Przejdź do głównej zawartości

Trzy drzewa


Autor: pkropka
Gatunek: Baśń
Postać: Samotna matka w spalonym domu
Zdarzenie: Wycinka puszczy

       Słońce dopiero rozpoczęło swoją codzienną wędrówkę po nieboskłonie, kiedy ciszę mglistego poranka przecięły dźwięki nadchodzących intruzów. Symfonia ta sprawiła, że zadrżeli. Myśleli, że będą bezpieczni w miejscu, do którego docierali tylko nieliczni. Zapuścili tu korzenie dawno temu, oglądając niezliczone ilości wschodów i zachodów słońca. Przeżyli zarówno susze, jak i gwałtowne nawałnice. Teraz jednak niemo obserwowali, jak ich bracia padali, przy akompaniamencie nawoływań i trzasku łamanych gałęzi. Wiedzieli, że to tylko kwestia czasu, kiedy nadejdzie ich kolej.

Źródło: pixabay.com Autor: Free-Photos
       ***

       Jawor zawsze lubił pobliską puszczę. Jeszcze będąc dzieckiem przewędrował całą, przywitał się z każdym drzewem i każdym krzakiem, czym zapracował na swój przydomek. Czasem w wyprawach towarzyszył mu drobny cień, w postaci córki sąsiadów. Na początku denerwowało go, że ciągnie się za nim, ale szybko docenił towarzystwo. Tym bardziej, że dziewczyna była zaradna i nie stanowiła kłopotu. Nazwał ją Cyprys, po tym jak usłyszał od przejezdnego kupca o smukłych, wiecznie zielonych drzewach, rosnących w dalekich krajach. Dorośli i została jego żoną.

       Mieszkali skromnie, na obrzeżu lasu. Dom znaleźli przypadkiem, kiedy w trakcie spaceru natknęli się na drewnianą chatkę, która przycupnęła przy brzegu jeziora. Była zniszczona i od dawna opuszczona, więc zaopiekowali się nią i wyremontowali, za podkład używając miłości. Niedługo potem na świat przyszło ich pierwsze dziecko – wielkooka, pogodna, zawsze ciekawa świata dziewczynka. Żartobliwie przezywali ją Sadzonka.

       Wraz z pojawieniem się małej, Jawor podjął pracę przy wycince drzew. Serce mu krwawiło, kiedy rąbał grube pnie, ale chciał zapewnić swojej rodzinie życie wolne od głodu. Codziennie z ciężkim sercem ruszał do pracy. Czasem miał wrażenie, że kiedy wędrował wraz z grupą drwali, niosąc piły i siekiery, drzewa bardziej szumiały, niż kiedy spacerował dla przyjemności. Mógłby przysiąc, że zdają sobie sprawę, jaki los je czeka i drżą ze strachu. Po pracy wracał do domu, gdzie czekało małe szczęście i to trochę większe. Oba tak samo ważne i oba niezawodnie poprawiające nastrój.

       ***

       Mieli go za przyjaciela, a tymczasem przyszedł wraz z nieznanymi ludźmi i powoli, lecz systematycznie, przesuwał granicę bytu. W miejscach, gdzie rosły stare, piękne drzewa, zostawały mizerne pieńki. Nie było litości, nie było możliwości obrony. Tylko bierne trwanie w oczekiwaniu na nieuchronne. Jednak czasem słońce wychwytywało łzę, czającą się w kąciku oka.

       ***

       Pewnego letniego dnia, zmęczeni wycinką i upałem, postanowili się zrelaksować, zjeść coś ciepłego i pożartować. Wybrali polanę, zebrali chrust pozostały po poprzednich dniach pracy i rozpalili ognisko. Ogień buchał wysoko, rozsypując wokoło drobne iskierki. Wiatr niósł zapach dymu i pieczonego mięsa, oraz wesołe śmiechy. Tylko Jawor siedział zamyślony, obserwując skraj lasu. Drzewa wyglądały posępnie, skąpane w półmroku zapadającego zmierzchu.

