Przejdź do głównej zawartości

[Hejterska Pętla Czasu] — Apokalipsa


Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction

[Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci oraz zdarzeń jest przypadkowe i stanowi fikcję literacką.]

       ***

       Data: sierpień 1998 rok
       Lokalizacja: Katowice Polska

       Wybudzał się powoli, pozwalając odgłosom z otoczenia stopniowo drążyć misterne kanaliki ku świadomości. Lekkie kołowanie w głowie nie budziło niepokoju, choć mdłości jakie temu towarzyszyły trudno było okiełznać. Mdły zapach kurzu ocucił go nieco, jednak nie na tyle, aby do reszty wyrwać umysł ze swoistej matni, z której z wolna wynurzała się jego jaźń. Początkowo nie odczuwał niepokoju. Raczej przenikała go aura spokojnego wyczekiwania, aż przeskok w tunelu czasoprzestrzennym dobiegnie końca, pozwalając na zestrojenie organizmu z psychicznym odczuciem własnego jestestwa. Zawsze miał problemy z uzmysłowieniem sobie, ile czasu to zajmowało. Podobnie teraz. Trwał na granicy samoświadomości i niebytu na tyle jednak długo, by w oczekiwaniu na znajome bodźce, z wolna zaczęły ogarniać go pierwsze oznaki zniecierpliwienia. Coraz wyraźniej odczuwał budzący odrazę zapach kurzu, który teraz przedzierał się już nieubłaganie z nosa głębiej, bo do kubków smakowych, drażniąc nieprzyjemnie receptory i wzmagając mdłości. Nagły zryw, powodujący skurcz wnętrzności brutalnie wdarł się do świadomości, powodując jednocześnie wyrzut treści żołądka na zewnątrz. Vega, niesiony instynktem samozachowawczym, obrócił się na bok unikając zadławienia i ochlapania wymiocinami. Z trudem oddychał. Starał się wyciszyć po nagłej torsji. Ciężkie i przesycone drobinami rdzawego pyłu powietrze, ze świstem wdzierało się w umęczone płuca. Podróżnik otarł usta rękawem i wolno usiadł. Smagany lekkim wiatrem, unoszącym wszechobecny pył, niepewnie omiótł wzrokiem okolice; osnute zadymioną poświatą znajome zabudowania, Spodek*, chodniki, ulice...


       Mrużąc oczy, powoli oblizał spierzchnięte wargi. Ziemisty smak w ustach przybrał na sile. Bezwiednie, jakby w odruchu mającym przywrócić mu pełnię zmysłów, drżącą dłonią przygładził sterczącego na głowie i porządnie już teraz zakurzonego „koguta”. Z każdą sekundą umysł grzązł w coraz gęstszym bagnie totalnego niezrozumienia tego, co rejestrowały zmysły. Skurcz żołądka, chwilę później w porę opanowana torsja, tylko wzmogły złowrogie przeczucia, potęgując niepokój i rodzący się strach. Vega podniósł się chwiejnie z ziemi, pomagając sobie nerwowymi ruchami drżących rąk. Bezradnie kręcił się wkoło, z niedowierzaniem i przerażeniem lustrując najbliższą okolicę…

       Szedł powoli w kierunku dysku Spodka. Zbyt zszokowany, aby cokolwiek zrozumieć. Pogruchotany asfalt, powyrywane płyty chodnikowe, kikuty zrujnowanych domostw i jeszcze to… Powłócząc nogami, dotarł na skraj schodów prowadzących do hali i spojrzał w górę. Poprzez zamglone powietrze dojrzał teraz już dużo wyraźniejsze kontury potężnej wyrwy, zionącej w poszyciu dysku zwalistej budowli. Masywne pręty zbrojeniowe, odgięte na wszystkie strony, strzeliście opasały monstrualną dziurę. Wpatrywał się w nie przerażonymi oczami, przełykając głośno ślinę. Niepokój bliski paniki omamiał zmysły. Nie mógł tego zdefiniować, ale czuł całym sobą iż było coś jeszcze, co odbierał jego umysł, a czego sobie jeszcze nie uświadamiał…

