Przejdź do głównej zawartości

W pogoni za życiem


Autor: Marzyciel
Gatunek: Opowiadanie przygodowe/drogi
Postać: Chirurg
Zdarzenie: Pościg za życiem

        "W świecie, w którym śmierć jest myśliwym, nie ma czasu na żale czy wątpliwości. Czasu wystarcza tylko na decyzje". Carlos Castaneda

        Trochę przeholowałem z ostatnim kursem. Kółka odrapanego wózka skrzypiały pod naporem ciężaru, ale ostatecznie wytrzymały. Znalazłem warsztat samochodowy ukryty w podwórku za spalonym domem, dzięki czemu jeszcze nie padł łupem szabrowników. Odkręciłem nakrętkę i wypiłem wodę do końca, później cisnąłem butelkę do pojemnika na śmieci. Uderzyła o krawędź i potoczyła się po trawie. Zły znak, gdybym był przesądny.
        Ale nie byłem.

Autor: Free-Photos Źródło: pixabay.com

       
       Przez chwilę przyglądałem się najcenniejszej zdobyczy. Wielkie blaszane beczki po oleju napędowym wypełniały wnętrze białego busa aż po sufit. Potem zdjąłem leżące na wózku książki i odłożyłem na ziemię. Resztę ładunku, czyli kupę żelastwa, część po części wrzuciłem na pakę, po czym trzasnąłem klapą bagażnika wysłużonego dostawczaka.
        Wsiadłem za kierownicę. Wyciągnąłem kanapkę ze schowka. Suchy chleb i zapach nieświeżej ryby, utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie jestem głodny, więc skręciłem papierosa i przejrzałem książki. Pomiędzy kryminały zaplątał się pamiętnik. Na niektórych stronach widniały wypalcowane plamy smaru. Właściciel musiał być ciekawym człowiekiem, taki mechanik-literat. Siedział, naprawiał, czytał i pisał.
        Aż zniknął.
        Przekręciłem kluczyk, rozrusznik rzęził z wysiłkiem, ale silnik zaskoczył z charakterystycznym dieslowskim klekotem.
        Delikatny wiatr rozpędził poranne chmury, pozostawiając na horyzoncie ledwie kilka postrzępionych smug. Otworzyłem okno, by stęchły zapach szoferki zastąpić majowym powietrzem. Wszędzie wokół gryzł w oczy agresywny odcień zieleni, budzącej się do życia przyrody. Świat zarastał chwastami. W drogach dziura na dziurze, jeszcze trochę i staną się całkowicie nieprzejezdne, tak jak trasa na zachód od osady, gdzie ostatnie zimowe roztopy zmyły całe połacie asfaltu. Matka natura wydzierała swoje terytoria z powrotem i nie było nikogo, kto by się przeciwstawił.
        Z zamyślenia wyrwał mnie wstrząs. Minąłem biało-czerwony szlaban. Tory już dawno zarosły trawą, ale zwolniłem, żeby nie uszkodzić zawieszenia. Gdy samochód przetaczał się przez szyny, części na pace załomotały, a przy zmianie biegu rozległ się głośny zgrzyt, nieznośne tarcie metalu o metal i samochód stanął.
        Ścisnąłem kierownicę. – Kurwa!
        Znałem się na mechanice, miałem niezbędne narzędzia, ale poważna awaria wykluczała naprawę przed zmrokiem. Mimo to uniosłem maskę, niestety nie znalazłem nic podejrzanego, więc wczołgałem się pod samochód, gdzie namierzyłem usterkę. Byłem w dupie. Odjechałem zbyt blisko od domu, kompletnie nieprzygotowany na spędzenie nocy w terenie, a jednocześnie za daleko, by zdążyć piechotą przed nocą.
        Odetchnąłem głęboko.
