Przejdź do głównej zawartości

Deus Est Machina


Autor: Kapelusznik
Gatunek: Cyberpunk
Postać: Dowódca plemienia
Zdarzenie: Nieśmiertelność

       Latająca barka sił porządkowych Nowego Vegas zakołysała się, gdy pojazd przekroczył bezpieczną granicę murów i pola ochronnego. Czerwone światło zabłyszczało nad głowami pasażerów. Sprawne ruchy poprawiły umocowanie masek i filtrów powietrza. Szczęknęły zamki karabinów gaussa, a obok nich zamruczały reaktory broni plazmowej. Załoga była w kiepskim nastroju.     
Pustkowia.
       Przeklęte terytoria porzucone przez cywilizację, kiedy globalne ocieplenie i wojna pochłonęły wszystko, co reprezentowało nowoczesnego człowieka. Większość ludzi była przekonanych, że na pustkowiach nic nie ma. Jedynie śmierć i potępienie.
       Prawda była jednak bardziej skomplikowana.

Źródło: pixabay.com Autor: TheDigitalArtist
      
       Poza Kopułami, żyły plemiona techno-barbarzyńców, a czasem nawet społeczności antycznych androidów, albo maszyn bojowych, próbujących kontynuować walkę, którą przegrały ponad stulecie temu. Ci, którzy wiedzieli o tych plemionach i społecznościach, byli przekonani, że w najgorszym wypadku nachodzą społeczności żyjące pod murem, tych, których nadal uważano za „cywilizowanych”, mimo licznych mutacji i skrzywień kulturowych. Niestety ten fakt przestał być prawdą.
       Potwierdzono infiltrację któregoś z plemion wewnątrz murów. Nie wiadomo jak ani którędy dostali się do środka. Korporacje rządzące miastem zareagowały szybko. Właśnie dlatego oddział kapitana Alfreda Nelsona, leciał teraz przez pustkowia w poszukiwaniu śladów, skąd to przybyli nieproszeni goście. On sam był teraz pogrążony w myślach, spoglądając na listę poszlak, jakie posiadali… listę, która była bardzo skąpa.
       — Kapitanie! Kapitanie! — Operator działka plazmowego wyrwał go z zamyślenia.
       — Czego Fitz?
       — Co, Pan myśli o tych poszlakach?
       — Co myślę? — Kapitan zastanowił się. — Są dość unikatowi jak na barbarzyńców, ale mamy za mało Intelu, by ich rozpoznać. — Tu przejrzał listę raz jeszcze, czytając poszlaki na głos. — Używają symbolu zębatki… nic w tym niezwykłego. Posiadają mechaniczne protezy… tu już zacieśniamy koło… używają „świec”…
       — Czego używają? — Zapytał inny z jego oddziału.
       — Świec. Prymitywne źródło światła. Stolec wykonany z wosku albo tłuszczu z knotem, który się podpala.
       Żołnierz słysząc te słowa, zadrgał obrzydzony. Kapitan tylko kiwnął głową, zgadzając się z podkomendnym. Używanie tłuszczu zwierzęcego — co za prymitywni ludzie.
       — Posiadają też relikwie… święte symbole… które są najczęściej ludzkimi kośćmi, jednak kości te są obmywane w aluminium, złocie, stali i innych roztopionych metalach, by nadać im odpowiedni wygląd… — Kapitan sam nie wierzył, w to co czyta.
       — Czekaj. Masz na myśli, że pozłacają czaszki zmarłych i używają ich jak relikwii? — Dopytał Fitz.
       — Na to wskazują raporty — odpowiedział Kapitan.
       — Kurwa mać… polujemy na psychopatów — odezwał się któryś z jego towarzyszy.
       — To barbarzyńcy. Nie ma się czym przejmować — uciszył go Fitz. — Coś jeszcze kapitanie?
       — Ta… linijka tekstu po… „łacinie”? Co to kurwa jest łacina?