       Z niedowierzaniem, bezradnie rozglądał się na wszystkie strony. Szybki oddech wzmógł się jeszcze bardziej, powodując napad chrapliwego kaszlu. Odgłos niesiony poprzez ciężkie powietrze, odbił się od ściany dysku hali widowiskowej, powodując pogłos cichego echa. Kiedy płuca wyrzuciły z siebie drażniącą substancją, kaszel ustał, a Vegę dopadło gorączkowe poczucie oszałamiającego zagubienia. Stał na wpół zgięty, chłonąc zmysłami otaczającą pustkę.
       — Nienaturalna cisza! — Jak z trudem zdefiniowana zagadka, dotarło w końcu do jego świadomości. — Głęboka, drążąca otoczenie; cisza!
       Otaczała go i rozdzierała przestrzeń ze wszystkich stron. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, iż to ona, to jej dojmujące istnienie spowodowało ten jego początkowy niepokój. Niezdiagnozowana lecz wszechogarniająca. Uświadomienie sobie jej obecności tylko pogłębiło histeryczny zamęt w umyśle Vegi. Nie umiejąc znaleźć wytłumaczenia dla sytuacji, w jakiej się znalazł, zagubiony w bezkresnej pustce wtłaczającej mrok w spanikowany umysł, zerwał się do szaleńczego biegu. Mijał kikuty wyniosłych niegdyś kamienic, które w miarę przemierzania kolejnych metrów, wyłaniały się niczym martwe rzeźby z zamglonej poświaty. W końcu dobiegł do budynków Dworca PKP, a raczej tego, co z nich pozostało. Przystanął, ciężko dysząc. Serce łomotało boleśnie. Głośny krzyk wyrwany z gardła nie przyniósł odpowiedzi. Nigdzie żywej duszy. Nikogo. Żadnego ruchu zdradzającego czyjąkolwiek obecność. Nic. Tylko martwy szum wiatru niosącego obrzydliwy pył, przedzierającego się przez szczeliny zrujnowanych budowli. Vega opadł do klęku na ziemię i niedowierzając, zamarł w bezsilności.

       ***

       Data: sierpień 2145 rok
       Lokalizacja: Jaskinia w zboczu wulkanu Tupangato** Argentyna

       Ziemia ponownie zadrżała. Pierwsze dane, uzyskane z detektorów rejestrujących wartości brzeżne energii tunelu czasoprzestrzennego były dość niepokojące. Strażniczka wpatrywała się w migotliwe wykresy z coraz większymi obawami. Przeskok się dokonał, jednak niespodziewany skok ciśnienia w komorze magmowej wygenerował dodatkowy, niekontrolowany impuls energii. Nie zdążyła odciąć agregatu, więc sama wychodnia tunelu czasoprzestrzennego w hiperprzestrzeni mogła być obarczona sporym ryzykiem. Na tyle dużym, że podróżujący nim mógł, miast wylądować w swoim świecie, trafić zupełnie gdzie indziej. Vega nie był jej ulubieńcem, jednak pozostawienie go samemu sobie w jednym ze światów równoległych nie wchodziło w grę. Zwyczajnie, po ludzku, choć sama nie będąc do końca człowiekiem, nie mogła mu tego zrobić. Usiadła na posłaniu, sącząc słodką kawę; prezent od Vegi przywieziony z Polski. Kawa zbożowa i cukier z polskich buraków cukrowych. Przynajmniej tak się zarzekał. Chciał ją tym skusić do odwiedzin. Uśmiechnęła się w duchu, wciąż nie wiedząc, co ma myśleć o tym szalonym i nieco irytującym młokosie. Dźwięk pikania, sygnalizujący przesył danych, wyrwał ją z zamyślenia. Odłożyła filiżankę i przystąpiła do odczytywania informacji. W półmroku półkolistej komnaty, wykutej w zboczu wulkanu Tupangato, rozjarzyły się migotliwe ekrany z mnóstwem świetlistych wykresów i danych. Wielka Łuna pochylona w skupieniu nad półprzeźroczystym i delikatnie falującym wyświetlaczem, analizowała odczyty marszcząc co chwila brwi. Były bardzo niepokojące…

