głośny okrzyk przypominający obłąkańczy wybuch śmiechu.
       – Tam! – woła kobieta. – Widzę światło! Wiem, że tam jesteś, świetliku!
       Zamiera. Wciska plecy w kąt, zatyka uszy. To nie do niego.
       Na dworze rozbrzmiewa seria donośnych szmerów. Przypomina odgłos ciągnięcia ciężkiego worka po asfalcie.
       I nagle go olśniewa. Latarka w kuchni! Zostawił ją włączoną!
       Zrywa się na równe nogi i pędzi co sił przez sypialnię i korytarz do właściwego pomieszczenia. Gdy dociera do kuchni, natychmiast wyłącza latarkę, wciska ją do kieszeni i dysząc ciężko pada na podłogę. Nie jest pewien czy osoba z zewnątrz dostrzegła poruszenie w głębi domu.
       – Po-posłuchaj… – zaskakuje go nagle niezwykle bliski, bliższy niż jakikolwiek od miesięcy dźwięk ludzkiego głosu. Wtóruje mu cichutkie stukanie we frontowe drzwi. – Ja… Ja nazywam się Doris. Możesz mówić mi po prostu D, jak większość znajomych. Świetliku… – nieznajoma wyraźnie opada z sił; sapie, z trudem łapie oddech. Postukiwanie ustaje. – Świetliku, posłuchaj mnie, proszę. Tylko o to cię proszę, jeżeli tam jesteś. Przyjechałam tu z Atlanty. Kawał drogi, prawda? Szukam kogoś. Miesiąc przed tym obsranym gównem pokłóciłam się z bratem o jakąś pierdołę, która wtedy wydawała mi się pieprzonym pępkiem świata. Cholernie tego żałuję i chcę to naprawić, dlatego muszę go odszukać. Wiem, że wyjechał tutaj z dziewczyną. To znaczy gdzieś tutaj, do miasta… Chyba… Milę, jakąś milę stąd. Nie mam już ani jedzenia, ani picia, ani samochodu i na dodatek rozjechałam po drodze kota. Serce się człowiekowi kraje kiedy widzi coś takiego, ale co miałam zrobić? Wałęsam się tu od dwóch dni, ja… Jesteś tam, Świetliku?
       Mężczyzna przełyka głośno ślinę. Ma wrażenie, że wręcz stanowczo zbyt głośno. Z policzkiem wtulonym w podłogę zagląda w szparę pod wejściowymi drzwiami. Widzi, jak plama gęstej krwi sączy się po brudnej, gumowej podeszwie buta i usiłuje przelać się do wnętrza domu dołem.
       Buty robią krok wstecz. Akompaniuje im głuche dudnienie, nieznajoma wali pięścią w drzwi.
       – Jesteś tam?! – krzyczy. – Do kurwy nędzy! Jesteś, czy, kurwa, nie jesteś?! Ja mam brata, kurwa, ja muszę go znaleźć, kurwa, i choćby nie wiem co ja…!
       Uderzenia zmieniają się w pociągły łoskot. Głos nieznajomej opada gdy łkając, osuwa się na wycieraczkę. Trwa to dobrych kilka minut podczas których mężczyzna nie ośmiela się nawet kiwnąć palcem. Nasłuchuje, czeka. Powtarza swe czcze modlitwy jak mantrę.
       Nie może tego dłużej słuchać. Czuje, że zaraz zwariuje i albo się zdradzi, albo pęknie mu serce.
       Wreszcie płacz cichnie. Zza drzwi dobiega soczyste pociągnięcie zatkanym nosem.
       – Do licha… Kogo ty oszukujesz, D? Tu nikogo nie ma. Jesteś… Jesteś sama. Sama jak ten kot na ulicy, co go zostawiłaś, bezduszna szmato. Ale… Weź się w garść. No, no już. Pamiętasz, co mówił braciszek? Przegrywasz dopiero wtedy, kiedy sam siebie skreślisz.
       Mężczyzna napina wszystkie mięśnie, niewidzialna strzała przeszywa mu mózg.
       To ten moment, kiedy puszczają mu nerwy.