        Nie tracąc czasu spakowałem do plecaka kilka potrzebnych rzeczy. Mocno zasznurowałem buty. Popatrzyłem ze smutkiem na książki, po czym wziąłem sztucer i ruszyłem przed siebie.
        Wyciągnąłem magazynek i sprawdziłem mechanizm spustowy. Ulubiona strzelba Sauera miała kilka zadrapań na kolbie, ale stan nie budził zastrzeżeń, a co najważniejsze, była sprawdzona w boju. Włożyłem magazynek, przełożyłem bezpiecznik i przewiesiłem broń przez plecy. Od „Dnia Ataku" zdziczałe zwierzęta panoszyły się pozbawione naturalnego przeciwnika. W pobliżu osady wytępiliśmy praktycznie wszystkie, ale tak daleko od domu musiałem pamiętać, że tylko broń stawiała mnie na szczycie łańcucha pokarmowego.
        I była pomocna tylko za dnia.
        Rozłożyłem mapę, żeby wytyczyć trasę. Chwilę męczyłem się z wielką płachtą na wietrze. Okolice znałem praktycznie na pamięć, ale nie było czasu na błędy. Do zachodu słońca zostało ledwie kilka godzin. Pierwszym pomysłem był powrót drogą, którą przyjechałem, ponieważ to najkrótsza trasa. Dodatkowo po drodze miałem stawy, ale wiedziałem, że nie znajdę tam nic, co pozwoli mi przetrwać noc na wodzie. Ostatecznie zdecydowałem się nadłożyć drogi, żeby wieczorem wylądować nad jeziorem.
        Woda to życie. Ważna nauka, która zapewniła mi przetrwanie.
        „Pamiętam „Dzień Ataku", jakby zdarzył się wczoraj. Może miałem więcej szczęścia niż inni, a może nie? Świętowaliśmy z przyjaciółmi nad jeziorem. Panował wieczorny gwar. Pamiętam głośną muzykę, zapach dymu i piwa. Pamiętam wypity alkohol i gorące usta Agaty. Później płomień na niebie, eksplozje, wybuch paniki. Pamiętam błagania, krzyki i jęki. Po raz pierwszy ujrzałem zjawy. Eteryczne istoty o trupio zielonej skórze. Po dotknięciu przez widmo ludzie wyparowywali jak kropla wody upuszczona na rozżarzone żelazo. Uciekłem do wody. Chciałem płynąć bez końca, plusk fal wszystko zagłuszał. Dygocząc z zimna dotrwałem do świtu. Już wiedziałem, że upiory nie potrafią przekroczyć linii brzegu".
        Temperatura zaczęła spadać, a błękitne niebo przybrało barwę lawendy, gdy zgodnie z planem minąłem zniszczony znak z nazwą miejscowości. Kiedyś przeczesywałem ten kwadrat, ale szybko odpuściłem, ponieważ większą część wioski strawił pożar, który szalał tu niedługo po „Dniu Ataku", a ocalałe domki wypoczynkowe nie kryły nic pożytecznego.
        Skierowałem się nad wodę. Zarośniętą ścieżką dotarłem na plażę. Linia brzegowa obrosła chwastami, krzaki walczyły o dostęp do słońca i tylko wierzby leniwie moczyły gałęzie w wodzie. W końcu znalazłem łódź. Zupełnie jakby na mnie czekała. Zwykła, drewniana, jaką posiada każdy wielbiciel wędkarstwa mieszkający nad wodą. Była w dobrym stanie, brakowało korka spustowego, co stanowiło pewien problem, jednak większym zmartwieniem był nieobecny właściciel. Rozejrzałem się po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś tropu, ale wczorajszy ulewny deszcz skutecznie zatarł wszelkie ślady.