       ***

       Data: sierpień 1998 rok
       Lokalizacja: Katowice Polska

       Pociągowe łóżka nie należały do najwygodniejszych, ale póki co, musiały mu wystarczyć. Błąkanie ulicami zrujnowanego centrum Katowic a później wzdłuż torów, nie przyniosło odpowiedzi na żadne pytanie. Był sam. Choć może nie do końca. Kiedy doszedł do, w połowie zawalonego podziemnego przejścia na perony, zawahał się i nie wszedł głębiej. Jakaś irracjonalna część podświadomości, nagłe przeczucie, zrodziły nieokiełznany lęk w jego umyśle. Może to prymitywny instynkt samozachowawczy, który umiejscowiony i pieczołowicie skrywany w głębokich zakamarkach zwoi mózgowych, teraz w sytuacji najwyższego zagrożenia, wypłynął na powierzchnię świadomości, przyprawiając Vegę o kolejną falę paranoicznego strachu. Trudno orzec. Alogiczny i wynikający jedynie z instynktu stan umysłu, towarzyszył mu i jego poczynaniom cały dzień.
       Pod wieczór miał już tego dość.
       Wszystkiego.
       Wśród przewróconych i wykolejonych wagonów, odnalazł najdogodniejszy, w którym udręczony, natychmiast zasnął.

       Zbudził go szmer, zrodzony gdzieś w zakamarkach ciemności. Nienaturalna cisza osnuwająca dzień, znikła. Pojawił się mrok a wraz z nim zaczęły napływać nieidentyfikowalne odgłosy. Dość ciche, jednak wyczuwalne na tyle, by zbudzić wystraszonego Vegę. Nie ruszał się a jedynie nasłuchiwał. Z czasem najgłośniejszą rzeczą, która pulsowała mu w głowie było mocne i teraz już znacznie przyspieszone bicie serca. Skupił się jednak i wytężył słuch. Zardzewiałe drzwi wagonu skrzypnęły i Vega zamarł. Pojawił się szmer i jednostajne odgłosy ślizgania, które wyraźnie się zbliżały. Coś sunęło pomiędzy siedzeniami. Uchylił oczy ale w mroku niewiele mógł dojrzeć. Na tle okien powoli przesuwała się ciemna postać wielkości człowieka. Vegę olśniło.
       — Człowiek! W końcu ktoś żywy! — Uradowany podniósł się z siedzenia i chwilę później stał już twarzą twarz z…
       Humanoid, sprawiając wrażenie zaciekawionego, przechylił odwłok przypominający głowę, nieco w bok. Czarne ślepia wpatrywały się intensywnie w oczy zamarłego z przerażenia Vegi. Trwało to kilka chwil a może całą wieczność. Podróżnik poczuł, iż kolana zaczynają mu mięknąć a ciało lekko dygocze. W następnej chwili zaczerpnął powietrza i, na ile pozwoliła mu wydolność płuc, zacząć panicznie krzyczeć. Humanoid tymczasem wyprężył ciało. Vega nie czekał dłużej, odwróciwszy się, w histerycznym pędzie dopadł wc i przysiadłszy w rogu niewielkiego pomieszczenia, zatrzasnął drzwi, jednocześnie zapierając się o nie nogami. Spanikowany rzucił okiem na zsuwane okno. Było całe i wyglądało na zamknięte. Po kilku chwilach klamka drgnęła i coś lekko naparło na drzwi. Vega wysztywnił nogi, zapierając się nimi z całych sił. Zasyczały drzwi zewnętrzne składu, aby po chwili skrzypiąco się uchylić. Humanoid wysunął się na zewnątrz. Vega podkulił nogi i powoli wstał. Przybliżył głowę do okna i usilnie starał się dostrzec w mroku cokolwiek, co mogłoby go uspokoić. Mroczne ciemności po jednej i drugiej stronie oraz niemiłosiernie ubrudzone szyby, rodziły w świadomości przerażonego człowieka najstraszliwsze skojarzenia, a spanikowana wyobraźnia, ocierająca się o skrajne mataczenie, tworzyła surrealistyczne wizje.

