Przejdź do głównej zawartości

Kolej śmierci


Autor: kalaallisut
Postać: Motorniczy linii śmierci
Zdarzenie: Kosmiczne wakacje
Gatunek: Opowiadanie przygodowe/drogi


***

       Kręgosłup niewolnika jest jak długi żelazny most.

       — rok 1942

       W okresie spoczynku niczym jesienny liść, sponiewierana przez wiatr opada ciężka głowa. Oczy łzawią od oślepienia rażącym słońcem w dzień. Ropieją od zakażeń, napuchnięte, pokryte bielmem, zarobaczone. Leżę na niskim bambusowym łóżku. Na skórze doskwierają: poparzenia, otarcia, pęknięcia, ropnie i robactwo żrące żywcem. Odganiam komary tylko po to, by armia pluskiew mogła wyssać krew. Pieczenie w nogach — preludium do walki z purpurowymi opitymi gnidami.
       Chudnę, kurczę się, coraz mniej mnie we mnie. Kropla za kroplą do nieba odparowuje kolejna cząstka. Jeszcze chwila i zostanę wydalony całkowicie na zewnątrz. Nim zasnę za każdym razem, gdy opuszczam powieki, chowam do pamięci obrazy: tych pobitych kijem bejsbolowym, tych ukrzyżowanych z użyciem drutu kolczastego, tych konających z głodu i pragnienia w pełnym słońcu.
       A teraz, pada tylko deszcz. W przemoczonych namiotach przemoczeni ludzie wsiąkają w ziemię. Pada deszcz. Pada deszcz. Padam i ja...
       — I czyj był krzyk? Już nie wiesz. Ból też niczyi. — Otępienie. Ciemny obraz.

Źródło: pixabay.com Autor: 12019
       ***

       „Wobec nadciągającej Apokalipsy nie ma więc sensu uciekać, tym bardziej, jeśli ona realizuje już swe dzieło”.

       Szliśmy trzydzieści minut, choć wydawało nam się, że o wiele dłużej. Pod stopami pękały suche, drobne gałązki. Gęste, wilgotne powietrze chwytało w swoje macki: oblepiało ramiona i przykrywało całunem płuca. W promieniach słońca nieprawdopodobnie cuchnęła wysychająca mieszanina brudu z potem. Fetor przyciągał tłuste muchy z błyszczącymi odwłokami. Wyglądały jak świetliki. Ich wspólne bzyczenie z komarami doprowadzało do szału. Klimat sprzyjał rozwojowi malarii, cholery i dyzenterii.
       Traktowali nas przedmiotowo – wymienialne narzędzia pracy. Jedno życie za jeden kolejowy podkład. Byliśmy tanią siłą roboczą, z której wyssano energię do granic możliwości, do ostatnich kropli potu. Przez osiemnaście godzin na dobę karczowaliśmy dżunglę. Wykuwaliśmy w litej skale tunel przy pomocy prymitywnych narzędzi: kilofów, siekier.
       Dowódca rozpoczynał dzień od tępego, twardego uderzenia z dordże(*1) w tył głowy i solidnego kopniaka. Jego tak zwane rytualne, kulturalne „dzień dobry” równa się czas zapierdalać. Niczym Indra o byczym karku, Motorniczy Linii Śmierci, spragnionych podlewał po drodze ciepłym strumieniem moczu. Kochał to, co robił. Zaszczepiony już w dzieciństwie, dostawał miłość za okazywaną nienawiść, którą wpajał u pozostałych w armii.
       Mijały miesiące. Stacja za stacją linia wznosiła się, a my ponad siebie. Nie wszyscy. Spadali jak domino ci, którym brakowało już sił. Resztę dowódca karczował. Nie każdy wpadał w głębinową przepaść, z niektórych przygotowywano posiłki. Mordowali nas dla wygody. Chcieli zaoszczędzić na wyżywieniu. W szeregach szło darmowe, świeże mięso, dostępne na wyciągnięcie ręki.
       Opętany przez dyscyplinę, by dobrze wywiązać się z poleconego zadania, mawiał:

       — „Chory zawsze jest jeszcze zdolny do wysiłku. Jeśli będzie trzeba, zbuduję ten most z kości jeńców."(2*)

       Sto razy zero daje wynik znakomitego snoba wojskowego, wychowanego w łonie miłości macierzyńskiej, najdoskonalszego snobizmu na świecie. Obce mu były rozterki wewnętrzne. Dzięki czystemu sercu, niezmąconemu żadną emocją, kontrolował kierunek krążenia krwi jeńców.