        Pozostało znaleźć uszczelkę. Na poszukiwania wybrałem mały, parterowy budynek z czerwonej cegły, zwieńczony płaskim dachem. Miał powybijane szyby, mimo to w środku śmierdziało stęchlizną. Do tego jakiś wariat pomalował wszystkie ściany farbą w sprayu, ale to nie był zwykły akt wandalizmu. Litery przyozdobione w kreski, kropki, zawijasy, czasem nie przypominały tych znanych z alfabetu, w dodatku układały się w nic nieznaczące słowa. Ktoś włożył w to dużo pracy, traktując wnętrze niczym gigantyczny brudnopis, jakby postawił sobie za punkt honoru wymyślenie nowego języka. W rogu leżał zawilgocony materac, na nim brudny koc i odchody gryzoni. Na pierwszy rzut oka od dawna nikogo tutaj nie było, ale ostatnie promienie słońca zdradziły pewien sekret. Oprócz moich były także inne ślady. Odciski podeszwy zdarły cienką warstewkę kurzu. Urywały się w rogu, jakby ktoś wszedł, przystanął i wpatrywał się w stolik. Podszedłem. Na blacie leżała sfatygowana biblia, obok stała starodawna lampa naftowa. Na podłodze widniała wielka, brązowa plama zaschniętej krwi wżartej w deski.
        Zdjąłem strzelbę i odbezpieczyłem. Może ciągle kręcił się w pobliżu? Łódź z pewnością należała do niego. Pozostało zaledwie kilka minut do zachodu słońca. Zdecydowałem się zabrać łódź, a żeby uspokoić sumienie, postanowiłem przez noc pozostać w pobliżu brzegu.
        Ostatnie promienie słońca zabarwiły niebo czerwienią. Właśnie wychodziłem, gdy na wprost zobaczyłem demona.
        Zjawa przybrała formę przeraźliwie chudej kobiety. Szara, półprzezroczysta postać emanowała zieloną poświatą. Przez chwilę patrzyła na mnie, pokrytymi bielmem oczami, później błyskawicznie ruszyła. Odruchowo cofnąłem się, świat zawirował, upadłem i uderzyłem głową o posadzkę.
        Nastała ciemność.
        Ocknąłem się, gdy na zewnątrz wciąż było ciemno. Pulsujący ból rozsadzał mi czaszkę. Z tyłu głowy wymacałem posklejane krwią włosy i wielkiego guza. Nagle oprzytomniałem, przypominając sobie co zaszło. Spojrzałem na wejście. W drzwiach stała zjawa. Nieruchomo. Unosiła się kilka centymetrów nad ziemią i wpatrywała się we mnie martwymi oczami. Powiało chłodem. Ściśnięty żołądek podszedł mi niemal do gardła. Nie mogłem się poruszyć. Zjawa powoli przesunęła się i zniknęła za ścianą. Wtedy usłyszałem dźwięk, jakby młotkiem uderzyć w kamień, potem następny i kolejny. Widmo opukiwało ściany, zupełnie jak dzięcioł w poszukiwaniu ofiary. Później pojawiła się w oknie, skierowała w moją stronę trupio bladą twarz, patrzyła przez kilka minut, po czym ruszyła dalej. I dalej. Od nowa. Wydawało się, że krąży przez całą wieczność. Leżałem skulony w kłębek, aż w końcu wyczerpany do cna, straciłem przytomność.
        Rano obudziła mnie mucha. Wredny owad nie dość, że bzyczał nad uchem, to dodatkowo obrał sobie za cel środek mojego nosa. Później poczułem swąd palonego tytoniu. Momentalnie otrzeźwiałem, ale nie poruszyłem się. Powoli uchyliłem oko. Na materacu siedział mężczyzna, około pięćdziesięcioletni, ubrany w brudną zieloną kurtkę. Palił papierosa, wpatrując się we własne zabłocone buty. W dawnych czasach niechybnie wziąłbym go za menela, chociaż nie miał czerwonej twarzy pijaka, ale długie siwe włosy i zaniedbana broda, świadczyły o tym, że rzadko przejmował się higieną. Moja strzelba leżała w zasięgu ręki, zapewne tam gdzie ją upuściłem zeszłej nocy. Spojrzałem raz jeszcze. Facet patrzył na mnie. Miał jasne, niebieskie, otoczone pajęczyną zmarszczek oczy.
