Przejdź do głównej zawartości

Spod łóżka zniknął potwór


Autor: pkropka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe/drogi
Postać: Złodziej Robin Hood
Zdarzenie: Spod łóżka zniknął potwór


       Potwory są tak różne, jak dzieci których pilnują. Podobno zdarza się, że połączy ich więź przyjaźni. Zazwyczaj jednak ludzie boją się ich, a potem dorastają i potwory przybierają inną formę.

       ***

       Janek miał duże problemy z zasypianiem. Co wieczór biegł do rodziców, płacząc, że pod łóżkiem siedzi potwór. Liczyli, że z tego wyrośnie, przecież wiele dzieci opowiada bajki o straszydłach, chowających się w różnych zakamarkach. Długo wyczekiwany dzień nadszedł, kiedy zaczęli już tracić nadzieję. Mama przyszła dać Jankowi buziaka na dobranoc, a on zadowolony oświadczył, że potwór zniknął. To był dopiero początek problemów.


Autor: Comfreak Źródło: pixabay.com

       Wyrósł na przeciętnego, wręcz szarego człowieka. Nie miał większych zmartwień, ale też niczego nie osiągnął. Jego jedyną radością i oczkiem w głowie była córeczka. Uśmiechał się pobłażliwe, kiedy opisywała swojego współlokatora. Był okrąglutki, na czterech grubych nóżkach zakończonych kopytami. Z grzbietu wyrastały mu dwa długie rogi, zakrzywione w kierunku mikroskopijnego ogonka. Kiedyś nawet go narysowała i tata długo się zastanawiał, skąd wzięła pomysł na oczy, skoro nigdy nie widziała jaszczurki. Rozbawiła go za to szczęka, wyglądała jak łyżka koparki, z której wyrastało sześć długich włosów, przypominających odnóża pająka. Nazywała potworka Oo. Była malutka, kiedy pojawił się po raz pierwszy i jeszcze nie mówiła zbyt dobrze. Tak brzmiał okrzyk zaskoczenia, którym go powitała.
       Janek pamiętał z dzieciństwa tylko macki i dziewczynkę w czerwonej pelerynce, która pojawiła się i obiecała zabrać potwora. Od tamtej pory spał spokojnie.

       Róża nie bała się swojego potwora. Co noc wyskakiwał spod łóżka, chwilę się sobie przyglądali, po czym zaczynał wędrówkę po pokoju. Zaglądał w każdy kąt. Jeżeli coś uległo zmianie, długo obwąchiwał to miejsce. Czasem, bardzo rzadko, przestawiał pluszaka, czy dwa. Miała teorie, że zjada też pojedyncze skarpetki. Te, które nie wracają z prania.
       Pewnego dnia do pokoju Róży wślizgnęła się przez okno dziewczynka w czerwonej pelerynce, z kapturem narzuconym na głowę. Oo skulił się na jej widok i zaczął pufać.
       – Widzę, że masz nieproszonego gościa – odezwała się zakapturzona postać. Miała czarujący głos, brzmiący jak tysiące dzwoneczków. – Mogę go stąd zabrać.
       Wzrok Róży powędrował ku potworkowi i zrobiło jej się go żal. Pomimo bojowej pozycji, wyglądał na przerażonego. Cały się trząsł i miał szeroko otwarte oczka.
       – Nie trzeba, dziękuję – pokręciła przecząco główką. – Poza tym nie wiem, kim jesteś.
       – Nazywam się Rudzik. – Spod pelerynki wysunęła się szczupła dłoń. Róża ujęła wyciągniętą w powitaniu rękę i przeszył ją ból. Była lodowata. Zimno promieniowało aż do kości, paraliżując wszystkie nerwy. Postać wyszczerzyła małe kiełki. – Wybacz. Zapomniałam, że jesteś ciepłokrwista. Nie martw się, jutro już nie będzie tu żadnego potwora.
       Czerwona pelerynka załopotała, kiedy postać obróciła się i wyskoczyła przez okno. Róża podeszła do Oo i go pogłaskała. Wciąż drżał, ale wyglądał bardziej na zmartwionego, niż wystraszonego.
       Poczuła, że ciąży jej głowa. Szybciutko wróciła do łóżka i poszła spać. Całą noc śniła, że jest zamknięta w zrujnowanym domu. Próbowała się wydostać, lecz za każdym razem, gdy dotykała jakiejś klamki, ta ją parzyła. Słyszała, że ktoś naprawia dach, próbowała krzyczeć, ale nie doczekała żadnej reakcji. W końcu stanęła zrezygnowana i obudziła się.