       Wyłaniały się stopniowo, powoli aby ostatecznie zabłysnąć nagłym skojarzeniem w świadomości. Vega zamarł z nosem na szybie kiedy uświadomił sobie, że od dobrych kilku chwil patrzy dokładnie na wprost czarnych jak smoła, ślepi humanoida. Sekundę później upadł przerażony, uderzając jednocześnie o wystające ze ścianki resztki pisuaru. Milion iskrzących wyładowań przed oczami oraz przeszywający ból łuku brwiowego o mały włos nie pozbawiły go przytomności. Wsunął się w znajomy kąt i ponownie naparł nogami o drzwi. Nasłuchując w wytężeniem, drżącą ręką otarł lejącą się z rany krew. Szmery za drzwiami i na zewnątrz składu nie ustawały. Pojawiły się też jakieś postukiwania oraz delikatne melodyczne dźwięki, przywodzące na myśl odgłosy wielorybów. Przeciągłe ryki i pohukiwania, gwizdy i świsty to przybliżały się do okna i ścian, to oddalały, niknąc w nocnej marze.

       ***

       Ranek zastał go skulonego, tuż przy uchylonych drzwiach. Spostrzegłszy to, Vega skoczył natychmiast na równe nogi. Wyjrzał powoli na zewnątrz, jednak po humanoidach nie było śladu. Odeszły. Był tylko on oraz wwiercająca się w mózg, martwa cisza. I jeszcze coś; świadomość, że w ciemnych zakamarkach czają się oni – "Obcy", jak ich nazwał. Usiadł na stopniach do wagonu, z wolna wyciszając rozdygotane emocje. Schował głowę w dłoniach i głęboko oddychając, rozważał swoje położenie.

       Drżenie gruntu i głęboki, jednostajny dźwięk wybiły go z mrocznych wizji. Podniósł głowę i rozejrzał się niepewnie. Przejrzyste powietrze pozwalało na daleką lustrację otoczenia. Basowe, drżące tony dobiegały z góry. Wkrótce dostrzegł kulę ognia otoczoną dymem, przecinającą niebo niczym potężny meteor, wdzierający się z impetem w atmosferę. Nagła kanonada trzasków i odgłosów eksplozji powaliła go na ziemię, a oślepiający błysk uniemożliwił obserwację. Chwilę później wszystko ucichło. Na otoczenie znów spłynęła dojmująca cisza. Vega ostrożnie uniósł głowę i dostrzegł niezidentyfikowany obiekt, który zawisł w powietrzu tuż nad zrujnowaną halą Spodka. Powoli podniósł się z ziemi, i schowany w cieniu ruin, pobiegł w jego kierunku. Był już na wysokości Ronda, gdy ich dostrzegł. Czarne humanoidy. Koszmarni "Obcy". Co gorsza, oni dostrzegli też i jego. Vega natychmiast zawrócił i z krzykiem na ustach, rzucił się do panicznej ucieczki. Po szaleńczym pościgu, jedna z czarnych postaci dopadła go jednak, powalając na ziemię. Ostatnim błyskiem świadomości poczuł, jak wyciągnięty szpon przebija mu udo.




       Data: nieznana
       Lokalizacja: nieznana

       Widział kilka długich chropowatych szponów, które wychynąwszy z zamglonego mroku, przekłuwały mu ciało. Czuł szczypiący ból w nogach, rękach, tułowiu. Wił się i szarpał, ale coś wyraźnie ograniczało jego ruchy. Kiedy jedna ze szpiczastych odnóży zawisła mu tuż nad twarzą, wpadł w panikę. Ukłuty w szyję, potem w skroń, rzęził z bezsilności, zupełnie nie rozpoznając barwy swojego głosu. Resztką traconej świadomości, poszukując wybawienia, próbował ogarnąć błędnym już teraz wzrokiem otoczenie, jednak poza pulsującą mroczną poświatą nie zdołał dostrzec niczego więcej. Charczące wołanie o pomoc, wyduszone ostatkiem sił, poszarpało obolałe gardło. Świszczące szelesty i pomruki dobiegające z przytłaczającej ciemności, stopniowo cichły. Świadomość Vegi ponownie zjeżdżała do ciemnej poczekalni. Chwilę później stracił przytomność.

