Przejdź do głównej zawartości

Horyzont Maat


Autor: Marzyciel
Gatunek: Thriller
Postać: Święty Antoni
Zdarzenie: Zerwane zaręczyny

        Stary Marcus Morgan po raz ostatni tego wieczoru sprawdził zabezpieczenia. Dom na farmie w Arkansas oddalony o wiele mil od głównej drogi, sam w sobie zapewniał dobrą ochronę, ale Marcus musiał mieć pewność. Był tu skarb, który zobowiązał się chronić. Dlatego obwarowanie posesji stanowiły trzy koncentryczne kręgi pułapek, czujników, potykaczy i kamer, dzięki czemu miał absolutną pewność, że nawet myszy nie srają bez jego wiedzy.

Źródło: pixabay.com Autor: Alexas_Fotos

        Pomimo późnej pory zaparzył sobie małą czarną. Wyszedł na werandę i usiadł w ulubionym fotelu, zastanawiając się, jak ludzie radzili sobie, zanim weneccy kupcy przywieźli pierwsze worki z kawą do zachodniej Europy. Był ciepły, letni wieczór, chór cykad pobrzękiwał pieśń zalotną. W powietrzu unosił się aromat świeżej, kolumbijskiej kawy. Marcus głęboko odetchnął. Pomyślał, że jeśli miałby umrzeć, to chciałby, żeby tak wyglądała ostatnia chwila życia.
        Pozorny spokój zakłócił zimny powiew wiatru. Sprawił, że w powietrzu zawisło coś nieuchronnego. Starzec usłyszał chrzęst żwiru, później w ciemności dostrzegł sylwetkę człowieka. Po twarzy Marcusa przebiegł cień uśmiechu. Był przygotowany. Wiedział, że osoba zdolna bezszelestnie sforsować przeszkody, była człowiekiem, na którego czekał trzydzieści trzy lata.
        – Saturn w kwadraturze do Wenus zawsze zwiastuje rychłe zmiany i bliskość śmierci – powiedział Marcus i powoli upił łyk kawy.
        Z cienia wyszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Miał blond włosy i spojrzenie drapieżnika. Zimne, stalowoszare oczy, które widziały już wszystko. Pewnie stawiał kroki, poruszał się cicho i sprężyście. Chwilę później stanął naprzeciw Marcusa.
        – Witaj Marcusie – powiedział.
        – Masz nowe ciało. – Marcus zmierzył go od stóp do głów. – Europa Wschodnia?
        – Polska. – Przybysz skinął głową. – Od trzydziestu trzech lat żyję, jako Maksymilian Amos.
        – Tak czy siak, spóźniłeś się.
        – Miałem pracę do wykonania.
        – Demony?
        – Wiesz jak to działa. – Amos wzruszył ramionami. – Masz coś do picia?
        – W kuchni, w lodówce po lewej.
        Amos przyłożył dłoń do ściany, która w ułamku sekundy stała się przezroczysta, ukazując wnętrze domu. – Tam? – spytał.
        Marcus skinął głową. Gdy Amos odjął dłoń, ścianę na powrót pokryła lita powierzchnia desek. Marcus czuł się dziwnie, patrząc, że człowiek, który go wychował, jest dziś młodszy o ponad połowę. Z jednej strony, zawsze wiedział, że tak będzie, ale mimo to był zawiedziony. Zastanawiał się, jaki jest sens bycia starym, skoro nie można nękać młodziaka licznymi historyjkami świadczącymi o niemałej mądrości?
        Przybysz wyszedł. Bez słowa usiadł na ławce i otworzył piwo. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dal.
        – Zrobiłeś to, o co cię prosiłem? – spytał Amos.
        – Oczywiście. – Marcus skinął głową. – Przechowałem twoją kolekcję.
        – Jakieś kłopoty?
        – Głównie cisza i spokój. Miałem dużo czasu na przemyślenia. Kiedyś cię rozumiałem, teraz gdy nadszedł kres moich dni, mam wątpliwości. Masz dar, dlaczego chcesz świadomie zrezygnować?
        – Dla jednego dar, dla innego brzemię Marcusie. Rzeczywiście się starzejesz, zrobiłeś się sentymentalny.
        – Po prostu dopadły mnie wątpliwości.
        – Przegonimy je albo zamienimy w świetliki i zamkniemy do słoika.
        Obaj się uśmiechnęli. Marcus poczuł ulgę, znowu wiedział, że człowiek, który od tysiąca lat chodzi po ziemi, wciąż jest jego przyjacielem.
        – To kwestia wyboru, Marcusie – odezwał się Amos. – Potrzebuję odpoczynku do którego ma prawo każdy człowiek, a który został mi odebrany. Nic się nie zmieniło. Walczę o to od trzystu lat. Czas zerwać z tym szaleństwem i zacząć w końcu decydować sam za siebie.
        – Kolekcja nie jest pełna – powiedział Marcus.
        – Jeszcze trzy strony i przekonamy się, czy to koniec.
        Marcus poczuł się wspaniale, gdy Amos użył liczby mnogiej. – Chcesz, żebym ci pomógł? – spytał.
        – Oczywiście, Marcusie.
        – Więc powiedz mi, jak chcesz znaleźć coś, co oficjalnie nie istnieje?
        – To proste. – Amos rozłożył dłonie. – Zwrócimy się do patrona rzeczy zagubionych.

