Przejdź do głównej zawartości

Szczeniak


Autor: jesień2018
Gatunek: Opowiadanie drogi
Postać: Święty Antoni
Zdarzenie: Zamiana ciał

        Anna zamknęła drzwi za córką i spojrzała na zegarek. Miała dwie godziny. Przez pierwszą może płakać, w czasie drugiej doprowadzi się do porządku. Na taki luksus rzadko było ją stać, szczególnie teraz, kiedy po miesięcznej przerwie wróciła do pracy.
        Zosia zabrała pieska, za chwilę spotka się z przyjaciółką, wróci dopiero na obiad. Był maj, świeciło słońce, szczeniak był u nich od dwóch tygodni, a córka zaczynała się znowu uśmiechać. Pieska przynieśli któregoś dnia rodzice Anny, bez uprzedzenia, bez pytania o zgodę. Był niewielki i kudłaty, rasy nieznanej. Już trochę odchowany, ale nadal wymagał tego wszystkiego, czego wymagają szczeniaki: wychowania, czułości, zabawy, spacerów. "Zajmie się psem, to szybciej się pozbiera" — takie były ich dokładne słowa. Miała ochotę wrzeszczeć do utraty tchu, że chyba zdurnieli, kundel nie zastąpi dziecku ojca, co oni mają w głowach, chciała wyrzucić ich z domu razem z tym idiotycznym prezentem i nie wpuścić nigdy więcej, jednak jedno spojrzenie na córkę tulącą zwierzę, wystarczyło, by zamknęła wrzask w pudełku i schowała tam, gdzie dziewięciolatka nie sięgnie.

Fot. Jan Kuźnik

       Trzeba jednak przyznać, że i ona polubiła szczeniaka. Jego entuzjazm spowodowany ich powrotami, a także widokiem windy, chodnika, krzaków, patyka, przywracał ją rzeczywistości. Był piękny, radosny i nie miał pojęcia, że wszystko można stracić ot tak, z dnia na dzień.
        Podeszła do odtwarzacza i puściła płytę Cohena, głośno, na wypadek gdyby płacz przeobraził się w głośne wycie, co niekiedy się zdarzało. Sąsiedzi nie musieli tego słyszeć, choć oczywiście wszyscy ze współczuciem kiwali jej głową i dyskretnie szeptali, gdy przechodziła.

        but now it's come to distances and both of us must try
        your eyes are soft with sorrow
        Hey, that's no way to say goodbye

        To nie może być pożegnanie, to nie czas na pożegnanie, dwanaście lat małżeństwa to dla niej za mało. Mieli ciągnąć ten wózek razem, razem patrzeć, jak Zosia rośnie i dojrzewa. Tylko im wolno było narzekać na nią i śmiać się z niej, bo tylko oni kochali ją bezgranicznie i bez żadnych warunków.

        but let's not talk of love or chains and things we can't untie
        your eyes are soft with sorrow
        Hey, that's no way to say goodbye

