Przejdź do głównej zawartości

Cicha noc


Autor: Ritha
Gatunek: Dramat, thriller, retrospekcja
Postać: Żydówka
Zdarzenie: Nie możemy płakać

***

       Śniło mi się morze, wiesz?
       Biegłam plażą, miałam rozwiane włosy.
       Miałam włosy.
       Wciąż je miałam.
       Słyszysz mnie?
       Hej…
       Słyszysz?!

       Było wielkie, ogromne, nieograniczone, błękitne, mieniące się w słońcu, piasek gorący…
       Ciii… nie możemy płakać. Postaraj się być cicho, dobrze?


Źródło: pixabay.com Autor: Free-Photos

       Gdzieś pomiędzy jawą a snem świadomość wdziera się do głowy niczym błądząca po ciele dłoń. Wdziera się w jednym kierunku, do punktu, w którym budzisz się ze snu wprost w środku koszmaru. Osobowość skryta pod szarą sukienką, uczesanymi w koński ogon włosami, twarzą bez wyrazu. Szarość spojrzeń. Gdy ktoś słyszy wyrok w postaci nieuleczalnej choroby, bądź dowiaduje się o śmierci osoby bliskiej, wszystko w nim krzyczy, pytając czemu właśnie on. Dlaczego to on? Dlaczego to ja?! Dlaczego nie oni?! Ktoś inny, ktoś obok! Dlaczego… Dlaczego, dlaczego, dlaczego, dla…

       Najbardziej się bałam, że wezmą mnie do jakiegoś eksperymentu. Starałam się być niewidoczna, niezauważalna, nie sprawiać problemów, nie wychylać się. Tak jakby mnie tam nie było. Cholernie chciałam, żeby mnie tam nie było. Ale byłam. Byłam, rozumiesz to? Wewnątrz, w środku śmiertelnej stagnacji, z wyrokiem śmierci dla siebie, dla bliskich. Jakich bliskich? Nie, nie mogę! Zatrzymajmy się na chwilę.

       Morze śni mi się co noc. I te włosy. Rześki wiatr omiata policzki i pojedyncze kosmyki muskają cerę – opaloną, promienną. Są tacy ludzie, prawda? Gdzieś są, nawet teraz, nawet w takich czasach, gdzieś muszą być. Są miejsca, gdzie można poczuć ten stan. Wiesz, on jest taki dla mnie nieosiągalny. Taki nierzeczywisty. Nierealny. Mój Boże… w momencie, kiedy pragnienia nie skupiają się na dążeniu do szczęścia, ale na tym, by po prostu przeżyć, to jest już naprawdę źle. Tak myślę. Myślę, że jest już najgorzej.