       — „Słuchajcie mnie wszyscy. Na waszych rękach spoczywa połączenie stolic Syjamu i Burmy. Ta linia kolejowa potrzebna jest dla dalszych zwycięstw, dla zdobycia Indii. Jego Cesarska Wysokość rozkazał, żeby tę pracę ukończyć w ciągu dwunastu miesięcy. Kiedy wojna się skończy, będziecie mogli wrócić do swych domów".(*3)

       ***

       Huczna parada na cześć osiemdziesięciu pięciu tysięcy wziętych do niewoli żołnierzy brytyjskich i australijskich zmuszanych do wzniesienia konstrukcji Kolei Śmierci. Budowa nowej hegemonii japońskiej pod hasłem „Azja dla Azjatów”. Tylko jak zaatakować Indie? Jak wydostać się z Birmy? Jedynym sposobem było wybudowanie toru kolejowego łączącego Tajlandię i Birmę. Prace powierzono wybitnemu inżynierowi, wymagała ona gigantycznego ludzkiego wysiłku. Tylko za jaką cenę?
       — Za wszelką cenę: stu tysięcy robotników i szesnastu tysięcy jeńców. Koszt: dwieście osiemdziesiąt ludzkich żyć za kilometr Kolei.

       ***

       Pani z biura podróży poleciła kosmiczne wakacje. Tajlandia (*4) — raj na ziemi pełny egzotyki: plaże, deszczowe lasy, słonie i buddyjskie świątynie.
       Most nad rzeką Kwai i Bankog, Miasto Aniołów — tętniąca życiem, kosmopolityczna metropolia, gdzie czekają na turystów niezliczone przygody.


       Wypijam Red Bulla (*5) w Sky barze podziwiając widoki ze szczytu budynku.
       Kolejny punkt podróży to Kanchanaburi. Dwie godziny drogi od Bangkoku, mała miejscowość zlokalizowana w samym środku dżungli.

       Łapię jedną z Express Boat River Taxi.
       — Za ile na drugą stronę rzeki?
       — Osiemdziesiąt Bahtów.
       — Sześćdziesiąt Bahtów. — Najlepiej się targować i nie przejmować, jeżeli jeden kierowca odmówi przewozu. Zawsze można znaleźć kogoś innego.
       — Siedemdziesiąt i wskakuj pan.
       Rejs prowadzi przez malowniczą okolicę. Niebieska flaga powiewa, kropelki potu rozgania włączona suszarka odrzecznego chłodnego powietrza.
       Wszyscy zmierzają do mostu nad rzeką Kwai, który łączy oba brzegi. Betonowe podpory, metalowe przęsła. Ludzie wachlują się kapeluszami lub gazetami. Marudzą, że tak gorąco. Ktoś z tłumu mówi:
       — Niech on już rusza, bo się ugotujemy!
       Na przyczółku wśród zebranych podróżnych powstaje nagle poruszenie i ekscytacja. Po drugiej stronie rzeki gwiżdżąc, na most powoli wjeżdża pociąg.
       Czytam wpis pamiątkowy, jaki przed chwilą zostawiła jedna z turystek: "Nice place!".
       — lipiec 2018

       ___________

       Na tle autentycznych wydarzeń tekst został dodatkowo ubrany w fikcję literacką.
       *1 dordże — w hinduizmie broń boga Indry, w buddyzmie symbol niezniszczalności i niewzruszoności. W tekście użyte metaforycznie do uderzeń tyłem kolby.
       *2 , *3 Wypowiedzi japońskiego dowódcy zaczerpnięte z powieści Pierre Boulle „Most na rzece Kwai ".
       *4 Tajlandia z języka tajskiego oznacza „Kraj Ludzi Wolnych”, wcześniej nosiła nazwę „Syjam".
       *5 Chaleo Yoovidhya, twórca bezalkoholowego napoju pobudzającego — Red Bull, za życia jeden z najbogatszych ludzi w Tajlandii.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.