Przejdź do głównej zawartości

Czerwony tramwaj


Autor: Justyska
Gatunek: Postapo
Postać: Stary maszynista narkoman
Zdarzenie: Wypadek tramwajowy

       Poranne słońce usiłowało przebić się przez warstwy kurzu, który nocą osiadł na kocu w kolorze zwiędłej pomarańczy. Ciężki oddech śpiącego pod nim chłopca wydawał się napełniać stary kawałek materiału życiem, którego w okolicy już prawie nie było.
       Prawie.
       W sklepie spożywczym „U Maryśki” puls wciąż był dzisiejszy. W ciemnym kącie futerko czyściła mysz i raz po raz spoglądała bystrym okiem na towarzysza, pogrążonego w głębokim śnie. W jej spojrzeniu było jednak coś więcej niż ciekawość, coś więcej niż zwykłe przywiązanie zwierzęcia do człowieka, w tych małych oczkach była troska i coś, jakby czekanie. Czy martwiła się o jego zdrowie? Czy może zwyczajnie o jedzenie, którego zaczynało brakować, w tym malutkim lokalu, który przez ostatnie dni był dla tej dwójki wszystkim.

Fot. Justyska

       Słońce wzeszło już ponad ruiny piaskowych kamienic, gdy suchy kaszel wypełnił swą bezsilnością cichą przestrzeń. Spod koca wyłoniły się niebieskie oczy, oprawione długimi, jasnymi rzęsami i złote, zmierzwione pukle nigdy nieobcinanych włosów. Chłopiec przetarł leniwie oczy i odruchowo zaczął badać przestrzeń wokół siebie. Jego wzrok był rozbiegany, nerwowy, jakby zbliżało się do niego stado jadowitych pająków. Uspokoił się, dopiero gdy ujrzał swoją malutką przyjaciółkę. Wyszedł spod koca, wzniecając tumany kurzu. Podciągnął za długie rękawy bluzy i położył drobną dłoń na ziemi, by myszka mogła wspiąć się na jego ramię.
       Słońce, mimo że schowane gdzieś w chmurze piasku i pyłu, wciąż walczyło o przetrwanie i z całych sił oświetlało tę dwójkę, wlewając w ich spojrzenia drobinki radości. Oboje wiedzieli, że prócz ostatniego słoika wypełnionego pulpetami, nic więcej do jedzenia nie ma. Chłopczyk zawinął więc go starannie w koc i wyszli razem przez rozbitą witrynę wprost w ramiona martwego miasta.
       Szli przed siebie, ramię na ramieniu, zupełnie bez namysłu jak ktoś, kto przemierza po raz setny tę samą drogę i dokładnie wie, ile kroków musi wykonać, by dotrzeć do celu.
       Niestety, oni nie wiedzieli. Sześć nóg, tylko jeden ślad i zero planu. Po paru godzinach, kiedy słońce powoli dawało za wygraną, a pragnienie święciło tryumfy, przed oczami wędrowców wyrósł, jakby spod ziemi, czerwony tramwaj. Oczy chłopca zrobiły się jeszcze większe niż zwykle, a ręka sięgnęła za pasek od spodenek. Właśnie tam znajdował się jego największy i jedyny skarb – tekturowa książeczka, o wdzięcznym tytule „Czerwony tramwaj”. Podekscytowany pokazywał palcem na kolorową okładkę i na prawdziwy tramwaj, chciał podzielić się radością z małą towarzyszką. Śmiał się. Zaskoczony swoją reakcją dotykał twarzy, czytał ją jak niewidomy alfabet braila. I choć nie do końca siebie rozumiał, to już wiedział, gdzie spędzą kolejną noc.
       Kiedy szukali wygodnego kąta we wnętrzu czerwonego wehikułu, na niebie zapanowała ciemność, a blisko ziemi – wiatr, zwiastując kolejną piaskową burzę. Na szczęście szyby nie były porozbijane i zimną, pozorną nieobecnością zapewniły miłe schronienie głodnym przyjaciołom, którzy właśnie szykowali się do kolacji. Chłopczyk otworzył słoik bez trudu. Zapewne przeczuwał, że to zły znak, bo na jego twarzy nie zarysowało się zdziwienie, gdy ujrzał pleśń na powierzchni czerwonego sosu. W jego oczach nie było już śladu po radości z porannego słońca ani po uśmiechu na widok tramwaju i nawet tramwaj na okładce książeczki wydawał się jakiś smutny, a mała myszka zapiszczała przeciągle, wtulając się w kark chłopca. A może wąchała ofiarę? Trudno powiedzieć, jej oczy wypełniało zbyt wiele, jakby wszystko, co złe i dobre, mieściło się w tych dwóch czarnych punktach, wyznaczając granice świata. Świata, który jak na ironię losu, leżał teraz u jej stóp.