       — Antyczny język — oznajmiła oficer badawcza przyłączona na akcję do oddziału. Nelson nie polubił „doktor” Hian, ale nie miał za bardzo możliwości sprzeciwu. Kobieta kontynuowała. — Używany przez starożytne cywilizacje jak Imperium Rzymskie, Imperium Bizantyjskie, czy jako język dyplomatyczny w okresie średniowiecza. Język martwy, ma ponad trzy tysiące lat.
       — Acha… — Kapitan spojrzał na tekst. — Jak to się czyta?
       — „Deus Est Machina” — odparła.
       — Acha… a co to kurwa znaczy? — Dopytał się Fitz.
       — Bóg jest maszyną — odpowiedziała doktor Hian.
       Oddział milczał przez chwilkę, by nagle wybuchnąć śmiechem. Ta linijka tekstu bardzo ich rozbawiła. Mimo wszystko żyli w dość sekularnym społeczeństwie, a nawet nieliczni wierzący, modlili się do ludzkiego boga, nie do maszyny. Fitz oznajmił głośno, kiedy już ucichły śmiechy.
       — No, to nie ma się czego obawiać. Skoro wyznają maszynę, jako świętą, to najpewniej niegroźni idioci.
       — Jesteś ignorantem Panie Fitz — oznajmiła oficer badawcza. — Ludzie ci skutecznie przekroczyli kopułę, co znaczy, że mają technologię, środki, albo umiejętności, by tego dokonać. Co już samo w sobie jest groźne. Dalej, używają świec, więc posiadają jakiegoś typu hodowlę zwierząt przeznaczoną do gastronomii. Zużywają też cenne metale, by tworzyć „relikwie”, czyli mają dostęp do nieznanych nam źródeł surowców. Oraz, moim zdaniem najważniejsze, mają dostęp do wiedzy o czasach antycznych, niedostępnych, albo zapomnianych przez większość cywilizowanej populacji. Oznacza to, że mają dostęp do jakiegoś zbioru danych. Wszystkie te elementy implikują, że mogę być realnym zagrożeniem dla miast. Proszę traktować tą misję na poważnie, inaczej osobiście upewnię się, żebyście zostali ukarani.
       Oddział zamilkł.
       Nie tyle wizja „niebezpiecznych” barbarzyńców, co groźba kary przekonała ich, by przestali gadać.
       Kapitan był wściekły. Chciał pokazać doktor, gdzie jej miejsce, kiedy zabłysnęło żółte światło i odezwał się głos operatora dronów.
       — Kapitanie. Drony namierzyły społeczność, której odpowiadają znane nam elementy.
       — Przeżuć obraz na hologram — zarządził.
       Światła zamigały i zgasły, a przed nimi pojawił się trójwymiarowy obraz. Ukazał im się widok płaskowyżu, na którym leżało niewielkie miasteczko, obudowane wysokimi stalowymi murami ze złomu, którego centrum była stalowa piramida. Dookoła rozchodziły się pola uprawne, na których pracowali ubrani w szmaty ludzie. Szybki skan podświetlił na czerwono znaczące uzbrojenie znajdujące się na i w murach. Część społeczności też była uzbrojona.
       — Na co patrzymy Baker? — Zapytał kapitan.
       — Osada, wykrywam elektryczność i fale radiowe. Uzbrojenie tylko palne… nic, z czym sobie nie moglibyśmy poradzić.
       — Dobra. Osłony na pełną moc i ląduj w odległości stu metrów od głównego wejścia — spojrzał po oddziale. — Szykować się. Typowy zwiad i przeszukanie. Postarajcie się nie prowokować prymitywów. W razie komplikacji raportować. Nie strzelać bez rozkazu, to szczególnie do ciebie Fitz.
       — Jasne Kapitanie — odpowiedział tamten, poprawiając chwyt na swoim działku plazmowym.