        – Ciężka noc, co? – spytał. Powoli podniósł z koca paczkę papierosów i skierował w moją stronę.
        – Daj mi chwilę – odparłem. Byłem sztywny, zmęczony i odrętwiały. Rozejrzałem się, plecak leżał obok, później zauważyłem niewielką plamę krwi na podłodze i skrzywiłem się, gdy na głowie wymacałem guza.
        – Do wesela się zagoi – powiedział, wstał i podał mi papierosa. – Masz już niedaleko do domu.
        – Skąd wiesz, że mam jakiś dom? Może jestem samotnym wilkiem?
        – Samotnym wilkiem powiadasz? – Pogładził się po brodzie. – Znam kilka osób dbających o zarost, ale żadna z nich nie mieszka z dala od ludzi.
        – To ciągle niewiele mówi – odparłem.
        – W pobliżu jest tylko jedna osada. – Machnął ręką, dając mi do zrozumienia, że właściwie już go to nie obchodzi.
        Zaciekawił mnie. Z wypowiedzi jasno wynikało, że wiedział o innych. Od „Dnia Ataku", moje myśli pochłaniała walka o przetrwanie. Później zbudowaliśmy osadę na wodzie i skupiliśmy się na zapewnieniu jej bezpieczeństwa. Tak samo robili ci, którzy przeżyli. Z czasem dowiedzieliśmy się o innych. Nawiązaliśmy kontakty, ale wszystkie enklawy o których wiedzieliśmy, były zbyt daleko, by narażać się na niepotrzebne ryzyko, tym bardziej że nasza niewielka społeczność całkiem nieźle sobie radziła.
        – Wczoraj widziałem zjawę – powiedziałem.
        – Przychodzą co noc. – Wzruszył ramionami. – Znalazłem cię tak rano.
        – Dlaczego mnie nie zabiła?
        Starzec przez chwilę patrzył, jakby zdumiony moim pytaniem nie wiedział co odpowiedzieć, po czym omiótł pomieszczenie niedbałym ruchem ręki. – Symbole cię ochroniły. Są równie skuteczne jak woda – powiedział.
        – Nie rozumiem.
        – Masz jakieś imię? – spytał.
        – Tomasz, ale mówią na mnie Łapa.
        – Z powodu tatuaży? – Spojrzał na rękę, gdzie miałem wytatuowany rękaw, przedstawiający kilka postaci z popkultury.
        – Pamiątka ze starego świata – odparłem.
        – Stary świat... – powiedział. Ledwie dostrzegalnie zacisnął wąskie usta. – Jestem Mateusz. Zapraszam cię na śniadanie.
        Pozbierałem rzeczy z powrotem do plecaka. Zabrałem strzelbę i przewiesiłem przez ramię. Mateusz szedł przede mną, powoli, zgarbiony, wyglądał jak zmęczony życiem człowiek, taki, który już nie przyjmuje rzeczy w kategoriach nagrody i kary, ale tylko kary. Przeszliśmy może sto metrów. Już z daleka zobaczyłem wznoszącą się nad budynkami strużkę dymu. Siwa kreska przecinała niebo niczym strzała. Wydobywała się z okrągłego pieca zbudowanego z klinkierowej cegły.
        – Kiedyś dawali tu dobre jedzenie. – Mateusz wskazał na zamknięty budynek baru.
        Podszedł do pieca i zajrzał do środka. Na metalowej kratce leżały pakunki zawinięte w folie aluminiowa. Ich kształt nie pozostawiał wątpliwości.