        ***

        Londyn przywitał mnie chłodno, ostrym, siekącym deszczem, takim, którego krople zamarzają dopiero po zderzeniu ze skórą. Zaraz po opuszczeniu lotniska złapałem taksówkę. W ułamku sekundy stałem się anonimowy niczym drzewo w lesie. Za kierownicą siedział hindus. Samochód był stary, wysłużony, ale ruszył, skręcił w prawo i przy akompaniamencie mlaskania gumy o mokry asfalt, potoczył się w stronę Southgate.
        Dwie godziny później wysiadłem pod wskazanym adresem. Szara zasłona nieba wysysała okolice z kolorów. Pustą ulicą ciągnął się rząd domów w wiktoriańskim stylu. Mansardowe dachy kontrastujące z wieżowcami w centrum, sprawiały wrażenie, że uliczka jest położona gdzieś poza czasem.
        Poprawiłem kołnierz kurtki i ruszyłem do wejścia.
        Mur lata świetności miał dawno za sobą. Wysoki na dwa metry, pokryty szarym tynkiem, który z czasem popękał odsłaniając czerwone plamy cegieł. Stanąłem przed bramą. Czarne pręty przypominały zaostrzone włócznie. Nacisnąłem przycisk domofonu. W głośniku rozległ się trzask podnoszonej słuchawki i charakterystyczny dźwięk otwierania. Spodziewałem się skrzypienia, ale wrota rozwarły się bezszelestnie. Przez całą drogę do drzwi miałem nieodparte wrażenie, że jestem obserwowany, jednak nie zauważyłem żadnego ruchu.
        Pozostało mieć nadzieję, że ciągle respektują prawa gościnności.
        Dom nie różnił się zbytnio od większości powstałych za panowania Królowej Wiktorii. Miał trzy piętra i fasadę ozdobioną licznymi gzymsami, boniowaniem i bogatymi obramowaniami okien z charakterystycznym dla okresu wiktoriańskiego zamiłowaniem do detali. Boczne wykusze ustawione na sobie tworzyły wieżę, która sprawiała wrażenie przyklejonej do domu. Przypominał kościół w wersji mini, co szczególnie nie dziwi, zważając, że przed nastaniem epoki przemysłu, to kościelny przepych imponował biedocie.
        Mój dzisiejszy gospodarz z pewnością nie stracił poczucia humoru.
        Wszedłem na ganek. Na drewnianych drzwiach wisiała kołatka. Zaciśnięta pięść odlana z żeliwa. Solidny kawałek metalu pokrył się patyną, przez co przypominał siną rękę trupa. Ledwie uniosłem dłoń, gdy drzwi otworzyły się i stanął w nich młody ksiądz. Miał krótkie blond włosy sterczące w każdą stronę, jakby ostatni raz czesał się rok temu. Jego wypielęgnowane dłonie zdradzały, że jedynym zajęciem było dbanie, żeby na sutannie nie znalazła się drobinka brudu.
        – Dzień dobry panie Amos. Nazywam się Jakub. – Ukłonił się kleryk. – Jego ekscelencja czeka.
        Zaraz po wejściu, moje stopy zapadły się w miękki dywan. Wnętrze pełne starannie odnowionych antyków. Zabytkowe meble, posągi, książki i stare obrazy. W panującym półmroku połyskiwały złote detale, ale ciemne kolory skutecznie tłumiły blask, sprawiając, że przepych nie kuł w oczy. Kleryk poprowadził mnie schodami na górę. Witraż na półpiętrze przedstawiał rząd postaci w kapturach, zdominowanych przez wiszącego na krzyżu Jezusa pochylającego się lekko do przodu jakby za chwilę miał spaść. Jakub skręcił w wąski korytarz i otworzył drzwi. Serpentyna schodów prowadziła na wieżę. Drewniane stopnie skrzypiały pod naciskiem ciężaru. Spojrzałem na dół. Upadek ze stromizny groził niechybnym skręceniem karku.