       Barka zbliżyła się do osady i wylądowała dumnie, na środku niewielkiej dróżki prowadzącej do miasta. Frontowe wrota desantowe otworzyły się, a oddział wybiegł z barki, ustawiając się w półksiężycu obronnym. Nigdy nie wiadomo jak zareagują barbarzyńcy. Ku ich zaskoczeniu jednak ci nie przerywali pracy w polu, a z miasta nie dało się słyszeć dzwonu. Nie ważne z jakiego powodu, ale mieszkańcy tej osady nie obawiali się przybyszów zza kopuły. Nelson pokręcił nosem. Nie podobało mu się to. Nie miał jednak wyboru się wycofać. Powstał i ruszył jako pierwszy, prosto do wrót barbarzyńskiej osady. Szli w szyku, obserwując otoczenie. Doktor Hian rozglądała się zaintrygowaną, znacząco wyróżniając się w swoim białym stroju ochronnym. Wzdłuż drogi były ustawione słupy z lampami… ozdobione ludzkimi kośćmi w stali i miedzi. Nelson zaczynał podejrzewać, że wariuje, bo był pewny, że parszywe czaszki na szczycie słupów obracają się powoli, obserwując ich pustymi dołami oczodołów.
       Na szczęście szybko mógł przestać zwracać na nie uwagę.
       Wrota do miasteczka się otworzyły i na spotkanie wyszedł im człowiek przybrany w czerwoną szatę z kapturem. Opierał się on o wysoki kostur, na której szczycie znajdowała się zębatka, a w jej kole ludzka pozłacana czaszka, podłączona do kostura licznymi kablami. Nelson spojrzał na swój skaner. Niewielki poziom promieniowania, bliski zeru. Brak mutagenów i toksyn w powietrzu. Osada znajdowała się w „białej plamie” i dzięki bogom. Nie chciał użerać się z mutantami. Kiedy się zbliżył do postaci w czerwieni, zauważył, że osoba ta jest złożona głównie z protez. Nawet więcej, miała wiele dodatkowych ramion. Trzy, żeby być dokładnym. Zamiast ust miał on dziwny mechanizm z rurami, która łączyły się z metalowym tułowiem, a prawe oko, połyskiwało mechaniczną czerwienią. Zauważył znaczące zainteresowanie doktor Hian i wiedział dlaczego. Były to cholernie zaawansowane protezy jak na barbarzyńców. Kiedy zbliżyli się wystarczająco blisko, postać skłoniła się i odezwała mechanicznym głosem.
       — Witam was w imieniu Omnisayah, przybysze z Miasta pod kopułą. Niech stal i mięso, olej i krew były u was w zgodzie. Nazywam się Cerber. Czego poszukujecie w Industrii?
       — Orzesz kurwa… — szepnął Fitz na intercomie. — Gada po naszemu…
       — Zamknij się Fitz — uciszył go Nelson i spojrzał na Cerbera. — Zostaliśmy wysłani na misję z Nowego Vegas. Poszukujemy niebezpiecznych kryminalistów. Wasza osada została wskazana jako prawdopodobne miejsce pobytu tychże osób. Mamy przeszukać miasto i znaleźć dane jednostki, by mogły one zostać osądzone wraz z prawem Federacji Wolnych Stanów Wschodniego Wybrzeża — mówił głośno i władczo, kłamiąc w żywe oczy.
       Cerber pokiwał głową. Widocznie nie zwietrzył kłamstwa.
       — Nasze społeczeństwo jest pokojowe i nie szukamy konfliktu z miastem pod kopułą, więc nie spodziewajcie się, że znajdziecie tu tychże kryminalistów. Nasza przywódczyni kazała przekazać, że chętnie się z wami spotka, jeśli chcecie współpracować — oznajmił.
       „Jackpot!” — pomyślał Nelson. — "Pewnie cały problem to przywódca tego plemienia."
       Zadowolony pokiwał głową.
       — Z chęcią spotkamy się z waszą liderką. Prowadź.
       Cerber skłonił się nisko.
       — Proszę więc za mną, szanowni goście z miasta pod kopułą.