       ***

       Data: sierpień 1998 rok (Wszechświat Równoległy)
       Lokalizacja: Planeta Ziemia; Polska; Katowice

       Mijali je oniemiali, płynąc z wolna w próżni kosmicznej. W gęstej ciszy, przytłoczonej cichym szumem wentylatorów i sygnalizatorów czujników na panelach sterowniczych, wyglądali na zewnątrz przez przeźroczyste luki. Wraki kosmicznych pojazdów niezidentyfikowanej cywilizacji, orbitujące bezładnie w pobliżu Ziemi jakby ostrzegawczo krzyczały, niedbale sunąc na różnych wysokościach nad potężnym globem. Te powyginane, rozszarpane i, jak się wydawało teraz już opuszczone molochy, krążyły bezpańsko, rażąc swym widokiem i niegdysiejszą potęgą.
       — Co tu się, do kurwy nędzy, wydarzyło?! — Baśka, która z wrażenia zapomniała o fajce w ustach, w ostatniej chwili zdoławszy ją złapać ratując od roztrzaskania, patrzyła zszokowana na mijany właśnie, jeden z wolno rotujących elementów. Był to statek obcych wbity w jakiś, przypominający kosmiczny galeon pojazd, którego potężna eksplozja rozsadziła od wewnątrz. Kobieta z jękiem przerażenia przylgnęła do luku widokowego.
       — Chuj z tym! — hardy głos przemytnika zasiadającego do sterów, przywołał ją do rzeczywistości. — Znajdźmy szczeniaka i spierdalajmy stąd!

       Wlot w czeluście toksycznej atmosfery nie stanowił dużego zagrożenia dla Bazyliszka, to jest statku kosmicznego stanowiącego własność Canulasa. Rozpostarta przed dziobem osłona w kształcie parasola tworzyła skuteczną ochronę. Jej rozżarzone elementy, topiące się pod wpływem szybkiego wzrostu temperatury, co rusz z hukiem odpadały, rozbryzgując się ostatecznie w głośnych detonacjach. Przemytnik tymczasem wprawnymi ruchami manewrował statecznikami pojazdu, układając kadłub do ruchu ślizgowego w kierunku powierzchni planety.
       — To jak odnajdziemy tego gówniarza? — zagaił, gdy osiągnęli odpowiedni pułap. Zapylenie w tej części globu uniemożliwiało jakąkolwiek wizualną analizę.
       — Szperaczami niewiele wskóramy. I jeszcze ta kurewska radiacja, skażenie atmosfery. Nic dziwnego, że tu nie przetrwaliśmy — mruczał, sczytując kolejne dane z ekranów panelu sterowniczego. Lecieli na wysokości około piętnastu tysięcy metrów. Rozmyte przez pyłową poświatę zarysy kontynentu euroazjatyckiego majaczyły na ekranie. Baśka z niepokojem obserwowała wskazania czujników.
       — Przed nami radioaktywna chmura pyłowa. Jakby ktoś grzmotnął tu atomówą — mruknęła, przypatrując się wykresom.
       — Przy takim skażeniu, to kilka by ich musiało być — przemytnik odburknął i podwyższył pułap. — Przelecimy górą.
       Za radioaktywną strefą rozciągał się pas bezchmurnego nieba z doskonałą widocznością. Ponownie zniżyli lot, tym razem lokując się na dużo niższym pułapie. Z tej pozycji, zlokalizowanie Spodka* nie stanowiło już większego problemu. Zawiśli nad nim na kilka chwil, podczas których szperacze i czujniki ruchu przeszukiwały teren wokół. Baśka, do reszty przejęta, wpatrywała się w uszkodzoną konstrukcję hali widowiskowej.
       — Cóż, majestatycznie rozpierdolony i tyle! — Przemytnik dość szybko ogarnął sytuację, przerywając dojmującą ciszę ironicznym stwierdzeniem faktu. — I weź odstaw tę fajkę bo znów ci szczęka opadła. Ogień mi na pokładzie zaprószysz…

       ***

       Data: sierpień 1998 rok (Wszechświat Równoległy)
       Lokalizacja: Orbita Ziemi; Pokład statku kosmicznego „Bazyliszek”