D

       Drobna, wychudzona kobieta siedzi pod drzwiami, zaciskając palce na zranionej łydce – rozcięła ją biegnąc przez krzaki bo zdawało się jej, że widzi czyjąś sylwetkę opuszczającą supermarket. Niestety upadła, wytaplała się w błocie jak świnka i straciła trop uznając, że goniła jedynie pobożną fatamorganę. Jeansy ma podarte, koszulkę zapoconą i brudną, skórę gdzieniegdzie pokrytą szorstkimi bąblami ze zbierającym się pod spodem zielonkawym płynem.
       Kiedy dostrzegła we wnętrzu domu blask, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Od tak dawna nie miała okazji ujrzeć światła! Po tym jak samochód zgasł jej pośrodku szczerego pola i uparł się, że pozostawi ją w opresji bez benzyny, nie widziała żadnego światła intensywniejszego niż to, które jakimś cudem spływało za zegarowego dnia na ziemię. Było szare, blade i puste, ale przynajmniej pozwalało poruszać się bez pomocy latarek.
       To światło… Dało jej nadzieję na ten jeden, słodki moment. Ośmieliła się nawet o czymś pomarzyć. A teraz? Teraz na jej rozpaczliwe prośby odpowiadała cisza, w której tłumnie gromadziły się niechciane fakty.
       Jest tu sama jak palec. Nikt nie przyjedzie jej z pomocą, bo nikogo nie ma w domu a nawet jeśli jest, nie wpuści jej prawdopodobnie z obawy przed grabieżą, a jej brat z pewnością dawno umarł. Nie ma tu czego szukać. Świat dawno się skończył, a ona tylko desperacko próbowała o tym zapomnieć.
       Spróbowała dźwignąć się na własnych nogach. Jęknęła przy tym z bólu, widocznie rana była poważniejsza, niż sądziła. Używając patyka jako podpórki chwyciła w dłoń ramiączko plecaka i ruszyła, ciągnąc go za sobą po ziemi. Nie miała siły, by go unieść, choć niosła tam tylko kilka zebranych śmieci, które ostatecznie w którymś momencie mogłoby się przydać.
       Wtedy coś usłyszała, coś z wnętrza domu. Jej serce podskoczyło, obejrzała się i wpatrzyła z pobożną czcią i nadzieją w drzwi wejściowe.
       – Świetliku? – zapytała szeptem, ignorując ukłucia niepokoju, jakich dostarczało przetaczające się w przestrzeni niemrawe powietrze. – Halo?
       Nie uskakuje przed ciosem, nawet nie ma w sobie tyle energii. Drzwi otwierają się gwałtownie, wyrasta w nich prawdziwy, czarny szkielet, i z wrzaskiem szarżuje do przodu. Powala Doris swym kpiąco wybrakowanym ciężarem i łamie jej nogę. Kobieta wyje, drze się w niebo głosy kiedy ostrze niewidocznego noża smaga ją na oślep po szyi i policzkach. Na żwirową ścieżynę prowadzącą do furtki leje się krew. Tworzy na nim wymyślne, asymetryczne plamy.
       – Nie! – wrzeszczy atakujący mężczyzna. Jego twarz wykrzywia wyraz dzikiej furii, choć Doris wyczuwa niepokojące napięcie mięśni tylko pod palcami jednej dłoni, którymi usiłuje chwycić napastnika za włosy. – To koniec, słyszysz?! Koniec!

       Świetlik

       Następnego dnia decyduje się odejść z pracy. Odchodząc, rzuca Janet i Doris kilka słów na do widzenia, po czym zabiera torbę i wychodzi. Nie wraca do domu. Kieruje się na obrzeża miasta. Droga zajmuje mu ponad godzinę. Idąc nie patrzy nigdzie, prócz pod własne nogi.
       Wreszcie dociera na szczyt klifu. Tu, w stanie Waszyngton, jest ich sporo, ale ten jest dla niego szczególnie wyjątkowy. Kiedy pisał swą opowieść, właśnie jego naturalne krzywizny usiłował odwzorować w kwiecistych opisach. W poprzednim życiu to tu poprosił ukochaną o rękę. Uwielbiała to miejsce.
       Zrzuca z ramienia torbę, rozciąga nogi na trawie i wyjmuje z niej laptopa. Układa urządzenie na kolanach, co z kolei boli go i nieprzyjemnie drażni liczne chorobowe zmiany ukryte pod spodniami.
       Mężczyzna włącza komputer, wyuczonym odruchem zerka na stan baterii. 4 procenty.

       Wiedzia , że na niego po a. P anowa to od dawna, bo nie chcia już cie pieć. Ostatecznie uzna , że to nieważne co czasem mówią inni, bo czasem to ty dok adnie wiesz, co musisz z obić. Po p ostu czujesz, że tak ma być i że nic nie powinno zmieniać twojego p anu.
       I choć za życia oficja nie nikt nie mianowa go na pisa za, pośmie tnie to w aśnie za niego się uzna , gdy ost e ska y ozsza pywa y jego cia o jak stada wyg odnia ych pi anii.
       Cieszy się na tę myś . Czu się wo ny.


*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw8-swietlik-a51435/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.