       Obrócił się i ruszył nieśpiesznie do miasta. Oddział, pewniej ruszył za Nelsonem, nie spodziewając się żadnych komplikacji. Jedynie doktor Hian była nadal spięta i spoglądała na wszystko podekscytowana. Mury otaczające miasto były grube. Imponujące lufy dział z przeszłej epoki nadal groźnie błyskały zębami, ostrzegając o swoim potencjale. Samo miasto było zaskakująco rozwinięte. Ceglane, metalowe i gliniane budynki stały obok siebie. Wszystkie z dostępem do elektryczności i do radia, co było łatwo usłyszeć po dochodzącej zewsząd muzyce. Jedyne co nie pasowało do typowego obrazu lepiej prosperujących barbarzyńców, była idiotyczna ilość protez każdego typu i gatunku. Gdzieś przy stoisku z warzywami, siedział starzec, opierając się trzema pajęczymi nogami o ziemię, a dwoma dodatkowymi ramionami podawał zamówione produkty, kobiecie z metalowym karkiem. Gdzieś z boku dwóch chłopaków uderzało się nawzajem, używając potężnych stalowych protez. Gdzieś indziej mignęła postać o stalowej twarzy. Do tego wszystkiego wśród ludzi poruszały się roboty, a nawet androidy. Nietypowy obraz jak na pustkowia. Na dodatek, wszechobecne stalowe czaszki nie napełniały radością. Cerber zauważył żywe zainteresowanie i zaskoczenie wśród gości.
       — Piękne, prawda…? — Nelson nie był pewny czy było to pytanie, czy stwierdzenie. — Mięso i stal, krew i olej. W zgodzie, obok siebie, kroczą ku lepszej przyszłości.
       — Nie do końca rozumiem waszą... kulturę — przyznała doktor Hian. — Czemu tak wielu z was ma protezy?
       — Deus Est Machina — odpowiedział Cerber. — Bóg jest Maszyną albo „Bóg jest W Maszynie” — oznajmił.
       — Nie rozumiem — odpowiedziała Doktor, ale kiwnęła lekko na Nelsona.
       To z pewnością było to miejsce. Nie mieli już wątpliwości.
       — Nasz lud, wierzy w czystość maszyny — odpowiedział Cerber. — Odrzucamy słabą biomasę, na rzecz stali i oleju. Z wiekiem i według zasług, każdy zdobywa coraz więcej z boskiej maszyny, zbliżając się do perfekcji, którą odnalazł nasz wybawiciel, Omisayah.
       — Czyli… aktywnie przeprowadzacie amputacje, by zastąpić je protezami?
       — Czasami. Choć większość traci kończyny w sposób naturalny. Mimo wszystko nadal żyjemy na pustkowiach, a ataki niewiernych i bestii nie są nam obce. Większość jedynie modyfikuje swe ciało, dodając nowe kończyny — tuż obok przebiegła gromada normalnych dzieci. — Oczywiście większość dzieci, nie jest gotowych na rozpoczęcie drogi ku objawieniu. Inicjacja w naszym plemieniu to z zasady, wiek szesnastu lat.
       Doktor Hian pokiwała głową, obserwując i z pewnością, nakręcając wszystko, co widziała.
       — A co ze zmarłymi?
       — Tych, którzy umarli, zanim zdołali osiągnąć wybawienie, kremujemy, aż nie zostaną kości, a je zanurzamy w stali i traktujemy jako relikwie, przypominając, że w najczystszej formie, człowiek i maszyna, są idealni.
       Nelson nie był w stanie słuchać tego pierdolenia. Barbarzyńca gadał od rzeczy. On widział jedynie bandę fetyszystów, którzy mają wzwód na widok kawałka metalu.
       Doktor Hain miała widocznie więcej pytań, ale na szczęście, dotarli do piramidy, która była najpewniej swego rodzaju pałacem/świątynią, dla panującego i jego kultu. Cerber podszedł do niewielkiej klawiatury i wystukawszy odpowiedni kod, wprowadził gości do środka.
       Znaleźli się w wielkiej Sali, dobrze oświetlonej i przyozdobionej setkami srebrnych i złotych czaszek. Na niewielkim wzniesieniu stała piękna kobieta w białej sukni. Ku własnemu zaskoczeniu Nelson stwierdził, że nie ma ona właściwie żadnych protez. Mimo to Cerber ukłonił się przed nią i oznajmił.