       — Aaa weź i się odwal… — Baśka łokciem odsuwała ciekawskiego Canulasa od kozetki, na którym zagubiony, a teraz już odnaleziony pacjent dochodził do siebie.
       — Ale lubisz to robić? Przyznaj. — Przemytnik nie odpuszczał.
       — Spływaj psycholu!
       Vega z wolna odzyskiwał przytomność. Baśka ponownie sprawdziła odczyty z pokładowego panelu medycznego.
       — Trzeba mu wstrzyknąć jeszcze sześć dawek… — mruknęła, po czym sięgnęła po staroświeckie strzykawki. Przemytnik uważnie śledził każdy jej ruch, włącznie z tym, jak wbijała igły w ciało rozpaczliwie wijącego się już teraz chłopaka.
       — Kurwa, uśmiechnęłaś się! Widziałem! Uwielbiasz to robić, żmijo jedna!
       — Ty to naprawdę psychol jesteś, wiesz? — Przerwała na moment, obrzucając Canulasa wkurwionym spojrzeniem. — Sam się gapisz z wywieszonym jęzorem, jak mu wbijam szpile a mnie zarzucasz, że niby się rozkoszuję zadawaniem bólu.
       — Ale lubisz, jak ci tak pacjent charczy i błaga o litość? Nie oszukuj!
       — Odtruć go musimy! Skażenie było tak kurewskie, że to cud iż przeżył! Bałwanie! Poza tym on teraz majaczy. Bóg jeden raczy wiedzieć, co mu się tam przedstawia w głowie…
       — Taaa, jasne! Żmije widzi i tyle!
       Tylko sprytny unik sprawił, iż rzucone z impetem pudełko po strzykawkach, ominęła go o kilka centymetrów. Przemytnik zrozumiał, iż żarty się skończyły i, mimo wszystko rżnąc cwaniaka, pogwizdując usatysfakcjonowany ze złośliwego dowalenia wspólniczce, opuścił „gabinet zabiegowy”.

       ***

       Data: sierpień 2145 rok
       Lokalizacja: Jaskinia w zboczu wulkanu Tupangato** Argentyna

       Wyskakując z tunelu czasoprzestrzennego osiedli na szczycie stratowulkanu Tupangato**. Vega, wciąż ledwo żyw, ale już o własnych siłach opuścił statek i w asyście Wielkiej Łuny, udał się do jej „pomieszczenia mieszkalnego” zlokalizowanego w jaskini, w zboczu wulkanu. Kiedy, po chłodnym prysznicu i jako takim ogarnięciu, wszedł do komnaty centralnej z zuchowato zadartym „kogutem” na czubku głowy, wszyscy tam zgromadzeni uznali, iż ostatecznie doszedł on już całkiem do siebie. Wylewnie dziękując za uratowanie tyłka, Vega nie omieszkał jednak zrobić im wyrzutu:
       — Ale wystraszyliście mnie pierońsko! Nie mieliście inszych, ino czorne kombinezony?
       — Nie patrz na mnie, to był jej pomysł. — Przemytnik wskazał głową na Baśkę.
       — A co ja takiego zrobiłam? Kombinezony były konieczne przy takim skażeniu! A to, że ty mnie pomyliłeś z tymi no, tymi….
       — Innymi żmijami… — Canulas uczynnie pośpieszył z pomocą.
       — …Ufoludkami! — Baśka twardo dokończyła zdanie, patrząc wymownie w kierunku przemytnika. — To już nie moja wina.
       — Ooo jasne, że nie twoja. Gdyby nie ty i te twoje pomysły…

       Ale Vega już od kilku chwil ich nie słuchał. Wraz z wejściem do komnaty Wielkiej Łuny, która na tacy wniosła aromatyczną kawę, chłopak miał na myśli i przed oczami tylko jedno; cudnie kołyszące się, pulchniutkie pośladki Strażniczki Przejścia. To one, teraz falująco rozkołysane, bez reszty zawładnęły wyobraźnią tego odurzonego żarliwą miłością, młodego mężczyzny. Wymowne kręcenie głową raz po raz za uwijającą się z tacą Łuną sprawiło, iż tradycyjnie chwacko zadarty „kogut” na czubku głowy Vegi, prężył się teraz i wyginał na wszystkie strony, dodając mu ognistego animuszu. Vega był obłędnie zakochany i wiedział, że w związku z tym, musi działać.



       * Spodek — Hala widowiskowo–sportowa w Katowicach przy Al. Wojciecha Korfantego 35.
       ** Tupungato — Stratowulkan w Andach, na granicy argentyńsko–chilijskiej. Wysokość 5264 m n.p.m. Powstał w plejstocenie.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-20-3-hejterska-petla-czasu-a40978/
www.opowi.pl/tw-20-3-hejterska-petla-czasu-a41164/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.