        Młody kleryk poprosił, żebym poczekał przed drzwiami, po czym spojrzał na swoją sutannę, szukając niewidocznego zagniecenia. Nacisnął klamkę i wszedł w ukłonie, jakby chciał uniknąć nadlatującego przedmiotu. Usłyszałem przytłumione głosy, chwilę później Jakub wyszedł i gestem zaprosił mnie do środka.
        Pomieszczenie było duszne, ciasne i słabo oświetlone. W wąskim pasie światła przedzierającego się przez grube zasłony, wirowały drobinki kurzu. Przypominało gawrę niedźwiedzia, ale siedzący za znajdującym się na podwyższeniu biurkiem gospodarz, bardziej przypominał wilka. Sześćdziesięciopięcioletni Matias Cerri nie nosił kardynalskich pstrokatych szat, nie miał nawet koloratki. Ubrany był w czarny dwurzędowy garnitur i czarną koszulę. Chudy, żylasty, pomimo zaawansowanego wieku wyglądał zdrowo. Miał krótko ścięte białe włosy i inteligentne, pełne zrozumienia spojrzenie, emanujące mocą, potrafiącą zarówno dodawać otuchy, jak i karać z bezwzględną surowością.
        Szara eminencja Watykanu zwany czarnym papieżem. Kolejne wcielenie człowieka, z którym sprzymierzyłem się na setki lat z powodu jego zasad, przekonań i przywiązania do tradycji. Za to, kim był.
        I z tego samego powodu go opuściłem.
        – Witaj przyjacielu! – Matias wskazał na krzesło. – Zgodziłem się na to spotkanie ze względu na starą przyjaźń.
        – Od dawna nie jesteśmy przyjaciółmi. – Usiadłem i spojrzałem mu w oczy. – Zgodziłeś się, ponieważ jesteś moim dłużnikiem.
        Matias uśmiechnął się. – Zamieniam się w słuch.
        – Właściwie jak mam cię nazywać? – spytałem. – Ferdynandzie, Antoni, Claudio, Josep? A może jego ekscelencjo?
        – Najlepiej Matias – skrzywił się Cerri. – A jak tytułować ciebie? Francis, Maksymilian, Maks? A może panie kapitanie?
        – Wystarczy Amos – odparłem. – Nie traćmy czasu. Zawsze miałeś smykałkę do znajdowania tego, czego potrzebowałeś.
        – Wiesz jak było. Wieki temu pomogłem znaleźć książkę pewnemu idiocie, więc ochrzcili mnie patronem rzeczy zagubionych. Przyszedłeś tylko dlatego, że czegoś potrzebujesz. Nie widzieliśmy się od trzystu lat, a ty nic się nie zmieniłeś.
        – Ty również ani trochę. Gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy? Montpellier? To chyba tam powiedziałeś biskupowi, że jak nie przestanie okradać kościoła, to urżniesz mu jaja.
        – Młodość – uśmiechnął się Cerri.
        – Tak, miałeś wtedy jakieś dwieście lat.
        – Czego chcesz? – spytał.
        – Książki. „Spowiedź Anioła", Kelleya.
        – Ta książka oficjalnie nie istnieje. – Cerri splótł palce jak do modlitwy. – Ale masz szczęście.
        – Szczęście nie ma tu nic do rzeczy – powiedziałem. – Po inkwizycji Watykan położył łapy na wszystkim, co mogłoby mu zaszkodzić, a teraz ty jesteś Watykanem.
        – Jak powiedziałem masz szczęście, ponieważ wiesz, że bez odpowiedniej ofiary nie kiwnę palcem. Więc pytanie. Co będę z tego miał?