       Następnej nocy mały towarzysz się nie pojawił. Pomyślała, że może jest chory, albo boi się powrotu Rudzika. Czuła się samotna, nie mogąc obserwować, jak Oo dokonuje cowieczornej inspekcji pokoju. Próbowała wyobrazić sobie, jak drepcze, ale nie mogła. Zrobiło jej się smutno, poszła więc do taty, żeby pomógł szukać zguby. Opowiedziała o zakapturzonej dziewczynce i Janek przypomniał sobie, jak też go kiedyś odwiedziła. Stwierdził, że potworek już nie będzie przychodził.
       Róża wróciła do pokoju ze zwieszoną główką. Chciała coś sobie wyobrazić na poprawę humoru, ale nie mogła. Następnego dnia tata dał jej na pocieszenie wymarzoną przytulankę, różowego jednorożca ze złotym rogiem i białymi skrzydełkami. Dziewczynka wdzięcznie przyjęła prezent, ale nie czuła radości. Ot przytulanka, miała wiele innych. Zapomniała, że marzyła o takiej od miesięcy.

       Róża bardzo tęskniła za potworem, który nie pojawiał się już od kilku dni. Może i powinna była się go bać, ale nie robił nikomu krzywdy. Poza tym dotrzymywał jej towarzystwa. Kiedy chodził po pokoju, wyobrażała sobie, że wyrośnie z niego potężny smok. W szufladzie przy łóżku trzymała różne projekty siodeł i strojów do latania. Oczami wyobraźni widziała wszystkie krainy, które zwiedzą: bezkresne pustynie, piękne zielone lasy pełne kolorowych papug, a nawet skuty lodem biegun północny. Smoki zioną ogniem, więc byłoby im ciepło.
       Instynktownie weszła pod łóżko i tam położyła się spać. Było trochę zimno, ściągnęła więc koc, którego skrawek zwisał z łóżka. Śnił jej się ten sam zniszczony dom. Tym razem wszystkie drzwi i okna były otwarte. Remont dachu się skończył i teraz pomagała malować ściany na jasne, wiosenne kolory.

       Obudziło ją słońce ogrzewające twarz. Przeciągnęła się, ziewnęła szeroko i otworzyła zaspane oczy. Zobaczyła piasek. Bardzo dużo piasku, sięgał po horyzont. Wystraszona siedziała na kocu, próbując zrozumieć, gdzie jest. Kilka łez, wielkich jak grochy, stoczyło się po policzkach, żeby na chwilę zawisnąć na brodzie i w końcu spaść, wsiąkając w zieloną piżamę z narysowanymi krokodylami. Po kilku chwilach wzięła się w garść i zaczęła przyglądać okolicy. Obserwowała wędrówkę słońca, wiszącego wysoko na niebie. We wszystkich gazetkach o survivalu pisali, że należy pilnować stron świata, żeby się nie zgubić. Koleżanki wyśmiewały ją, że interesuje się rozpalaniem ognisk, łapaniem ryb i odnajdywaniem drogi bez kompasu, skoro mieszka w mieście i nigdzie nie wyjeżdża na wakacje. Teraz będzie mogła wykorzystać tę wiedzę.
       Ruszyła, kiedy wiedziała jaką drogą podąża słońce. Nie była pewna w którą iść stronę, wybrała więc Zachód. W filmach ze szczęśliwym zakończeniem, bohaterowie odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca. Róża miała nadzieję, że też znajdzie tam szczęście.
       Szła powoli, oszczędzając siły. Liczyła, że pokona jak największy dystans. Krajobraz był monotonny, gdzie nie spojrzeć, tylko piasek. Dzień był bezwietrzny, bardzo ciepły. Wędrówka szybko jej zbrzydła, była głodna, zmęczona i chciało jej się pić. Nie miała jednak wyboru, chciała wrócić do domu. Pozostało iść naprzód. „Ciekawe, czy tata mnie szuka” – pomyślała. „Na pewno bardzo się martwi, muszę być dzielna i znaleźć drogę powrotną”. Wtem, na horyzoncie, zauważyła kształt. Im bardziej zbliżała się do niego, tym bardziej była zdezorientowana. Wreszcie dotarła na miejsce, wzięła przedmiot do ręki i nie mogła uwierzyć, co znalazła. Trzymała jedną z ulubionych skarpetek, pluszową z doszytą kokardką. W małej główce zapaliła się lampka. „Oo!”. Miała rację, że podbierał jej skarpetki.
       Dylemat nie był trudny. Taty nikt nie ukradł, a potworka już tak. Poza tym zawsze była szansa, że znajdzie drogę do domu przy okazji szukania małego kolegi.