       ***

       Stos usypany z pozostałości po ich braciach trawił ogień. Rozświetlone twarze mężczyzn zgromadzonych wokół były roześmiane, tylko ich znajomy patrzył smutno w kierunku strażników polany. Zupełnie, jakby przepraszał za to, co robią. Wtem jedna z iskier przeskoczyła na wysuszoną trawę i ożyła pełną mocą. Wystarczyło kilka chwil, żeby ogień się rozprzestrzenił. Las wypełniły krzyki i pośpieszny tupot stóp. Jednak nie na tyle szybki, żeby udało im się uratować. Płomienie dotarły na skraj polany i zaczęły lizać drzewa. Po chwili wrzawa nabrała na intensywności, wsparta jęczeniem pękających i walących się pni.

       ***

       Cyprys dostrzegła ogień z daleka. Jawor nie wrócił o zwykłej porze, czekała więc na ganku wraz z Sadzonką, która bawiła się lalką, wystruganą przez tatę. Spokój wieczora zakłóciły niecodzienne odgłosy, dochodzące z puszczy, a dym zdradził ich pochodzenie. Wzięła małą na ręce i pobiegła, ile sił. Nie potykała się o korzenie, gałęzie nie smagały jej po twarzy, ani nie łapały za sukienkę. Zupełnie, jakby las otwierał przed nią drogę do bezpieczeństwa.

       Udało im się dotrzeć do wioski bez najmniejszego zadrapania. Niepokój skręcał wnętrzności Cyprys, stalową ręką ściskał gardło. Stała, wciąż z dzieckiem na rękach, a wokół krzątali się ludzie, zabezpieczając domy przed ewentualnym nadejściem pożaru. W tym samym czasie, nad głowami zbierały się czarne chmury. Zbawienny deszcz zaczął padać, uspokajając głowy i serca.

       Poranek nadszedł, mimo że świat się skończył. Sadzonka przeczuwała, że stało się coś złego, obserwując niespokojną mamę, która całą noc nie zmrużyła oka. Żaden z drwali nie wrócił do domu. Grupa mężczyzn wyruszyła na poszukiwania, podczas gdy rodziny zebrały się przy drodze, w oczekiwaniu na wieści. Zaległa gęsta cisza, skamieniałe twarze, skierowane w stronę puszczy, spodziewały się najgorszego.

       Słowa były zbędne. Wystarczył widok posłańców, niosących złe wieści. Smutne twarze, przygarbione sylwetki, wzrok wbity w ziemię. Popłynęły pierwsze łzy i Sadzonka złapała mamę za rękę. Ludzie rozstępowali się, kiedy powoli szły w kierunku domu. Tylko ojciec Cyprys przytulił ją i wyszeptał „nic nie zostało z waszego domu. Tak mi przykro, dziecinko”. Nie zatrzymywał jej jednak i kobieta zniknęła za drzewami.

       Dom spalił się doszczętnie. Zostały po nim tylko poczerniałe deski i szczęśliwe wspomnienia. Cyprys klęknęła tam, gdzie jeszcze niedawno znajdował się ganek. Przytuliła Sadzonkę, zbierając całą siłę, jaka jej pozostała. Długo tłumaczyła córeczce, że tatuś już nie wróci. Potem jeszcze dłużej trwały w bezruchu, skrapiając spalone drewno łzami. Złote promienie słońca głaskały je po głowach, a ocalałe drzewa uspokajająco szumiały, przeżywając zarówno ich żałobę, jak i swoją.

       ***

       Następnego dnia kilka osób poszło do spalonego domu, zaoferować pomoc w powrocie do życia. Kiedy dotarli na miejsce, zaskoczył ich widok trzech młodych drzewek, wyrastających na zgliszczach. Dwa rozpoznali od razu, były to klon i sosna. Trzecie jednak było zagadką, smukłe, jasnozielone, z gałązkami zwróconymi do góry i igiełkami, które nie kłują. Nazwali je pieszczotliwie cyprysik.

       Cyprys, ani jej córeczka, nigdy nie wróciły do wioski. Lecz jej tata często chadzał nad jezioro i przesiadywał w cieniu trzech drzew, które pięknie wyrosły.


*****

Źródło: http://www.opowi.pl/trzy-drzewa-a49719/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.