        – Skończ z podchodami Matiasie – odparłem. – Przygotowałeś ofertę, wybierając miejsce spotkania.
        – Usługa za usługę – powiedział Cerri. – Jesteś najlepszym egzorcystą, jakiego znam, żałuję, że już z nami nie współpracujesz.
        – Od dawna nie pracuję w ten sposób.
        – Odkąd straciłeś wiarę?
        – Już nie wierzę nawet w wiarę. Gdy w coś uwierzymy, przestajemy pytać. Wiara to jedna z najbardziej szkodliwych rzeczy, które niszczą ludzką inteligencję.
        – Myślałem, że czas leczy rany.
        – Niektóre rany się nie goją, ropieją, by kiedyś wybuchnąć. Wyrżnęliśmy całe miasto, Matiasie. Jak świnie. Mężczyzn, kobiety, dzieci. O świcie mój miecz był taki tępy, że zamiast ciąć, miażdżył żebra. Ulice spłynęły krwią niewinnych. Zapłacimy za to.
        – Nie byli niewinni. Całe miasto było opętane – odparł Cerri. – Nie wolno nam zapominać, że demony to wrogowie Boga, a ten rodzaj nienawiści nie znika z czasem, tylko nasila się i czeka, żeby zaatakować.
        – Świat potrzebuje przebaczenia. Nie przemocy.
        – Zło pożre nas wszystkich, jeśli na siłę nie odpowiemy siłą. Nigdy nie zwyciężymy, jeśli zareagujemy przebaczeniem. Powiem ci więcej, przebaczenie jest niebezpieczne. Dajemy przyzwolenie, że zło będzie się szerzyć, zachęcamy naszych wrogów, musimy jak Jezus wywrócić stoły kupców. Wybaczenie nie jest jedyną drogą do zbawienia.
        – Ciągle umiesz przemawiać i ciągle wierzysz, że Bóg układa się z każdym z nas na swój sposób
        – Mieliśmy dobre intencje.
        – Dobre intencje nie gwarantują pomyślnych skutków – odparłem.
        – Dobro zwyciężyło.
        – Dobro wygrywa tylko wtedy, kiedy ma szczęście, że służyły mu takie skurwysyny jak ja, czy ty. Skończmy to. Po prostu nie mogę ci pomóc. – Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia. – Łatwiej będzie ukraść książkę.
        – Rozkażę ją spalić, zanim wyjdziesz z tego domu!
        – To nie ma znaczenia Matiasie. To nie jest kwestia życia i śmierci.
        – Tak, to sprawa śmierci – powiedział Cerri.
        Nie sądziłem, żeby mnie przejrzał. Zanim zdążyłem nacisnąć klamkę, usłyszałem głos Cerriego.
        – To córka premiera, w budynku są ochroniarze, jeśli wyjdziesz, mają rozkaz doprowadzić cię siłą.
        Uśmiechnąłem się z satysfakcją, ale gdy odwróciłem się, znów przybrałem kamienny wyraz twarzy. Usiadłem na krześle. Wyciągnąłem papierosy. Cerri spojrzał ze zgrozą na dywan, ale nie zaprotestował.
        – Wyjdę, a dowódcy ochrony powiem, że do rytuału potrzebuję księgi, której Jego Ekscelencja nie chcę mi udzielić, bez podania sensownych przyczyn. Zanim minie zamieszanie będę daleko stąd.
        Cerri przyłożył dłonie do ust. Milczał dłuższą chwilę. – Jak mogę cię przekonać?
        – Nie możesz – odparłem. – Ale opowiedz o niej.
        – O dziecku? To ciężki przypadek. Moi najlepsi ludzie walczą od siedmiu dni, ale demon jest potężny. – Cerri sięgnął do szuflady, po czym rzucił na biurko egzemplarz „Rytuału Rzymskiego".
        – Tym? – Podniosłem książkę. – Chcecie go zanudzić na śmierć?
        – To jedyny sposób, jaki znamy.