       Po znalezieniu skarpetki wstąpiły w nią nowe siły. Przyspieszyła marsz i wytężała wzrok w poszukiwaniu kolejnych. Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy zaobserwowała pojawienie się pojedynczych kępek roślin. Im dalej szła, tym częściej trafiała na plamę zieleni. W dłoni trzymała już trzy skarpetki.
       Słońce schowało się za horyzontem i temperatura znacznie spadła. Założyła dwie ze znalezionych skarpetek, żeby ogrzać, do tej pory bose, stopy. Na szczęście księżyc był w pełni i odganiał mrok. W pewnej chwili zauważyła, że coś jej się przygląda z kępki wysokiej trawy. Ostrożnie podeszła bliżej, kucnęła i czekała. Oczy powoli wychynęły z trawy, ukazując antenki, na których były osadzone. Następnie wyłoniła się okrągła, fioletowa głowa, osadzona na długiej, chudej szyi. Stworzenie wystawiło dwie łapki, podobne do odnóży domowego pająka, podciągnęło się do przodu ujawniając mieniący się metaliczną zielenią ogon, przypominający ogon syreny.
       – Przepraszam, szukam mojego potwora – odezwała się pełna nadziei. – Przychodzi do mnie w nocy, wychodzi spod łóżka. Ale przyszła dziewczynka w czerwonym kapturze i chyba mi go ukradła. Widziałeś go może?
       Stworzonko szeroko otworzyło oczy w niemym wyrazie zdziwienia. Spojrzało na skarpetki w dłoni Róży i odezwało się piskliwym głosikiem.
       – Przechodziła tędy. Schowałem się, żeby mnie nie zauważyła.
       – Boicie się jej? – zapytała zmartwiona. – Potworek też był wystraszony, jak się pojawiła.
       – Ona jest zła. My tylko pilnujemy dzieci, żeby nie uciekła im wyobraźnia. Ale takim jak ona się to nie podoba.
       – Czy wiesz, gdzie mogła go zabrać?
       – Nie mam pojęcia. Ale widzę, że zostawił ślady, może uda ci się go znaleźć. – Przyjrzał się uważnie, badając twarz Róży. – Przyszłaś specjalnie dla niego?
       – Nie jestem pewna. Bardzo tęskniłam, więc weszłam pod łóżko i obudziłam się tutaj.
       – Słyszałem plotkę, że kilka lat temu była tu dziewczyna, trochę starsza od ciebie. Jej potwora, dużą smoczycę, też zabrali. Podobno ją uratowała. Myślałem, że to tylko bajka, ale skoro tu jesteś, to może jest nadzieja.
       Jeszcze chwilę rozmawiali, ale gwiazdy wisiały wysoko na niebie, a wiatr się wzmagał i było coraz zimniej. Potwór zauważył, że dziewczynka zaczęła drżeć, pobiegł więc po koc, który został tam, gdzie się obudziła. Był zaskakująco szybki, czekała około pół godziny. W tym czasie oglądała pływające po niebie, mieniące barwami tęczy, żółwie morskie. Słuchała wycia dochodzącego z oddali i nuciła pod nosem. Kiedy wrócił, przygotowali w trawie legowisko. Pilnował jej całą noc, a przed świtem przyniósł trochę wody i owoców z pobliskiego lasu. Pobliskiego dla niego, dla krótkich nóżek Róży był to prawie dzień drogi.
       Grzecznie podziękowała za pomoc. Na pożegnanie przytuliła się do chudej szyi. Było to dla niego dziwne, ale bardzo miłe. Rozstali się z lżejszymi duszami. Potwór przekonał się, że dzieci mają serca i potrafią ich kochać, a Róża zobaczyła cień szansy, że uratuje Oo.