        A teraz była sama, SAMA. Najchętniej schowałaby się pod kołdrą, tak jak wtedy, gdy miała grypę, a mąż wziął wolne i wszystkim się zajął: córką, zakupami, życiem. Leżała więc, trochę posypiała, śniła, piła herbatę z cytryną. Ktoś inny czuwał, jej zadaniem był tylko powrót do zdrowia. Teraz czuła się o wiele gorzej niż wtedy, lecz nie mogła zrobić sobie przerwy. Mąż nie zajmie się już niczym, bo to przecież wszystko przez niego. Przez to, że umarł.
        Dzwonek do drzwi. Zastygła. Niemożliwe. Przecież nie otworzy, nie w tym stanie, cała zasmarkana i spuchnięta. Dzwonek jednak powtarzał się natarczywie, więc szybko wydmuchała nos, przykryła go podkładem i ruszyła do drzwi. To Zosia. Bez przyjaciółki i bez psa. Zaryczana. Ścisnęło się jej serce, nie była gotowa na kolejne dramaty, a jednak:
        — Cedryk… — łkanie — Cedryk… — znowu łkanie.
        — Co się stało? — Wciągnęła ją do mieszkania, zamknęła drzwi, kucnęła przy niej.
        Płacz, łkanie. Jeśli szczeniak wpadł pod samochód… jeśli zagryzł go jakiś pies…
        — On ucieeeekł!
        Zalała ją fala ulgi. Uciekł. Jest nadzieja.
        — Gdzie uciekł? Jak to się stało?
        — Nie wiem… — zanosiła się płaczem. — Rozmawiałam z Amelką… tam, obok piekarni… on biegał po trawie… i nagle… nagle go nie było…
        Spokojnie, myślała, choć w głowie wybuchł już pożar, ból rozlał się po koniuszki palców, nie mogę się denerwować, nie mogę krzyczeć.
        — Spuściłaś go ze smyczy? — odezwała się, kiedy poczuła, że już panuje nad głosem.
        — Taaak… był grzeczny… grzeczny… słuchał się… — mała szlochała bez opanowania, jej było wolno — nie wiem… co… co… się… stało…
        W porządku, nie czas na wykłady, nie czas na nerwy, trzeba działać, działanie wyciągnie ją z tych ciemności, w które się znowu zapadała. Bluza, buty.
        — Pójdziemy go poszukać.
        — Z… znajdzie się? — mała spojrzała na nią oczami pełnymi łez i nadziei. "Powiedz, że wszystko będzie dobrze", błagały te oczy, "powiedz, że znajdziesz pieska. Zabierz mój strach i uratuj mnie". Po to była mama. Żeby mieć siłę. Żeby uratować dziecko.
        Wzięła głęboki oddech:
        — Tak. Wszystko będzie dobrze. Chodźmy.
        Zaczęły od piekarni. Anna miała nadzieję, że szczeniak nadal błąka się gdzieś w okolicy.
        — Cedryk, Cedryk! — wołała Zosia.— Piesku, to my, gdzie jesteś?! — Rozglądały się, każda sekunda była szansą, że futrzak pojawi się, szczekając i skacząc. I każda sekunda była rozczarowaniem, że tak się nie stało. Zaczęła się modlić, tak jak modlił się jej mąż, naśladując swoją babcię. Był roztargniony, ciągle coś gubił, jego rozmowy ze świętym Antonim były na porządku dziennym.
        Święty Antoni, prosiła, pozwól nam znaleźć tego pieska… Czy ktoś ją słyszy? Ty wiesz, jak nam trudno… musisz wiedzieć, prawda? Tam, gdzie jesteś, chyba nas widzicie. Proszę… czuła że nie potrafi wykrzesać z siebie przekonania do tej modlitwy, lecz czy ktoś ją wysłucha, jeśli będzie prosiła bez wiary? Pomagałeś mężowi znaleźć różne głupoty… jeśli tam jesteś, proszę, pomóż nam znaleźć szczeniaka. Nie mam siły na kolejny dramat… Błagam. Nie dla siebie, dla mojej córeczki. Zawahała się. Nieprawda. Dla siebie też.
        Poszły dalej, w kierunku parku miejskiego. Dzień był ciepły, więc wielu ludzi wyszło na spacer, dzieci biegały, nastolatki jeździły na rolkach, młodzi rodzice spacerowali z wózkami. One były osobne, niepasujące, zatopione w swojej żałobie i swoim niepokoju.
        — Przepraszam, szukacie kogoś?
        Pojawiła się przed nimi jedna z takich par, z wózkiem, z maleństwem, na początku swojej miłości i wspólnego świata. Szczęście wypełniało ich tak bardzo, że chętnie się nim dzielili.
        — Tak… szczeniaka… Kudłaty, biało—brązowy, z niebieską obróżką… Uciekł córce…
        Młoda mama spojrzała na zapłakaną Zosię, potem na męża.
        — Taki śmieszny, z długimi uszami? — zapytała.
        — I sięgał mamie do kolan! To on, tak? Był tutaj? — Zosia już gotowa była biec w dowolnym kierunku wskazanym przez kobietę.
        — Wydaje mi się, że poszedł w stronę centrum, tak ze dwadzieścia minut temu — włączył się mężczyzna. — Myśleliśmy, że ktoś go wypuścił na spacer… Dlatego nie próbowaliśmy go złapać, ani nic…
        Akurat. Nie obchodził was obcy kundel. Dlatego go nie złapaliście. Nie uratowaliście mojego dziecka, bo choć ratunek był w zasięgu waszych możliwości. Pieprzcie się.
        — No nic, dziękuję na pomoc. Chodź, Zosiu.
        Pospiesznie ruszyły dalej. Święty Antoni, widzisz nas? Jesteśmy tutaj, nadal szukamy, pomóż nam, nie zostawiaj… Obiecuję, że jeśli znajdziemy tego zwierzaka, nie będę się już skarżyć, na nic…
        — Mamo. Mamo!
        Na twarzy małej malowały się lęk i zażenowanie. Czy Anna modliła się na głos? Rozumiała ten lęk. Co by było, gdyby teraz zwariowała? Kto odbudowywałby ich świat? Kto zadbałby o codzienność, której potrzebowało dziecko?
        — Modliłam się. Do świętego Antoniego. Tak jak tata, kiedy czegoś szukał — wymusiła blady uśmiech.
        — Tata to robił na żarty — zaprotestowała córka.
        — Wcale nie.
        Spojrzała na małą, nadal skurczoną twarz.
        — Nie do końca. Naprawdę wierzył, że święty Antoni mu pomoże.
        — Ty też w to wierzysz?
        — Ja… Mam nadzieję.
        — Zapytam tę dziewczynę!
        Podbiegła do osiemnastolatki, która z uśmiechem pisała coś w swoim telefonie. Pewnie się z kimś umawia, pomyślała Anna. Z chłopakiem albo przyjaciółkami. Patrzyła, jak dziewczyna rozmawia z Zosią i kręci głową. Ach, gdyby tak zamienić się z nią ciałem. To Anna stałaby tutaj w oczekiwaniu na coś miłego, co na pewno się dziś zdarzy. Wolna. Odpowiedzialna tylko za siebie. I wszystko by ją czekało, mogłaby wybierać elementy przyszłości jak ciastka. Ale znowu musiałaby szukać siebie, przeżywać żal za dzieciństwem, które mogło być lepsze, znosić rozłąki, łatać złamane przez jakiegoś matoła serce, zatruwać się alkoholem, bo inni to robili…
        Spojrzała na córkę. I nie miałabym ciebie, pomyślała. A co to za życie bez ciebie. Podeszła do niej, wzięła za rękę. Dziewięć lat. Już niedługo mi nie pozwoli. Ciepła, mała, ufna dłoń. Znajdą szczeniaka. Nagle poczuła, że to się uda. Musi się udać.