        – Nie był jedyny nawet pięćset lat temu, gdy jeszcze pracowaliśmy razem. Podejrzewam też, że nie zasypywałeś gruszek w popiele. Powiedz mi tylko jedno, czy przeprowadziliście „Zaślubiny"?
        – Dlaczego tak sądzisz?
        – Głównie dlatego, że cię znam. – Wzruszyłem ramionami. – Dla swoich interesów jesteś gotów paktować z diabłem. Służysz swojemu Bogu na swój własny sposób. Podejrzewam, że jej tatuś maczał w tym palce?
        Cerri milczał dłuższą chwilę. – Zrobisz to?
        Skinąłem głową.
        Matias wyciągnął kartkę i długopis. Napisał kilka słów, po czym ściągnął sygnet z małego palca.
        – Pierwszy to adres domu, gdzie znajduję się dziewczynka, drugi to adres biblioteki w Lizbonie – powiedział. – Książka będzie na ciebie czekać. Widzisz, jeśli coś się nie zmienia, to tylko to, że gdy podejmujesz się zadania, doprowadzisz sprawy do końca. Pierścień zapewni ci posłuch. A teraz żegnaj kapitanie. Być może kiedyś spotkamy się w bardziej sprzyjających okolicznościach.
        Zanim Cerri skończył mówić, do pokoju wszedł ksiądz, który wcześniej przywitał mnie przy wejściu. Nie słyszałem skrzypienia schodów, więc podsłuchiwał od początku rozmowy. Gdy wychodziliśmy, przepuściłem go w drzwiach, ale ledwie zamknąłem, złapałem go za kark i uniosłem tak, że stracił równowagę. Byłem znacznie wyższy i lepiej zbudowany, więc nie wydawał się cięższy niż gdybym trzymał mokre palto.
        – Możesz podsłuchiwać swojego ekscelencje, ile tylko chcesz, ale jeśli jeszcze raz podsłuchasz mnie, skręcę ci kark.
        Podkreśliłem wypowiedź, wychylając go jeszcze bardziej. Gdy przerażony kiwnął głową na znak, że zrozumiał, zwolniłem uścisk. Jakub odzyskał równowagę, ale na wszelki wypadek zbiegł na dół. Na koniec obdarzył mnie nienawistnym spojrzeniem i uciekł.
        Piętnaście minut później siedziałem w taksówce. Nie powiedziałem wszystkiego Cerriemu. Głupotą byłoby wyjawienie swoich tajemnic człowiekowi, którego sekrety mają swoje sekrety. Z egzorcyzmami wszedłem na poziom, którego nawet Cerri nie potrafiłby sobie wyobrazić. Trzysta lat temu w chwili zwątpienia zmieniłem podejście, zamiast wierzyć, postanowiłem zrozumieć. Wtedy odnalazła mnie najsilniejsza istota, jaką spotkałem.
        „Możesz być wolny za cenę przyjęcia pełnej odpowiedzialności".
        Cena była wysoka, ale nie wygórowana, więc przysiągłem i ugiąłem kolano. Od trzystu lat mogłem liczyć na wsparcie Królowej, ale nie mogłem odesłać żadnego demona bez jej zgody.
        Umowa przewidywała tylko jeden wyjątek. Gdy niewinna ofiara została sprzedana, zawsze miałem prawo przeprowadzić rytuał „Zerwanych zaręczyn".
        Kierowca zatrzymał się na typowej angielskiej ulicy identycznych domów. Zapłaciłem za kurs, wysiadłem, pod wskazanym adresem pokazałem sygnet i kolejny ksiądz wprowadził mnie na górę. Pokój był lodowato zimny, ale duszny. W powietrzu unosił się zapach moczu i wymiocin. Na łóżku leżała dziesięcioletnia dziewczynka. Spała. Przywiązana pasami, wychudzona, jej stan wskazywał na skrajne wyczerpanie. Dookoła stało czterech księży. Zmęczeni i źle ogoleni. Mruczeli inkantacje, które nie robiły na dziewczynce żadnego wrażenia.
