Przejdź do głównej zawartości

Upadek


Autor: Basileus
Gatunek Przypowieść/zdarzenie historyczne/elementy gore
Postać: Zapłakany Kat
Zdarzenie: Draka w cyrku
………………………………………………………………………...
         Od autora:
         Uprzedzam, że postać i zdarzenie zostały zawarte, ale w sposób mocno metaforyczny (szczególnie zdarzenie).
         Podpiąłem to pod przypowieść, ale wiem, że do końca definicji tego gatunku nie spełnia. Mimo wszystko, jestem przekonany, że ze względu na czytelne przesłanie, można to tak zakwalifikować.
         Trochę objaśnień/ tłumaczeń znajduje się pod tekstem.
         Opis zdarzeń, mimo że czasami bardzo metaforyczny, zgodny jest z historycznym przebiegiem oblężenia TEGO miasta (którego? Proszę przeczytać i się domyślić).
………………………………………………………………………..

         Ciepłe strugi powietrza otulają błękit majowego nieba. Zmierzwione, szarpane niewidzialnymi opuszkami, szepczą melodyjnie, przepowiadając przyszłość. Na ich falach, jak po wzburzonym oceanie, unoszą się rozpostarte skrzydła. Każde z szaleńczo tańczących piórek, walczy o przetrwanie. Pod naporem kolejne poddaje się i wyrwane spośród innych, osamotnione, bezradne, wiruje w drodze ku przeznaczeniu. Wydobywający się z trzewi pogłos świstem pędzący w dal, próbując dogonić dryfującego rozbitka, zamiera. Źrenice przekazują obraz kotłującej się masy czarnych punktów, w środku których mały strzęp białego puchu, spada coraz niżej i niżej. Cały świat powoli obraca się wokół tej drobiny, podczas gdy rozmazane tło pęcznieje. Rozrasta się, uwypuklając coraz to bardziej zawiłe kontury. To, co jeszcze niedawno było ledwie drgającą plamką, teraz zamienia się w ciało. To, co przed chwilą było płaską mozaiką, teraz wystrzeliwuje w górę, nabierając masy w swych fasadach. Chaotyczna, nieskoordynowana przyziemna kakofonia odpycha puszek z powrotem, lecz ten uparcie brnie w dół. Wreszcie, znajdując kawałek wolnej powierzchni, opada na klejące podłoże.

Źródło: pixels.com Autor: Flo Maderebner

         Trzeszczą tarcze, świszczą strzały. Krzyki żołnierzy zagłuszane są tylko cyklicznymi rykami bombard oraz uderzeniami kul o dogorywający mur. W heroicznej walce żadna broń nie próżnuje. W ostateczności, w ślepej żądzy zabijania, nie szczędzi się nawet zębów. Byle tylko pozbawić życia, byle tylko stłamsić wolę, zmusić do poddania. Spocona, zwarta chmara. Jęki rannych, którzy upadając, tratowani są na równi przez przyjaciół i wrogów. Wijąc się między nogami jak larwy, nie zwracają niczyjej uwagi. Ziemia lepka od krwi, od fekaliów, od rozdeptanych flaków przybrała rudawy kolor. Cała ta mieszanka razem z wystawionymi na pełne słońce zwałami zwłok wydziela słodko- mdławy zapach. Żołnierze chcą wierzyć, że tak właśnie pachnie upragnione zwycięstwo, nadchodząca nieśmiertelna chwała. Wszystkich, zarówno żywych i umarłych, obsiada natrętne robactwo. Ciosy, opadające na głowy miecze, odcinane kończyny. Wszechobecna jucha opryskuje twarze. Jednych pozbawia ducha, drugich wykrzywia w obrzydzeniu, gdy jeszcze innych zamienia w berserkerów oblizujących wargi i rzucających się ze zdwojoną siłą w wir walki.
         — Istiszhad!
         — Gia ti Rómi!
         Kolejne cegiełki wkomponowują się w trupi szaniec, rosnąc coraz wyżej. Zmuszają do wspięcia się na szczyt, Tam! Właśnie tam, wszystko się rozstrzyga. Ich Olimp! Ich ziemia obiecana!
         Szyki się luzują. Łopotanie na wpół zwiniętego żagla, spowalnia czas.

         Wędruję do najdalszych zakątków historii.
         Przygarnięty przez Wilczycę, ufny jak dziecko, wzrastam, połykając kolejne plemiona.      
         W gwałtownej burzy, żegnając bliźniaczego brata, udaję się na wschodnie rubieże.
         Rozrywany tysiącami rozgrzanych dusz. Wtapiam się w każdą z nich, szukając swego miejsca.
         Wszystkie drogi prowadzą tu, do mojego miasta.
         Stolica stu władców i jednego boga. Jam ostatnim ziarenkiem przesypującym się w klepsydrze. Smukła mojra już tylko czeka, by ją obrócić i rozpocząć nowy cykl. Ale krnąbrnie próbuję zatrzymać bieg zdarzeń.
         — Konstantynie… Basileusie… — słyszę jej czułe nawoływania.
         Chce bym się pogodził, bym nie trwał w oporze. Nie potrafię. Ciążące na głowie brzemię wtłacza mi pod czaszkę poczucie powinności. Miasto i ja stanowimy jedność. Żadne nie może istnieć bez drugiego. Splątani więzami wspólnego losu, przetrawmy lub upadniemy razem.
         — Synu! — tym razem głos matki. Nawet z zaświatów jej serbska natura nie znosi sprzeciwu. — Zrzuć niepotrzebny balast, byś idąc śladem przodków, nie zaznał wstydu.
         Niewidzialną ręką odpina z mych ramion insygnia, odrywa płaszcz i zrzuca rzeźbiony napierśnik. Teraz jestem zupełnie nagi. Osłonić się mogę tylko własną odwagą.
         W samą porę! Ciżbowe morze po raz kolejny wlewa się przez wyrwę w murze, niosąc kecze z białej pilśni.
         Dmij wietrze, wrzej toni! Mamli umierać, umrę z mieczem w dłoni!