       Byli głodni i spragnieni do granic możliwości. Byli słabi. Położyli się razem na jednym z tylnych siedzeń. Śnili sny bez obrazów, jakby wszystko pogrążyło się w ciemności, ich myśli również. Dopiero o świcie coś się zmieniło. Wnętrze tramwaju wypełnił zachrypnięty głos:
       – A ty mały, co tu robisz? Bilet skasowałeś?
       Oboje poderwali głowy do góry, a ich myśli wypełniło zaskoczenie i radość, która od razu, niczym jakaś poczwara, przemieniła się w niepokój.
       Starszy mężczyzna wychylił głowę sponad pierwszych siedzeń, jakby zahaczony tym niepokojem i uśmiechnął się łagodnie, ukazując dwa zęby. Jeden u góry, drugi na dole. Na ten widok chłopiec wyszczerzył swoje i zaczął je dotykać paluszkami, jakby chciał się upewnić, że są na miejscu.
       – Spokojna twoja poczochrana. Mleczaki bywają nie do zdarcia. Co innego moje. – I znów się uśmiechnął szeroko, a jego uśmiech wydawał się zastępować orzeźwiającą wodę i kromkę chleba, a nawet pulpety w sosie. – Podejdź no tu, to pogadamy. Ja stary jestem. Nie wypada, by to stary do młodego podchodził. To co podejdziesz? – Słowa potwierdził jeszcze przywołującym gestem ręki, podejrzewając, że chłopiec może się bać, lub zwyczajnie nie rozumieć. – No chodź. Nie bój się. O tak. Usiądź tu obok. A co ty to masz na ramieniu? Taką zarazę nosisz? Jesteś jeszcze bardzo mały z tego, co widzę i pewnie nie wiesz, że ta mała cholera zrobi sobie z ciebie posiłek, któregoś dnia.
       Spojrzenia mężczyzny i myszy skrzyżowały się, wytwarzając napięcie, które u chłopca wywołało zdziwienie. Zmarszczył brwi i podrapał się po głowie, po czym spojrzał podejrzliwie w szare, uśmiechnięte oczy bogato oprawione siwym brwiami u góry i kaskadą zmarszczek u dołu.
       – A jak ty masz na imię? Powiesz ty mi, czy nie?
       Niestety nie otrzymał odpowiedzi, nie naciskał. Zrozumiał, że spotkał się koniec z początkiem, że świat się zapętlił.
       – Nie masz imienia? To niedobrze. Żyć bez imienia to jedno, ale umrzeć bez niego to już zupełnie inna sprawa. Taka bezimienna śmierć jest trudna do opowiedzenia i niemożliwa do zapamiętania. Ale mam pomysł. Ja dam ci imię. Będziesz się nazywał Antek. Tak, Antek to ładne imię. Znałem kiedyś jednego Antka, też lubił tramwaje, tak jak ty. – Westchnął głęboko i sięgnął do kieszeni po skręta. Zapalił. – Chcesz? No tak pewnie nie wiesz, co to. Nic takiego. Lekarstwo na jaskrę. Używam go od lat, kilka razy dziennie i dlatego wciąż dobrze widzę.
       Kiedy dym rozpoczął swoją leniwą wędrówkę w głąb tramwaju, chłopiec zaczął kaszleć. Najpierw delikatnie, jakby ze wszystkich sił, chciał ten kaszel jakoś zatrzymać, ale w końcu przydusił go do ziemi. Zaznaczył się krwią na podłodze.
       – Mały co ty? To przez skręta? Dobra kolego, spokojnie. Rzucam to dla ciebie. Wolę, być ślepy. Tylko nie kaszl już. Spokojnie.
       Podniósł chłopca z ziemi i ułożył na siedzeniu. Był leciutki i kruchy, co rozczuliło starego mężczyznę. Całe dobro z jego oczu jednak odeszło w zapomnienie, gdy spostrzegł mysz tkwiącą nosem w kropelkach krwi, niczym afrykańskie zwierzę przy wodopoju.
       – A idź ty cholero w cholerę! Po co ci ta łachudra? – I już zamachnął się otwartą ręką na mysz, gdy jego wzrok przykuł czerwony obrazek. – O! A co to? Książeczka o tramwaju? A to ci dopiero… Przeczytamy? Pewnie nikt ci nigdy nie czytał, co? Całe szczęście leczę jaskrę już od wielu, wielu lat to dobrze widzę. Posłuchaj...