        – Złowiłem dziś rano – powiedział. – Wtedy też cię znalazłem, ale nie chciałem budzić. – Mateusz sięgnął do swojego plecaka, wyciągnął czerstwy bochenek chleba. Obficie polał go wodą i zawinął w folię aluminiową, po czym ostrożnie umieścił w piecu.
        – Od dawna jesteś w okolicy? – spytałem.
        – Od pewnego czasu. Muszę pozamykać stare sprawy.
        Mateusz zajął się uzupełnianiem drewna w palenisku, a ja oczyszczeniem rany na głowie. Polewałem wodą, aż zakrzepła krew z grubsza zeszła. Na szczęście niewielkie rozcięcie nie wymagało szycia, bo skąd do cholery wziąć chirurga w wyludnionym świecie? W osadzie leczeniem zajmował się Masa. Znerwicowany chudzielec z wykształceniem ratownika medycznego, któremu wolałbym nie powierzać własnej skóry, ponieważ ręce trzęsły mu się tak bardzo, że szycie zawsze pozostawiało paskudne blizny.
        Gdy skończyłem, ryba i chleb już parowały na omszałym blacie piknikowego stołu. Smakowało świetnie, ale nie jadłem od kilkunastu godzin, więc pożarłbym nawet kanapkę ze schowka. Dopiero w trakcie posiłku dostrzegłem, że lewej dłoni Mateusza brakowało kilku palców. Został tylko kciuk i najmniejszy. Po chwili dostrzegł spojrzenie wbite w okaleczoną dłoń.
        – Pamiątka ze starego świata. – Skinął głową, wskazując na rękę. Znów zacisnął usta, ale za chwilę pojawił się na nich ledwie dostrzegalny uśmiech. – Chyba miałem szczęście... a może nie? Byłem tutaj, gdy zaczęło się to szaleństwo – powiedział. – Upragnione wakacje. Wybuchła panika, ktoś mnie zepchnął i dłoń dostała się pomiędzy burtę i pomost. Stal i drewno kontra miękka tkanka. Niewiele zostało.
        – Rozumiem, nie było nikogo kto przyszyłby ucięte palce? – odparłem.
        – Palce obciąłem sobie sam. Były zmiażdżone, a takie rany się nie goją. Jestem... – Nieobecny wzrok Mateusza wskazywał, że odpłynął gdzieś w czeluści pamięci. – W starym świecie byłem lekarzem. Chirurgiem. Nawet na wakacje nie ruszałem się bez narzędzi. Miałem środki przeciwbólowe. Przeczekałem do świtu. Zrobiłem to tam. – Mateusz wskazał na budynek broniący wstępu do ośrodka wypoczynkowego, ten sam, w którym spędziłem noc.
        – Dlaczego demon mnie nie zaatakował? – spytałem.
        – Mówiłem. Symbole potrafią je zatrzymać.
        – Nigdy o tym nie słyszałem.
        – Właściwie o czym słyszałeś przez ostatnie kilka lat? Żeby przed zmrokiem wracać do domu? Że żywność jest najważniejsza? Że musimy dbać o swoich ludzi?
        – Bezpieczeństwo jest ważne – odparłem.
        – Rurkowce na dnie oceanu są bezpieczne. Tylko co z tego mają? Poza tym wyimaginowane bezpieczeństwo zawali się prędzej niż później. – Mateusz machnął dłonią. – Jak myślisz, ilu ludzi przeżyło?
        – W „Dniu Ataku" było nas niespełna osiem miliardów. Biorąc pod uwagę co wiem o ocalonych. Pewnie kilkanaście milionów osób.
        – Raczej kilkadziesiąt. – Mateusz pokręcił głową. – To strasznie dużo ludzi, nie uważasz? Nie chciałeś ich szukać? Może wiedzą jak pokonać najeźdźcę?
        – Osada na jeziorze liczy setkę osób i przyjmiemy każdego, kto nie boi się ciężkiej pracy. Robimy co możemy. – Odpaliłem papierosa. – Powiedziałeś najeźdźcy. Wiesz czym są te demony?