         Napierają raz, drugi, trzeci. Obrona trwa, natchniona przez dyrygującą ze zrujnowanego szańca sylwetkę. Dla nich, w swej symbolice, przypomina sztandar, pod którym mogą się jednoczyć. Słynny Genueńczyk wydaje z wysokości kolejne dyspozycje. Nieugiętą wolą zasiewa w sercach janczarów i baszybuzuków kiełkujące wątpliwości. Szmer narastającej nadziei przetacza się wzdłuż fortyfikacji, by zaraz potem zamienić się w świst śmierci. Świst, który biegnąc za zbłąkaną armatnią kulą, wraz z nią strąca ostatnie złudzenia.

         — Giustiniani, zostań! Zaklinam cię na boga!
         — Zabierzcie mnie stąd! Zabierzcie! — krzyczy w trwodze do swych ludzi, nie zważając na cesarską obecność. — Do przystani, do łodzi!
         — Przyjacielu! Jeszcze mamy szansę, lecz twoja ucieczka wszystko zaprzepaści.
         — Miasto stracone, miasto stracone! Ratuj się kto może!
         Jego nagła przemiana za sprawą paskudnie krwawiącego przez palce ramienia, udziela się dalszym szeregom. Wiele napełnionych trwogą oczu zwraca się w ich stronę, wodząc za rannym , który w asyście ich genueńskich sojuszników opuszcza pospiesznie plac boju.
         — Zdrajco! Niech ci bóg wybaczy, bo ja nie mogę!
         Powstałe zamieszanie otwiera bramy miasta. Linie przełamane. Grecy i Wenecjanie odparci od murów, tracą swe przyczółki i cofając się między zabudowania, walczą już tylko o najbliższe minuty. Rozdzwonione wieże świątyń ogłaszają nadchodzący gwałt i rabunek. Mieszkańcy miasta wydarci przez nie ze swych domostw, pospiesznie gromadzą się przy porcie, licząc na ostatnie odbijające w nieładzie statki. Inni, szukając pomocy w bogu, zamknęli się w kościołach lub dołączyli do kordonu wokół obelisku Teodozjusza, gdzie wedle legendy Archanioł Michał ma zstąpić z nieba w chwili ostatecznej dla miasta próby i obronić je przed niewiernymi. Tego dnia nic takiego jednak nie nastąpi. Czarny obelisk już wkrótce stanie się nagrobkiem dla setek zarżniętych jak bydło mieszkańców. Wnętrza świątyń, zamiast podniosłymi modłami, wypełnią się scenami wyrwanymi wprost z poematu Dantego.
         Opór tli się wciąż w nielicznych miejscach. Jednym z ostatnich jest brama św. Romana. Właśnie tutaj cesarz postanowił zostawić swe epitafium. Maczając ostrze w kałamarzu ottomańskich gardeł, wypisuje kolejne jego litery. Po trzykroć osuwa się na ziemię, aż zakreślając ostatni znak, poddaje się, pozwalając, by zakryła go przytłaczająca fala przemijającej epoki.
         Wrzawa oddala się w głąb miasta. Przez bramę, otoczony świtą, wjeżdża jeździec na wspaniałym białym wierzchowcu.
         — Qayser-i Rûm! Qayser-i Rûm! Qayser-i Rûm! — rozlega się radośnie wokół niego.
         Jeździec nie zważając na to, przerażony jest ogromem widzianych potworności i gorzko płacze nad losem wrogów, których sam skazał na zgubę.
         ...

         Mojra, przysuwając klepsydrę do twarzy, lekko nią kołysze, obserwując przesuwające się wewnątrz ziarenka piasku. Z lekkim uśmiechem, pstryka palcem w jedną ze szklanych baniek, obracając w ten sposób całością. Pierwsze kwarcowe okruchy zsuwają się po ściance ciągnąc za sobą następne.
         …

         Nierozpoznany leżał na wznak wśród swych poddanych. Przez martwe spojrzenie, ulotnił się ostatni strzępek duszy. Uniesiony wiatrem , wzniósł się ku górze. Spoczywające w tle ciało malało coraz bardziej i bardziej, aż przeistoczyło się w niepozorną plamkę. Otaczające je gmachy były już tylko niewyraźnymi liniami wyrysowanymi na płaskiej kartce.
         — Qayser-i Rûm! Qayser-i Rûm! Qayser-i Rûm!
         Powtarzające się okrzyki wybiły go daleko pośród chmury. Uchwycony delikatnie w szpony, powędrował w nieznane. Odgłos orła rozbrzmiał w nieskończoności.

             ….....................……………………………………………………………………………………...
         „Dmij wietrze, wrzej toni! Mamli umierać, umrę z mieczem w dłoni!” - Makbet, W. Shakespeare

         Berserker – według podań historycznych był nieznającym strachu wojownikiem nordyckim.
         Istiszhad – oznacza religijny akt wiary, w którym wierny stara się zabić tak wielu ludzi uważanych za wrogów, jak tylko może, za cenę własnego życia
         Gia ti Rómi – gr. „ za Rzym”
         Qayser-i Rûm – tur.” cesarz Rzymu”
         Basileus – termin pochodzący z j. greckiego, którym określano cesarzy bizantyjskich
         Kecz – charakterystyczne wysokie czapki janczarów lub typ żaglowca
         Mojra – w mitologii greckiej bogini losu


*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-04-upadek-a49723/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.