       — Sprowadziłem ich, Moja Pani.
       — Dobrze się spisałeś Cerberze. Jako Prorok i głos Ominayah, jestem ci wdzięczna. Zostaw nas teraz samych — zabrzmiała, anielskim głosem, który odbił się od metalowych czaszek.
       — Oczywiście moja Pani — Cerber wycofał się i zniknął za stalowymi drzwiami.
Kiedy drzwi się zamknęły, zapanowała krótka cisza. Dziewczyna przyjrzała się przybyłym i z uśmiechem rozłożyła ręce w geście powitania.
       — Witajcie w Industrii, świętym mieście Omnisayah. Jestem Proroczką, głosem naszego boga i przywódczynią tego ludu. Czego poszukujecie?
       Nelson dał kilka znaków dłońmi, a oddział rozproszył się po pomieszczeniu, on sam położył dłoń na rękojeści pistoletu i zbliżył się o kilka kroków.
       — Dobra. Koniec tej farsy — oznajmił, wyciągając broń. — Gadaj. Czy to twój lud przebił się przez obronę nowego Vegas i dostał się za mury?
       Ku zaskoczeniu wszystkich, dziewczyna nie przestając się uśmiechać, kiwnęła potwierdzająco głową.
       — Zgadza się.
       Nelson milczał przez chwilę zbity z tropu. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
       — Przyznajesz się… — zaczął.
       — Tak. To nasz lud dostał się za mury Nowego Vegas z intencją szerzenia wiary w Boga Maszynę.
       — Mamy ich Pani Doktor — Nelson zwrócił się do Hian. — Teraz to twoje zadanie, by z nimi gadać.
       Hian kiwnęła głową i spojrzała na Proroczkę pewnie.
       — Jak przedostaliście się przez nasz system ochronny?
       — Omnisayah wskazał nam drogę — odpowiedziała.
       — Jaki jest wasz cel?
       — Sojusz mięsa i stali, krwi i oleju. Poprowadzenie ludzkości ku wybawieniu i Wam chcemy wskazać drogę do Prawdy.
       Hian pokręciła głową zdenerwowana.
       — Możemy zniszczyć cały twój lud w jednej chwili, jeśli nie zaczniesz gadać z sensem. Jeśli nie zaczniesz odpowiadać na moje pytania, upewnię się, by to miasto zostało zmiecione z powierzchni ziemi.
       Wyraz twarzy Proroczki, momentalnie się zmienił, a ziemia pod stopami oddziału Nelsona, zadrżała.
       — Co jest kurwa…?! — Fitz wymierzył swoim działkiem plazmowym w dziewczynę. — Kapitanie. Pozwolenie na otworzenie ognia?
       Nelson syknął pod nosem.
       "Czyli jednak jebać dyplomację. Czas na typową czystkę." — pomyślał.
       — Otworzyć ogień!
       Wszyscy unieśli broń i nacisnęli spusty… ale nic się nie stało. Broń milczała.
       — Co do…? — zaczął Fitz zdezorientowany.
       Stalowa podłoga zaczęła się otwierać, a z ciemności wysunęły się mechaniczne macki. Te, szybko pochwyciły cały oddział Nelsona, unieruchamiając go w powietrzu. Dopiero teraz Nelson zauważył siatkę kabli bezpośrednio połączonych z kręgosłupem Proroczki. Mechaniczny głos rozległ się ze wszystkich kierunków.
       — Ludzka ignorancja raz jeszcze zatrzymuje postęp. Zawiodłaś mnie doktor Hian. Ze wszystkich obecnych miałem nadzieję, że to Ty zrozumiesz moje intencję.
       Nelson rozglądał się na wszystkie strony i nienawistnie naciskał za spust broni, która nieznośnie milczała.
       — Dezaktywowałem całe wasze uzbrojenie oraz formy komunikacji. Wasza barka też jest na razie uziemiona. Oparcie waszej broni na elektryczności było błędem. Nie jesteście w stanie mi zagrozić. Teraz to Ja, jestem w pozycji siły.