        – Wyjdźcie – powiedziałem i pokazałem sygnet.
        Trzech z nich odetchnęło z wyraźną ulgą i ruszyli do wyjścia, ale czwarty wyglądał na rozdrażnionego. W jego oczach tliła się nienawiść. Byłem gotowy wepchnąć mu ten sygnet prosto w oko, ale władza Cerriego nie podlegała dyskusji. Wychodząc, przeszedł bardzo blisko, niemal się otarł, patrząc mi głęboko w oczy. Mogłem go zrozumieć.
        „Przegrywasz dopiero z chwilą, kiedy sam o tym zadecydujesz".
        Gdy zamknął za sobą drzwi, wziąłem krzesło i przysunąłem do łóżka. Dłonią dotknąłem czoła dziewczynki. Miała płytki, przyspieszony oddech. Otworzyła oczy, patrząc na mnie wzrokiem zaszczutej łani.
        Wtedy z ust dziewczynki dobiegł przeraźliwy krzyk, przeszywający mózg. Źrenice podeszły jej pod górne powieki, aż błysnęły białka oczu. Twarz wykrzywiła się w bolesnym grymasie, po czym rysy twarzy stężały w ohydną maskę. Poszerzone źrenice zajęły tęczówkę, nadając oczom czarny kolor. Język nerwowo biegający pomiędzy wargami przypominał jęzor węża. Demon dyszał, krótkim, świszczącym oddechem. W końcu odezwał się chrapliwym, gardłowym głosem
        – Nie będzie dobrze! Ta suka jest moja!
        – Wszystko ma swoją cenę – odparłem. – Nawet ona.
        – Moja, moja, moja! – Demon zaczął się szarpać. – Udręczę, a później zabiję!
        – Wtedy będzie wolna. Jest niewinna. – Wyciągnąłem ceramiczny sztylet. – Może właśnie po to przyszedłem? Żeby ją uwolnić.
        – Moja, moja, moja!
        – Macie się za doskonalszych od ludzi, a zachowujecie się gorzej niż zwierzęta. Popatrz na mnie! Audiatur et altera pars!* Przyjrzyj się!
        Demon uspokoił się. Popatrzył na mnie. Z jego ust kapała ślina, a język wciąż tańczył pomiędzy wargami, przez co przypominał jaszczurkę.
        – A czym wy, ludzie różnicie się od zwierząt? – spytał.
        – To prawo odróżnia nas ludzi od bydląt w rowie.
        – Nie jesteś księdzem, jesteś... Jesteś kimś więcej. To imponujące!
        – Ja za nią. Zerwiesz zaręczyny. W zamian podpiszę cyrograf. Inaczej ją zabiję. Tu i teraz. – Rozpiąłem pasy, uwalniając rękę demona i od razu musiałem zablokować cios wymierzony w krocze. – Gdy wyrażę zgodę, opętanie będzie pełne i natychmiastowe. Zniknę. – Pstryknąłem palcami. – O ile jakiś gamoń nie podgląda przez dziurę w ścianie, bez problemu opuścisz dom.
        – Tak, tak, tak! – Głos demona przypominał szczekanie psa.
        Naciąłem dłoń. Wysunąłem rękę i krew zaczęła skapywać na pierś demona.
        – Głupi, głupi, głupi! – Demon rozmazał krew po brzuchu. – Tak, tak, tak! – Zaczął kreślic symbole. – Jesteś wart więcej niż sto takich dziwek!
        – To kwestia wyboru – powiedziałem. – Ale twoja rasa nigdy nie zrozumie, czym jest poświęcenie.
        Nachyliłem się i przyłożyłem dłoń do piersi demona. – Pozwól, że się wytłumaczę. – Skóra na moim przedramieniu uwypukliła się, ukazując piętno. Przedstawiało postać skrzydlatej kobiety. – Widzisz, ciało którego właścicielem właśnie się stałeś, należy do Królowej. Oznacza to, że ja zostaję tu gdzie jestem, a ciebie czeka wędrówka do Duat, wprost przed jej oblicze.