        – Zjawy to coś w rodzaju forpoczty, zanim pojawią się właściciele tej planety. – Wskazał palcem na niebo. – Oni zawsze tam byli.
        Kiedyś niechybnie uznałbym go za wariata, ale zważywszy na to, co się stało w ciągu ostatnich kilku lat, niemożliwe przestało istnieć.
        – Część prominentnych polityków w starym świecie na pewno wiedziała, ale postanowili nie respektować umowy, w której nie byli stroną. – powiedział Mateusz. – Postanowili nie informować ludzi. Zresztą co mieli powiedzieć? Drodzy obywatele okazało się, że planeta nie należy do nas i będziemy musieli się wynieść do piętnastego. Niestety nie mamy zapasowej planety. Dziękujemy i przepraszamy za utrudnienia.
        – Czekaj, czekaj. Chcesz powiedzieć, że będzie kolejna faza podboju? Trzeba powiedzieć wszystkim.
        – Chcesz to im powiedz, ja nie mam zamiaru odbierać nadziei. Ludzie ledwo zaczęli się podnosić, miałbym pójść i powiedzieć, że niedługo będzie po ptakach, a oni niewiele mogą zrobić?
        – A więc sprawa jest przegrana?
        – Sprawa jest przegrana, dopiero gdy umrze jej ostatni obrońca. A z tym. – Znów spojrzał w niebo. – To trochę skomplikowane.
        – Dlaczego mi to mówisz?
        – Większość ludzi, jeśli przetrwa spotkanie oko w oko z demonem, później miesiącami tępo wpatruje się w dal. Ty doszedłeś do siebie błyskawicznie, jakby nic się nie stało, co oznacza, że jesteś człowiekiem jakiego poszukuje.
        – Lata zagrożenia zmieniają człowieka – odparłem. – W pościgu za życiem doszedłem do wniosku, że możesz uczynić się silnym albo słabym. W obu przypadkach wysiłek będzie ten sam.
        – Pościg za życiem. Tak. Przypomina Paradoks Czerwonej Królowej. Żeby utrzymać się w miejscu, musisz biec ile sił. Jesteś gotowy, pobiec jeszcze szybciej?
        – Co masz na myśli?
        – Chciałbym żebyś ze mną poszedł.
        – Chyba nie uważasz, że zostawię swoje życie i ruszę na pewną śmierć, z człowiekiem którego poznałem dziś rano?
        – Właśnie tak uważam. – Mateusz pokiwał głową. Pogrzebał w plecaku i wyciągnął brulion. – Kiedyś pisałem pamiętnik, znajdziesz tu wszystko co wiem, myślę że gdy przeczytasz, zrozumiesz. – Podał mi zeszyt ze zniszczoną okładką, po czym wskazał gestem, żebym go nie otwierał. – Zatrzymaj. Teraz czas na ciebie.
        Doprowadził mnie do asfaltu, gdzie kazał poczekać i zniknął za odrapaną budą z lodami. Chwilę później wyprowadził motor. Biało-pomarańczowy Cross KTM-a. Maszyna idealna do przemierzania bezdroży.
        – Prezent dla ciebie, chociaż szczerze mówiąc, traktuję to w kategoriach inwestycji. Przez trzy dni począwszy od jutra, będę tutaj o tej porze. Jeśli nie wrócisz odejdę, a ty będziesz mógł dalej budować swoje bezpieczeństwo.
        Uruchomiłem motocykl kopniakiem. Wsiadłem. Podkręciłem gaz, silnik wszedł na obroty i wydał z siebie charakterystyczny, głośny, przeciągły dźwięk. – Zastanowię się – obiecałem. Wrzuciłem bieg. Spod opony strzelił żwir. Odjechałem, pozostawiając za sobą smużkę kurzu powoli opadającego na ulicę.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw5-w-pogoni-za-zyciem-a50423/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.