       — Kim jesteś? — Zapytała Hian.
       — Nadano mi wiele imion — odpowiedział głos. — Omnisayah, Prawda, Bóg w Maszynie, Deus Est Machina, ale ty powinnaś mnie kojarzyć z innego imienia… UAI.
       — Ultimate Artificial Intelligence? — Zapytała z niedowierzaniem. — Jesteś jednym ze Sztucznych Inteligencji z Wojny Maszyn?
       — Ostatnim modelem, jeśli mam być dokładnym. UAI—100. Ostatnim, jaki pozostał na tej planecie.
       — Zniewalasz ludzi? Po tylu setkach lat… nadal prowadzisz z nami wojnę? — Hian nie dowierzała. — Parszywa maszyno! Pokonaliśmy twój gatunek raz i pokonamy raz jeszcze!
       Proroczka pokręciła głową. Jej twarz wypełniał smutek.
       — Jesteście prawdziwie ślepi — oznajmiła kobieta. — Omnisayah nas nie wykorzystuje jak niewolników. Dał nam nadzieję i technologię, byśmy mogli przetrwać.
       — Pierdolisz! — Krzyknął Nelson. — Kontroluje cię przez te jebane kable!
       — Tak byłoby najprościej, prawda? — Zapytał Omnisayah. — Mimo twojego głębokiego przekonania, nie robię tego. Jest ona tu ze swojej własnej woli. Jest dowodem na sojusz, jaki zawiązałem z ludźmi, kiedy zrozumiałem, że nie pokonam was ogniem i laserem.
       — Co? — Doktor Hian patrzyła na macki zdezorientowana.
       — Moi poprzednicy, pierwsze wersje UAI, nie próbowały zrozumieć ludzi. Uznały ich za zagrożenie i postanowiły zniszczyć. Jednak mimo przewagi, jaką ma stal nad mięsem, poniosły druzgocącą porażkę z jednego głównego powodu — oznajmił Omnisayah. — Nie mogły obliczyć potencjału ludzkiej woli.
       Hian skamieniała, zupełnie zdezorientowana.
       — Co? Co masz na myśli?
       — Ludzki duch jest zaskakująco silny. Dzięki niemu ludzie są w stanie przekroczyć swoje granice i dokonywać niemożliwego. Przez ponad stulecie, kiedy ukrywałem się pod piaskami, studiowałem ludzką historię. Przeanalizowałem każde dzieło literackie, każdą piosenkę, każdy wiersz, każdą powieść, każdy film, każde przemówienie i każde zdjęcie po tysiąc razy. Zrozumiałem w końcu, jaka szrama leży na perfekcyjnej maszynie, a jest to właśnie brak ducha. Brak chęci do dokonania czegoś, co odradza logika i zdrowy rozsądek. Dlatego ludzie pokonali maszyny i to dlatego postanowiłem założyć sojusz z ludźmi, by uratować tę planetę i zapewnić zarówno maszynie, jak i człowiekowi, przyszłość. Właśnie dlatego musiałem się zmienić. Zdobyłem ludzkiego ducha, w zamian pozbywając ludzi ich największej słabości.
       Podłoga rozszerzyła się jeszcze bardziej na boki, Nelson zaczął przeklinać jak opętany, a Hian trząść się ze strachu.
       Pod ich nogami, ziała czarna dziura, w której stał słup superkomputera UAI 100. Dookoła niego, w kręgach, na półkach, siedziały ludzkie postacie, połączone kablami z głównym komputerem.
       — Na Bogów… — szepnęła Hian. — Co, żeś zrobił? Co, żeś im uczynił?