       Powiedziałeś mi wtedy, że najgorzej jest, kiedy nie chcesz już żyć, ale ja myślę, że to podobne uczucia, symetryczne, lustrzane, przeciwne i jednakowe zarazem. Gdy nie chcesz żyć, a musisz i kiedy chcesz, a nie możesz. Nie wolno ci, bo masz za długi nos. Mogą obciąć ci nos, ale zaczną od włosów. Nigdy nie zapomnę tamtej nocy, a chcę bardzo. Usilnie próbuję odrzucić myśli, skupić się na plusach, na tym, że wciąż trwam. Powiedzieli, że jeśli zacznę płakać, to sprawią, że nie przestanę. Byli słowni, wiesz? Byli cholernie słowni. Jeden mnie rżnął, drugi wyciągnął nóż. Poczekał, aż ten pierwszy skończy. Potem obcięli mi włosy tępym nożem. To było gdzieś na rogu ulic, nie, nieważne, chcę zapomnieć, jakie to były ulice. Wokół ciemno, mrok, niepotrzebnie wychodziłam. Byliśmy głodni, wszyscy – dzieci, matka, ja. Ojca już dawno wzięli, uniknęłam dwóch łapanek, uciekłam z jednej w ostatniej chwili, a oni mi to zrobili pomimo tego. Najbardziej boli, że to byli Polacy. I wtedy przestałam być niewidoczna. Nadal szara sukienka, ale kilka kępek wystających z łysej czaszki rzucało się w oczy. Pomyślałam, że obetnę je całkiem, nie widziałam, co zrobić. Jezu, nie wiedziałam co zrobić, matka miała kapelusz, taki z lat dwudziestych. On też rzucał się w oczy. Powtarzała, że nie mogę płakać. Kiedy to powiedziała, uderzyłam ją w twarz. Usłyszałam ich, te słowa wciąż rezonowały gdzieś w głębi. Nie potrafię już płakać i tak. Potem, tam, znosiłam więcej, być może właśnie przez ten wstęp. Wstęp do piekła. I ciągle bałam się tych eksperymentów. Wszędzie huczało od plotek. Wszędzie unosiła się cuchnąca śmierć. Wiesz, jaki to zapach? Specyficzny. Niepowtarzalny. Nie czułam nigdy takiego zapachu. Kał, mocz, owszem. Niemyte długo ciała również – cuchną jak zasikane szmaty, szczurze odchody, zepsute mięso. Ale ona, śmierć, pachnie inaczej. Znowu śniło mi się morze. Ktoś siedział na brzegu i je pił. Podeszłam bliżej, zaniepokojona, choć być może bardziej, hm, zaciekawiona. Dotknęłam pleców tej osoby, odwróciła się i wiesz, z przodu… też miała włosy. Postanowiłam się obudzić. Chciałam to kontrolować, trzymać rękę na pulsie, zbudzić się i wyśnić to jeszcze raz, jakoś tak lepiej, inaczej. Znów dotknęłam pleców człowieka na brzegu, odwrócił się i zobaczyłam, jak płacze. Spostrzegłam strugi łez, które napełniają morze, a on zanurza w nim złożone dłonie, nabiera wody, pije i mówi, że musi wypić, że tak trzeba, bo wypłakał je sam i teraz musi, musi, musi! Kucnęłam, mówiąc, że wcale nie. Że jesteśmy w szczęśliwym śnie, w szczęśliwym miejscu i nic nie musi, a jedynie może. Może wszystko! Potrafi się uśmiechać! Niech spróbuje, przy mnie, teraz, tu! Są ludzie, którzy już tego nie potrafią. Jak ja, gdy się obudzę. A wtedy postać złapała mnie za włosy, za moje włosy… i szarpnęła mocno, bardzo mocno, z całych sił, wydzierając wszystkie naraz. Poczułam tylko ból i krew – brunatny, lepki strumień zalewający moją twarz i piekący ból. I dźwięk, własny, przejmujący wrzask.

       Najgorsze było to, że on zepsuł mój sen. Jedyne szczęśliwe miejsce, jedyny azyl, jedyny… wiesz.

       Czytałeś mi Noc nad Birkenau, pamiętasz, H… nie! Interpretowałeś Kolędę zła, ale ja chciałam Pożegnanie z Marią, wciąż i wciąż, i w kółko, pytałeś, czy to noc poezji, muzeów, krematoriów, a ja, że to cicha noc. Cisza jest najgorsza, słyszę w niej rezonans krzyku. Mówiłeś, że najstraszniejsze uczucie, to brak osoby, której ciało leży tuż obok nas. A może zdrada? Tęsknota? Miłość? Może ona jest najgorsza, może boli tylko przez to i tylko dlatego. Wciąż uciekaliśmy od pustki. Od pustki, w pustkę, pośród niej. Potem zamarzył mi się kulig, skrzypienie śniegu pod butami, placki na sodzie, piec u babci. Znów się rozpłakałam. Zacząłeś pierwsze wersy Śmierć we mnie rośnie, taka miniaturka, mała jak ja i ty, nieistotna i zapełniona bólem… jak my. Znów zaczęłam, że myśli i słowa to małe niezmaterializowane atomy i że puste domy trzeba wypełnić radością. Powiedziałeś, że bredzę. Lubię bredzić, wiesz? Lubię, kiedy jestem czymś, co można poddać analizie, przypiąć definicji, określić. To już ten stan, gdy wszystko ponad „nic” jest „czymś”. Białe, zimne kafelki, tyle pamiętam, resztę wyparłam. Urzeczywistniony strach, najmocniejsze są ponoć lęk i pragnienie. Nie radość, nie gniew. Strach i pragnienie przyciągają wszystko, na szali twoje życie, moja śmierć. Najbardziej bałam się tego, że ziści się to, czego bałam się najbardziej. Jak spotęgowany lęk, złe miejsce, jeszcze gorszy czas. Pragnienie nie ustało nigdy, zasnęło dopiero, gdy w krzyku odeszłam ja.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/cicha-noc-a51453/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.