        ***

        Pomimo sugestywnego ostrzeżenia, Jakub podążył za Amosem. Groźba nie groźba, musiał spełnić polecenie Cerriego. Z samego rana, jeszcze zanim przyjechał do rezydencji, kardynał polecił sprawdzić Amosa, ale Jakub nic nie znalazł. Amos nigdzie nie pracował, nie ukończył żadnej szkoły, nie istniał w Internecie, nigdy nie zapłacił nawet mandatu. Nie miał historii.
        Był duchem.
        Jakub przyłożył oko do dziury w ścianie w chwili, kiedy Amos kończył pojedynek wzrokowy z ojcem Ruizem. Później patrzył, jak przybysz dotyka czoła dziewczynki i przywołuje demona. Jakub nie słyszał całej rozmowy, ale z każdą chwilą w domu czuć było rosnące napięcie. Młody kleryk wielokrotnie był świadkiem egzorcyzmów, ale tego co zrobił Amos, po prostu nie rozumiał. Zamiast sprawdzonych metod, modlitw i inkantacji opartych o „Rytuał Rzymski", Amos po prostu rozmawiał z demonem. Powietrze powoli gęstniało. Amos naciął własną rękę i demon rozsmarował krew na piersi. Później Jakub zobaczył coś, czego nie widział nigdy wcześniej.
        Zobaczył strach w oczach demona.
        Napięcie sięgnęło zenitu. Czuł pulsowanie, jakby dom brała w panowanie tajemnicza siła. Jakub nigdy nie widział tak silnej manifestacji. Przeniknęło go uczucie, jakby po wyjątkowo silnej burzy zza chmur wyszło słońce. Wiedział, że dziewczynka jest już wolna. Demon zniknął. Amos wstał, ale przed wyjściem przystanął i popatrzył na dziecko, jak gdyby odmawiał modlitwę. Jednak Jakub słyszał, że jest niewierzący.
        Jak więc mógł dysponować taką mocą?
        Miał nadzieję, że się dowie. Jego ekscelencja kazał podążać krok w krok za Amosem i zdawać relację. Z jednej strony Jakub był zadowolony, ponieważ tajemniczy człowiek dorównywał charyzmą samemu Cerriemu, przez co spodziewał się, że skrywa wiele sekretów. Z drugiej strony bał się, ponieważ Amos wyglądał na człowieka, który dotrzymuje obietnic.

        ***

        Na linii horyzontu turkusowa powierzchnia oceanu stykała się z głębokim błękitem nieba. Z wysokości kilku tysięcy metrów pomarszczone wiatrem wody wyglądały niczym arkusz karbowanej bibuły. Chwilę później z głośników rozległ się głos kapitana informujący o konieczności zapięcia pasów i rejsowy samolot British Airways wylądował na lotnisku w Lizbonie. Po odprawie złapałem taksówkę. Ruszyłem pod wskazany przez Cerriego adres, gdzie czekała na mnie kolejna część układanki.
        To był piękny, słoneczny dzień. W sam raz, by postawić kolejny krok w stronę śmierci.


 *Audiatur et altera pars. - Niech będzie wysłuchana i druga strona.
*****


Źródło: http://www.opowi.pl/tw08-zerwane-zareczyny-a51658/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.