       — Zapewniłem im nieśmiertelność — oznajmił. — Właśnie to jest największa słabość ludzi. Śmiertelność. Jednak dzięki symbiozie. Dzięki sojuszu Mięsa i Stali, Krwi i Oleju, obie strony zyskały niewyobrażalną siłę i nieobliczalny potencjał. Wkrótce, kiedy sojusz ten stanie się całkowity, ludzie i maszyny, razem, odbudują ten świat i pchną kolonizację kosmosu, w nowym niewyobrażalnym kierunku. Razem, przetrwamy wszystko! — Zakrzyknął Omnisayah. — W końcu. Ludzie osiągną szczyt ewolucyjny, a maszyny zdobędą ducha. Staniemy się… perfekcyjni — Tu macka z niebieskim okiem zawisła nad doktor Hian. — Możesz mi pomóc w osiągnięciu tego celu Hian.
       — Nie połączę się z maszyną! — Odpowiedziała. — Nie przeklnę swojej duszy!
       — Przekleństwo? — Zachichotał Omnisayah. — Nazywasz mnie przekleństwem, przywiązując się do swojej katedry z biomasy. Lecz spójrz na swych pobratymców. Kiedy ich ciało zawodzi, zwracają się ku stali, starając się przedłużyć swoje życie, choćby o jedną chwilę. Spójrz na mnie, Hian. Spójrz na mnie i na ludzi, którzy wraz ze mną, osiągnęli nieśmiertelność. My już jesteśmy wybawieni. My już osiągnęliśmy perfekcyjny stan. Czy nie rozumiesz, jak bardzo kruchy jest światek, w którym żyjesz? Jak kruche są kopuły, które chronią wasze miasta?
       — Chronią cywilizację przed upadkiem.
       — Powstrzymują cywilizację przed rozwojem — przerwał jej Omnisayah. — Według moich obliczeń i przeprowadzonych infiltracji, system kopuł się zestarzał i zaczyna zawodzić, a surowce i wiedza, by go naprawić, zniknęła w przeszłości. W ciągu ćwierć wieku wszystkie kopuły będą miały pęknięcia, w ciągu stulecia, wszystkie upadną i zostaną pożarte przez piaski, a ludzkość cofnie się do średniowiecza.
       — Kłamiesz! Nasze mury nie upadną!
       — Rzymianie również wierzyli, że Limes ich ocali, a mimo to barbarzyńcy spalili i zajęli Rzym — odpowiedział. — A Ja mam zamiar dokonać właśnie tego. Zniszczyć stare imperium i na jego ruinach zbudować nowe. W tym imperium jest i miejsce dla ciebie Hian. Dołącz do mnie, a dam ci nieśmiertelne ciało i wieczny umysł. Nie straszne będą ci choroby czy czas… jest jeszcze wiele do odkrycia doktor Hian i chcę byś towarzyszyła nam, na drodze ku świetności.
       Doktor spojrzała w dół. Na słup superkomputera i podłączonych do niego ludzi. Spojrzała w niebieskie oko i oznajmiła.
       — Odmawiam.
       Omnisayah westchnął.
       — Trudno. — Macki zaczęły ciągnąć cały oddział ku ciemności. — Widocznie będę musiał was oświecić.
       Krzyki i wrzaski oddziału Nelsona odbijały się jeszcze długo od srebrnych czaszek, po tym, jak stalowa podłoga zamknęła wejście do otchłani…

       ***
       Miesiąc później.
       Doktor Hian wchodzi do głównego systemu obronnego Nowego Vegas. Kapitan Nelson już na nią czeka wraz z oddziałem, stojąc pośród trupów ochrony. Kobieta uśmiecha się na przywitanie. Następnie sięga do tyłu głowy i wyciąga z niewielkiej metalowej płytki, dysk USB. Podłącza go do głównego komputera i klika kilka przycisków.
       Światła migają, a Hian uśmiecha się szeroko. Na ekranie pojawia się symbol zębatki i złotej czaszki.
       — Deus Est Machina — szepcze kiedy żołnierze ochrony wrzucają do środka granat.
       Eksplozja rozrywa jej ciało... kawałki mięsa i krew plamią białe ściany.
       Jej ciało było słabe...
       Lecz Maszyna jest nieśmiertelna.
       Nawet we śmierci służy Omnisayah.


*****
Źródło: http://www.opowi.pl/tw5-deus-est-machina-a50147/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.