       Cały dzień wędrowała w kierunku lasu, pilnując położenia słońca. Zdziwiło ją, że za dnia nie widziała żywej duszy. Świat zdawał się ożywać dopiero po zmroku. Wtedy zjawiał się wiatr niosący zapach świeżego prania, a spomiędzy coraz gęściej rosnących drzew połyskiwały oczy. Nie była pewna, czy wszystkie są przyjazne, starała się więc iść jak najciszej.
       Kolekcja skarpetek powiększyła się o cztery kolejne. „Przydadzą się” – myślała. – „Mogę zrobić z nich poduszkę, jeżeli zbiorę jeszcze trochę”. Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że musi być coraz bliżej swojego potworka. Przez cały czas, kiedy byli rozdzieleni, nie udało jej się wymyślić nic kreatywnego, a wczorajszy towarzysz wspominał o uciekającej wyobraźni.
       Las żył swoim życiem. Róża ułożyła się niedaleko stawu, dzięki czemu miała okazję oglądać stworzenia podobne do ryb, ale ze skrzydełkami jak u motyli i głowami przypominającymi kaczki. Unosiły się nad lustrem wody, przyglądając odbiciu, żeby po chwili zanurkować z donośnym pluskiem.
       Liście szumiały na wietrze, a na niebie migotały żółwie. Ciekawskie, brązowe oczy chłonęły widoki, dopóki nie zamknęły ich ciążące powieki.

       Róża obudziła się, kiedy niebo zaczynało szarzeć. Pierwsze kolory rozświetlały chmury, a nad stawem unosiła się lekka mgła. Uznała, że powinna być już bezpieczna, podeszła więc do brzegu, żeby przemyć buzię. Zanurzyła dłonie w błękitnej wodzie, lecz pod powierzchnią zamajaczył cień. Odskoczyła przestraszona i obserwowała marszczącą się wodę. Powoli wysunął się z niej ogromny żółw. Ten, w przeciwieństwie do nocnych, był prawie całkowicie zwyczajny. Skorupę porastały mu algi i brakowało kawałka płetwy. Musiał być tak stary, jak las. Piękne oczy, wyglądające jak otchłanie mądrości, spoczęły na dziewczynce.
       – Coś ci skradziono. Wiem, gdzie to jest. – Głos żółwia był bardzo głęboki i lekko zachrypnięty. Róża pomyślała, że taki głos musi mieć sam bóg.
       – Skąd wiesz? – zapytała cichutko. Cała jej śmiałość gdzieś uciekła.
       – Widziałem stworzenie świata, widziałem upadki wielkich i widziałem skarpetki nie do pary, które schowałaś w krzakach. Potwory porzucają skarpetki tylko, jeżeli zawiodą.
       – Oo nie zawiódł. Ja go zawiodłam, nie obroniłam go przed Rudzikiem.
       Żółw chwilę milczał, przyglądając się jeszcze intensywniej. Miała wrażenie, że czyta jej duszę.
       – Dziwne z ciebie stworzenie – stwierdził.
       – Mówiłeś, że wiesz gdzie go znajdę. Powiesz mi? – w wielkich oczach błysnęła iskierka nadziei.
       – Lepiej. Zabiorę cię tam. Musisz tylko mi zaufać i wejść do paszczy. To najszybsza droga.
       – Nie zjesz mnie? – W głosie Róży pobrzmiewała podejrzliwość.
       – Nie jadam dzieci, miałbym po tobie niestrawność. Zapraszam na pokład – otworzył paszczę i czekał.
       Róża pobiegła po skarpetki i koc, po czym niepewnie weszła do ogromnej szczęki.