       Czerwony tramwaj toczy się przez miasto,
       Jest w nim dużo ludzi i jest ciasno.
       Pasażerowie śpiewają razem wesoło,
       Gdyby tylko mogli, to kręciliby się w koło.

       Czerwony tramwaj toczy się przez miasto,
       Jest w nim dużo ludzi i jest ciasno.
       Motorniczy zapomniał o rozkładzie…

       Nagle przerwał czytanie. Głos mu zadrżał, a oczy wypełniły wspomnienia. – Wiesz, byłem kiedyś maszynistą. Jeździłem pociągami po całym kraju. Byłem chyba wszędzie, gdzie tory były. Gdzie tory tam i ja. – Patrzył przed siebie, głaszcząc chłopca po głowie, która teraz spoczywała na jego kolanach. Patrzył, choć szyba pokryta warstwą piasku przysłaniała wszystko. A może zobaczył więcej, niż widziałby przez czyste okno? W jego oczach znajdowała się przeszłość, imiona ludzi, których znał, niebieskie niebo i wszystkie emocje, jakich doświadczył, a które teraz włożył w to głaskanie chłopca i tylko na mysz spoglądał podejrzliwie. – Wiesz co? Może uruchomimy tę machinę? Chcesz się przejechać prawdziwym tramwajem?
       Na te słowa Antek, bo tak teraz miał na imię, usiadł i spojrzał z nutką entuzjazmu w oczach na nowego towarzysza. Nie wiadomo, czy zrozumiał jego słowa, czy zareagował na rozweselony ton głosu. Czy chciał jechać? Na pewno.
       – Zaraz zobaczymy. – Mężczyzna przesiadł się na miejsce kierowcy. Włączył wycieraczki, aby odgarnąć cały brud z przedniej szyby. Uruchomił silnik. – To co? Jedziemy?
       Na widok poruszających się wycieraczek chłopiec aż podskoczył. I nawet myszka wydawała się ożywiona i szybkim ruchem wskoczyła na ramię chłopca, wtulając się w jego ciepły kark.
       Radość trwała niestety krótko, gdy tylko tramwaj przetoczył się przez pierwsze kilka metrów, silnik przestał działać. Czerwony wehikuł mimo to kontynuował jazdę, jakby stęsknione za ruchem koła, nie chciały przepuścić, być może ostatniej szansy, na ruch. Powoli toczyły się po torach w dół z małego wzniesienia, rozganiając pył. Chłopiec wspiął się na kolana motorniczego. Dotykał jego twarzy. Dotykał swojej, jakby porównywał wszystkie wzniesienia i zagłębienia. Kiedy spojrzał przez szybę dostrzegł, że na torach w oddali znajduje się inny, przewrócony tramwaj. Koła nabierały pędu, w oczach Antka rósł niepokój, przeradzający się w strach. Chłopiec mocno wtulił się w mężczyznę.
       – Spokojnie Antek. Nie rozbijemy się. Ten tramwaj to jak wehikuł czasu. Zamknij oczy. Przed tobą rozciąga się teraz zielony park, nad którym wysokie góry objęły władanie. Ich szczyty są pokryte śniegiem. Widzisz? Wiesz co to śnieg? Coś jak piasek, tylko biały i zimny. To może przeczytam ci książkę do końca? Co? Chcesz?

       Czerwony tramwaj toczy się przez miasto,
       Jest w nim dużo ludzi i jest ciasno.
       Motorniczy zapomniał o rozkładzie,
       Rozśpiewany tramwaj wylądował w sadzie.

       Czerwony tramwaj toczył się przez miasto,
       Było w nim dużo ludzi i było ciasno.
       Ptaszki teraz siedzą na dachu, śpiewając wesoło.
       Ludzie wyszli na zewnątrz i tańczą w koło…

       Po chwili szczątki murów miasta wypełnił huk, spowodowany ostatnim wypadkiem na linii zero jeden, gdzie spotkał się koniec z początkiem. Z tumanów kurzu wybiegła jedynie przestraszona mysz, zostawiając krwawe ślady na piasku.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw02-czerwony-tramwaj-a49097/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.