Fot. Jan Kuźnik
     
       Za parkiem na chodniku siedział żebrak. Zawsze tu siedział i zawsze był mniej lub bardziej podpity. Jeśli szczeniak przechodził tędy, on na pewno go widział. Podeszły do niego, nadal trzymając się za ręce. Opisały Cedryka, czekały na odpowiedź.
        — A złotówką panie poratują? — Przyglądał się im, chłodno kalkulując, ile może wyciągnąć. Dobrze ubrane, zadbane. To będzie jego dzień. Mina mu zrzedła, kiedy zobaczył w dłoni kobiety dwa złote. — Co ty, szefowo, z pięćdziesiąt by się przydało przynamniej, co ja za dwa złote kupię? Jedno najtańsze piwo.
        — A co pan kupi za pięćdziesiąt?
        — Małe przyjemności. — Dostrzegł w jej wzroku błaganie: zachowaj się przyzwoicie przy dziecku. Postanowił zrobić to po swojemu — Coś mocniejszego, szefowo, a co innego? Nie każdemu się w życiu powiodło. Nie każdy ma dobrą pracę i wszystkie zęby. Lepiej, żeby dzieciak wiedział. Się nie rozczaruje potem. Nie, mała? — Puścił do Zosi oko. — Bieda istnieje, a gówno nie pachnie, nie ma co się oszukiwać.
        Anna mocno trzymała rękę córki. Pociągnęła ją za sobą, odciągając od tego człowieka, tak jak zawsze odciągała ją od wszelkiego brudu i brzydoty, niech sobie istnieją, lecz Anna ochroni przed nimi małą, tak długo, jak to będzie możliwe.
        Zresztą. Skoro ten człowiek widział psa, one także zaraz go odnajdą.
        — A kundla utopiłem!
        Zatrzymała się. Odwróciła do niego powoli. Nie. To nie mogła być prawda. Facet patrzył na nie z bezczelnym uśmiechem.
        — Wsadziłem do worka i wrzuciłem do stawu. Szwędał się tu taki, bezpański, zaraz by kogoś pogryzł, obywatelski obowiązek spełniłem…
        — On nie gryzie, nie gryzie! — Twarz dziewczynki znowu była pełna szlochu, smarków i krzywdy, która ją uderzyła tak samo niespodziewanie i bezlitośnie, jak miesiąc temu. — I nie jest bezpański! Jest mój! On mnie kocha, on nigdy nie gryzie!
        Anna szarpnęła jej rękę, żal i wściekłość przesłoniła jej widzenie, musi zabrać córkę daleko stąd, jak najszybciej, reszta jest nieważna. Najpierw opatrywanie pierwszych ran, tryskającej na wszystkie strony krwi, bliznami zajmie się później.
        — Cedryk — wyła dziewczynka w histerii — gdzie on jest, mamo, może zdążymy, szukajmy go szybko, proszę, błagam, mamoooo!
        Milczała, ciągnąc ją za sobą, nie miała słów, doszła do swoich granic, nic więcej nie mogła jej na razie podarować.
        — Cedryk!
        Proszę, dziecko, przestań, zanim pęknie mi serce.
        — Cedryk, mamuś, to on, to on! Nasz Cedryk! Znalazł się!
        Zatrzymała się. Przy stawie dojrzała sylwetkę psa. Z daleka wyglądał jak ich szczeniak. Zosia puściła jej dłoń i biegiem ruszyła w jego kierunku. Pies też zaczął biec. I ona również biegła, czując szloch rozrastający się w gardle.
        Po kilku sekundach przytulali się już we troje, klęczała, wciskając twarz w miękkie futro. Pachniał trawą, wiatrem i czymś nieokreślonym, psim. Zosia śmiała się na głos. Słońce ogrzewało im plecy. Może jednak przetrwają, może wszystko będzie dobrze.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-5-szczeniak-a50159/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.