       Usłyszała kłapnięcie i zapadła ciemność. Kawałek koca został na zewnątrz, dzięki czemu miała czego się trzymać. Całe szczęście, bo po chwili zaczęło trząść. Żółw wracał do wody.
       Podróż trwała długo. Zdrętwiały jej ręce, myślała, że będzie musiała puścić koc, a to nie skończyłoby się dobrze ani dla niej, ani dla żółwia. Mógł się zakrztusić. Była u kresu sił, kiedy ruch ustał i dziób powoli się rozwarł. W pierwszej chwili oślepiło ją słońce, lecz zapach przygotował na to, co zobaczy. Zgniła trawa, mokra ziemia... Tak musi pachnieć bagno.
       Oczy przyzwyczaiły się do światła, wyszła więc na brzeg. Od razu zapadła się w mokrej ziemi.
       Pogłaskała żółwia po nosie.
       – Dziękuję, że mi pomogłeś. Pewnie miałeś inne plany na dzisiaj, mam nadzieję, że nie byłam dużym kłopotem.
       – Tylko malutkim. Musisz jeszcze podrosnąć, żeby zyskać miano dużego – z gardła wyrwał mu się dźwięk przypominający głęboki śmiech. – Podążaj dalej na Zachód – rzucił na odchodne. Odwrócił się i wczołgał z powrotem do wody, powoli znikając pod powierzchnią.
       Róży zrobiło się smutno, że znów została sama. Z trudem wyciągnęła stopę, ziemia cmoknęła uwalniając ją. Po kilku krokach znalazła się na trawie, po której szło się znacznie łatwiej. Kawałek dalej znalazła skarpetkę, która kiedyś była biała. Poznała ją tylko po koronce wokół brzegu.

       Wędrowała, dopóki słońce nie zniknęło za horyzontem. Wciąż była na bagnach, musiała stąpać ostrożnie, szła więc powoli. Kiedy nie miała siły iść dalej, umościła się na skrawku względnie suchej ziemi i czekała, aż świat ożyje. Była ciekawa, jakie potwory mieszkają w tej okolicy.
       „Oo!” – wyrwało jej się, kiedy zobaczyła gromadkę wyglądającą zupełnie, jak jej skradziony przyjaciel. Były w różnych odcieniach brązu i zgniłej zieleni, ale nie widziała wśród nich Oo, który miał jaśniejszy kolor i był trochę mniejszy. Szybko wyszła z ukrycia i zawołała za grupą.
       – Przepraszam bardzo, ale wyglądacie zupełnie jak mój potwór. Szukam go, został mi zabrany. – Stała z opuszczonymi rękami. Przygarbione plecy, smutne oczy. Była wyraźnie zmartwiona.
       Jeden z większych osobników przystanął i się odwrócił. Gwizdnął przeciągle i pozostałe też stanęły, nie obejrzały się jednak.
       – Więc to ty jesteś jego dzieckiem? Kiedy nie wracał domyśliliśmy się, kto was odwiedził. Nie pomożesz mu, wracaj do domu.
       – Nie możesz tego wiedzieć – zawołała przez łzy.
       – Jeżeli szukasz śmierci, znajdziesz ją dzień drogi stąd. Radzę zrezygnować, ale zrobisz jak uważasz. – Gwizdnął i pochód ruszył przed siebie.
       W sercu Róży kiełkowało nowe uczucie. Determinacja rodząca się z mieszanki złości, która urosła w trakcie rozmowy i oparów nadziei podarowanej przez prastarego żółwia i potwora spotkanego pierwszego dnia. Ze złością rzuciła się na koc. Próbowała zasnąć, żeby nabrać sił, ale nie mogła. Serce jej waliło, a myśli gnały galopem ku temu, co może nadejść. „Cokolwiek się stanie, wracam z Oo” – myślała, zaciskając powieki.

       Obudziła się po krótkiej drzemce i ruszyła bez ociągania. Skoro został dzień drogi, chciała jak najszybciej go zakończyć.
       Bagno stopniowo przeszło w las. Róża zauważyła w oddali skaliste wzniesienia. Pomimo braku wiatru, miała wrażenie, że bije od nich chłód. Przypomniała sobie zimną rękę Rudzika i nabrała pewności, że zmierza w odpowiednim kierunku. Przyspieszyła, nie zważając na zmęczenie.
       Las nagle się skończył. Wyszła na pole pełne zmrożonych roślin. Dalej szła wyraźnie widoczną, wydeptaną ścieżką, prowadzącą w kierunku szarych szczytów.
       Droga urwała się u podnóża jednej z wielu gór. Postanowiła w nocy wspiąć się na nią, miała nadzieję, że po ciemku nikt nie zwróci uwagi na mały cień przyklejony do zbocza. Liczyła też, że cokolwiek żyje na końcu drogi, w dzień śpi, jak reszta świata. Jeżeli dotrze do Oo, kiedy słońce wyjrzy zza horyzontu, będzie miała większą szansę go uratować.
       Do zmroku zostało jeszcze kilka godzin, wykorzystała ten czas na drzemkę.

