Przejdź do głównej zawartości

Pustynna Jenga — część II


Autor: Canulas
Gatunek: Wielogatunkowiec
Postać: Pierwszy trup
Zdarzenie: Tragiczna decyzja

W tle: https://www.youtube.com/watch?v=y8DyV06saIw


       Nim gangster przystąpił do meritum, uznał za stosowne dać trójce czekającej na egzekucję obdartusów krótką lekcję historii. Ptaki krążyły, zataczając koła niemal dokładnie nad feralnym drzewem, w okolicy nie wiał najlżejszy choćby wiatr, a gorąc dowalał, jak u diabła w solarium. Na dodatek samochodowa szyba rykoszetowała promień słońca pod bardziej niż podłym kątem, ogniskując gorąc na piersi jednego z mężczyzn. Ten, świadom, że zapiaszczone konarzycho nie jest wyborną partią do przebierania szkitami, zacisnął jedynie zęby, starając się to w jakiś sposób znieść. Oswaldo Ramon Cadaver z każdym kolejnym zdaniem się nakręcał.
       — 5 października 1892 roku przestał istnieć jedyny i prawdziwy świat — wygłosił grzmiącym, ocierającym się o fanatyzm, głosem. — Umarł. Odszedł. Zdechł. Wszystko, co przyszło potem, to jedynie nieprzebrana rzeka cywilizacyjnego gówna, która spływa kaskadami do dziś. Piątego, trochę ponad sto lat temu, tradycja poszła się jebać, dostała trypla i zdechła. Ostatni raz zawyły wściekłe psy.


Autor: KELLEPICS  Źródło: pixabay.com

       Wpędzeni na konar mężczyźni pętle założone mieli w fachowy, niewzbudzający zastrzeżeń sposób, jednak również na tyle luźno, by móc mówić. I pomimo tego, że wszelkie znaki na niebie wskazywały, by raczej nie dodawać do tyrady własnych spostrzeżeń, najwyższy zdecydował się na zabranie głosu.
       — Dlaczego? — spytał, skupiając na sobie rozwścieczony wzrok.
       — Jak się nazywasz?
       Obaj niedoszli wisielcy wykonali po maleńkim kroku w bok, chcąc znaleźć się choćby o pół jarda dalej od swego nazbyt wyrywnego druha. Naprężone liny obrzynały gardła, utrudniając przełykanie śliny. Tymczasem sekundy płynęły, a zapytany ociągał się z odpowiedzią.
       — Albert — rzucił w końcu najniższy, chcąc załagodzić narastające napięcie. — Ma na imię Albert, proszę pana. Albert Pike.
       — Na chuj się wtrącasz? — warknął w kierunku najniższego rzeczony Albert Pike.
       Gigant przeczuwając, że wszystko potrwa dłużej, niż zakładał, rozsiadł się na masce samochodu, dzięki czemu rykoszetowy płomień przestał wypalać dziurę w piersi środkowego. Zdziwiony ananas stał obok Pana Os z dłońmi zaplecionymi na plecach w służalczej pozie powleczonej gotowością. Jego wpatrzony w jeden punkt, fanatyczny wzrok, dawał do zrozumienia, że zakapior pozostaje do natychmiastowej dyspozycji swego szefa.
       — Ty jesteś ten Romeo od trójkątów? — spytał bardziej z zaciekawieniem niż groźbą w głosie, pan Os. — Kundel, który mi wychędożył córki? Lissie i Gwen?
       Środkowy razem z tym naprawdę niskim odeszli jeszcze po pół kroczka w bok. Teraz już nie tylko o przełykanie śliny, ale i o jakikolwiek oddech było ciężko. Pomimo nieciekawej sytuacji, najwyższy zdecydował się na wymuszony uśmiech.
       — Ja? Trójkąt? Panie Osvaldo, gdybym chciał zawieść dwie osoby naraz, wysłałbym list do rodziców.
       Dum-Dum wybuchnął wulkanem donośnego śmiechu, uderzając rękoma o golemie uda. Jak szybko zaczął, tak skończył. Po zwłokach zastrzelonego kwadrans temu ćpuna spacerowało coś, przypominające bezwłosego jeża. Kartelowy boss spojrzał na zegarek, potem na trójkę obszarpańców i ponownie na diamentowy cyferblat. Widząc w kundlich spojrzeniach zielone światło, wrócił do historii.