       Wspinaczka była trudna. Róża zabezpieczyła dłonie i stopy odnalezionymi skarpetkami, jednak szybko się przetarły i pokaleczyły ją ostre kamienie. Nabawiła się pierwszych w życiu pęcherzy, które bolały niemiłosiernie. Mimo to szła dalej, oczami wyobraźni widząc, jak potworek znów drepce po jej pokoiku i podkrada skarpetki, kiedy nie patrzy. Była pewna, że jest blisko.
       Słońce zbudziło się, oświetlając skały. Poranne promienie leniwie przesuwały się po zboczu, aż wyłoniły z mroku wyłom. Róża zebrała resztkę sił i wspięła się kilka metrów dzielących ją od wejścia do jaskini.
       Złapała oddech, wyprostowała obolałe ciało i zamarła. Zobaczyła wielką salę, wypełnioną setkami, o ile nie tysiącami przeróżnych potworów. Od maleńkich, kolorowych much w okularach, poprzez ośmiornico-podobne, aż po wielkie smoki. Gdzieniegdzie dostrzegała sylwetki podobne do wychudzonych ludzi, jednak było coś niepokojącego w ich stanowczo zbyt szerokich uśmiechach.
       Żaden z potworów nie poruszał się.
       Powoli podeszła do jednego z nich, grubej kulki pokrytej czarny futrem. Miał wielkie uszy i wielkie zęby, wydawał się jednak nieszkodliwy. Chciała go dotknąć, spróbować obudzić, lecz jak tylko zbliżyła dłoń, poczuła bijące zimno. Zupełnie jak od paczki groszku, który tata trzymał w zamrażalniku.
       Po chwili zastanowienia ruszyła pewnie przed siebie. Mama, kiedy jeszcze żyła, zwykła mawiać „słuchaj głosu serca i nie żałuj podjętych decyzji. Jeżeli były błędne, ucz się na nich, ale nie żałuj”. Róża lawirowała pomiędzy lodowymi posągami, aż dotarła do tego właściwego. Rozpoznała Oo od razu, tym bardziej, że z pyszczka wystawała mu skarpetka w różowe króliczki.

       Jedyny pomysł, jaki przychodził jej do głowy, to zabrać go i powoli rozmrozić. W pierwszym odruchu chciała uratować wszystkie potwory, ale nie miała pojęcia jak to zrobić. Ryzykowałaby zbyt wiele, nie wiedziała z iloma postaciami, takimi jak Rudzik, przyszłoby jej się zmierzyć.
       Założyła wszystkie pozostałe skarpetki i podniosła przyjaciela. Wyczuwała przez zaimprowizowane rękawiczki, że jest zimny, ale był to chłód do zniesienia. Wyniosła go na brzeg półki skalnej, usiadła i zaczęła cicho płakać. Zrozpaczona stwierdziła, że nie ma jak zejść na dół z dodatkowym bagażem.
       Nigdy jeszcze nie czuła się tak samotna i nieporadna, jak kiedy cały świat spał. Pogłaskała Oo grubą warstwą skarpet. Chciała go przytulić, pomimo aury zimna, lecz coś za nim przyciągnęło jej uwagę. Przyjrzała się uważnie i zauważyła wąską ścieżkę.
       Małe serduszko zabiło mocniej, wtłaczając do krwiobiegu dawkę nadziei. Ruszyła bez ociągania, wciąż nie byli bezpieczni tak blisko złodziei.

       Stroma ścieżka prowadziła po drugiej stronie zbocza. Mozolna wędrówka zajęła Róży cały dzień. Dotarła do koca, z wciąż zmrożonym Oo, kiedy ostatnie kolory znikały z chmur. Nie miała wyboru, musieli zanocować u podnóża góry.

       Ruszyła w drogę o pierwszym brzasku. Pomimo wszechobecnego bólu, niepokój nie pozwolił jej dłużej spać. Wiedziała, że czeka ich jeszcze długa wędrówka. O tyle dłuższa, że była wykończona i miała dodatkowy bagaż. Mimo to była szczęśliwa. Potworek miał coraz żywsze kolory, jakby powoli się rozmrażał. Do tego miała teraz koc, w który go zawinęła i ciągnęła, zamiast nieść.
       Przekroczyła granicę lasu długo po zmroku. W zasadzie niebo zaczynało szarzeć, szykując się na następny dzień. Znalazła schronienie pod dużą sosną. Gęste igliwie dobrze ukrywało okolicę pod pniem. Róża zasnęła, jak tylko się położyła.

       Obudziło ją słońce przeświecające przez gałęzie. Przeciągnęła się, ziewnęła i przetarła oczy. Przez chwilę nie wiedziała gdzie jest, aż wróciły wspomnienia ostatnich dni. Z nadzieją spojrzała na Oo, ale mimo że odzyskał dawne kolory, wciąż był zimny w dotyku.
       Wyszła z kryjówki i ze zdziwieniem stwierdziła, że słońce wzeszło niedawno. Niebo jaśniało kiedy się kładła, co oznaczało, że przespała cały dzień. Zaburczało jej w brzuszku, poszła więc nazbierać jagód i znaleźć wodę.
       Zebrała się do dalszej drogi zaraz po skromnym posiłku. Postanowiła szukać pomocy na bagnach, u potworków podobnych do Oo. Chciała dostać się do nich przed zmrokiem, żeby nie tracić więcej czasu.
       Przeprawa przez las nie należała do najłatwiejszych, musiała lawirować pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami i krzakami. Pomimo przeciwności, było jeszcze jasno, kiedy dotarli na miejsce. Czekała z niecierpliwością, pełna nadziei, że potworki będą przechodzić tą samą drogą.
       Miała szczęście. Już z oddali usłyszała szelest liści i przygłuszony tupot kopytek. Jako pierwszy wyłonił się przywódca. Przystanął zdziwiony i gwizdem zatrzymał resztę. Podszedł do Róży z szyderczym uśmiechem.
       – Jednak poszłaś po rozum do głowy?
       – Nie. Poszłam po Oo, jest tam – wskazała palcem figurkę, stojącą pod pobliskim drzewem. Oczy potwora rozszerzyły się bardziej, niż na jej widok. – Mam jednak problem, jest zamrożony. Dwa dni stał na słońcu, wróciły mu kolory, ale wciąż jest zimny.
       – Mówiłem, przegrana sprawa. Porzuć go.
       Zdenerwowana dziewczynka podeszła do przyjaciela i przytuliła.
       – Co robisz? Chcesz zamarznąć razem z nim? – zawołał przywódca.
       – Nie zostało mi nic innego – załkała. – Oddam mu moje ciepło.
       Jedna z łez upadła na główkę Oo. Potworek powoli zamrugał, jednak Róża nie zauważyła tego. Dalej dzielnie go przytulała, oddając całe ciepło, aż straciła przytomność. W tym czasie Oo rozmroził się całkowicie. Jego bracia patrzyli oniemiali, aż w końcu największy ponownie zabrał głos.
       – Nie wierzę, że jej się udało. Przynajmniej naprawiła krzywdę, którą spowodowała.
       Oo spojrzał tylko i z niesmakiem pokręcił głową.
       – Chyba nie zamierzasz czekać, aż się obudzi? – przywódca sam nie wiedział, czy czuje złość, czy niedowierzanie. Oo tylko patrzył z pogardą. – Po tym wszystkim, co przez nią przeżyłeś, chcesz dalej jej strzec?
       Spokojnie przytaknął. Przywódca gwizdnął przeciągle i pochód ruszył, zostawiając potworka i jego dzielne dziecko.

       Róża odzyskała przytomność w łóżku szpitalnym. Była podłączona do mnóstwa rurek i pikających urządzeń, w fotelu obok drzemał tata. W pierwszej chwili myślała, że wszystko było bardzo dziwnym snem, lecz na nogach miała brudne skarpetki nie do pary.

       ***

       Mama opowiedziała mi tę historię, kiedy byłem mały. „Pilnuj swojego potwora” – powiedziała. Tak też zrobiłem. Oswojenie go zajęło kilka dni, później co noc obserwowałem, jak grasuje po pokoju. Kiedy się męczył, zabierałem go do łóżka i spałem jak z przytulanką. Czasem budziło mnie szarpnięcie, wydaje mi się, że kilka razy widziałem skrawek czerwonego płaszczyka, znikającego za oknem.
       Oo wciąż ją odwiedza, chociaż rzadziej, odkąd się urodziłem.

       Teraz przekazuję ostrzeżenie tobie. Nie bój się swoich potworów, wyjdź im naprzeciw. Jeżeli znikną, zniknie twoja wyobraźnia, a co za tym idzie – marzenia.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-05-spod-lozka-zniknal-potwor-a50321/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.