       *
       5 października 1892 roku podczas próby obrabowania Narodowego Banku w Coffeyville w stanie Kansas wystrzelany został gang Daltonów. Zginęli wszyscy poza Emmetem Daltonem, który pomimo otrzymania dwudziestu trzech ran postrzałowych przeżył, by zostać skazanym na dożywocie. Ułaskawiony po czternastu latach, zmarł jako wolny człowiek. Nim jednak oddał ducha matce ziemi, zostawił pokaźny spadek i zdołał opowiedzieć kilka historii z okresu swych najbarwniejszych lat. Jedną z nich był "stołek dla czarnucha", rodzaj gry, którą Emmet Dalton zaobserwował w Luizjanie, a którą po latach, jego prawnuk, Pan Os, przechrzcił na Pustynną Jengę. Czasy uległy zmianie, ale trzon zabawy pozostał taki sam.
       A grało się w to wszystko mniej więcej tak:
       Każdego, komu groził stryczek, zamiast od razu wieszać, ustawiano na chybotliwej konstrukcji ze szczap drewna i po prostu zostawiano na śmierć, obiecując po określonym czasie amnestię. Konstrukcja była zazwyczaj niestabilna, a czas, który delikwent miał wytrzymać, również nie należał do najkrótszych. Trzy, czasem cztery doby wystarczały, by nadzieja na ratunek była zaledwie czysto matematyczną. Połowa koniokradów, indiańców, czarnuchów, czy kto tam się wtedy nie nawinął pod prężnie działające ramię sprawiedliwości, zmaltretowana skurczami i niemal oszalała od nagromadzonego stresu, dawała nura ze stołka zaledwie po kilku godzinach. Ośmiu na dziesięciu zatraceńców wybierało wizytę w domu Bożym po upływie mniej więcej pierwszej doby. Zdarzały się jednak przypadki, że jakiś wyjątkowy okaz zadrwił z prawideł śmierci, doczekując powrotnego orszaku. Czy jednak został na pewno ułaskawiony?
       W każdym razie Pan Os dał niefortunnej trójce swoje słowo, że za równo siedemdziesiąt dwie godziny wróci i jeśli tylko któryś z fajfusów będzie jeszcze na chodzie, jak Bóg na niebie, zostanie puszczony wolno. Tymczasem niech chłopaki oszczędzają energię i się wzajemnie pilnują. Niech dużo nie rozmawiają i uważają na siebie podczas snu.
       Na sam koniec tyrady każdy otrzymał po kilka łyków wody. Później gangsterzy odjechali, zostawiając mężczyzn samych sobie.

       *
       — To ja dmuchałem te cizie — wygłosił "środkowy" z dumą, kiedy nie zdołał jeszcze opaść kurz, a wóz nadal majaczył na horyzoncie. — Ale jebany ukrop — dorzucił, patrząc w niebo. — Ze dwieście stopni chyba. Jak nie lepiej.
       Albert Pike zwrócił w jego kierunku lewy profil obrzmiałej od nocnego katowania twarzy.
       — Zamknij pizdę, tłuku. Trzeba było się mądrzyć przy tym gogusiu.
       Nazwany tłukiem, puścił obelgę kątem. Na co dzień raczej nie słynął z Chrystusowego serca, ale teraz mocno ćmiła go poobijana głowa i bardzo piekły przypalane przez pół nocy plecy. Brak najmniejszych palców u obu stóp też nie poprawiał nastroju.
       — A ty coś im takiego nawyrabiał, Albercie Pike?
       Cisza.
       — Halo, Albercie Pike. Obraziłeś się?
       Nagabywany stanął bokiem, patrząc gdzieś ponad nimi. Uda piekły od nacięć. W gardle wzbierała kolejna porcja krwawej, gęstej plwociny. Lewe kolano promieniowało bólem, odmierzanym w takt uderzeń serca.
       — Bucu — nie dawał za wygraną upierdliwy kompan — albo odpowiesz, albo przykurwię ci kopa i sfruniesz wprost do aniołków. Słyszałeś, co mówił ten meksykański cwel. Powinniśmy się, cholera, wspierać.
       Najniższy z oberwańców uznał za rozsądne także wtrącić trzy grosze.
       — On nie lubi swojego imienia — wygłosił nie bez trudu. Ciągle nie mógł wydostać się z okowów zaznanego nie tak dawno bólu, a do tego był trawiony przez gorączkę. — Mów mu nazwiskiem.
       — A ty to, kurwa, kto? Jego brat?
       — Przyjaciel.
       — Słodko. Robicie razem orzełki na piasku?
       — Musimy spróbować na trzy — wtrącił zupełnie od czapy Albert Pike. Średni wzrostem, ale na pewno najbardziej rozgadany, odwrócił twarz w jego stronę.
       — O czym pierdolisz? — spytał.
       Z enigmatycznego wzroku Alberta Pike'a nie można było wiele wywnioskować, więc pytanie zostało powtórzone ostrzejszym tonem. Środkowy wzrostem mógłby przytoczyć przynajmniej ze dwadzieścia sytuacji, w których taki ton głosu spełniał swą funkcję, tym razem jednak zupełnie nie podziałał. Nie zważając na niepokojące sygnały płynące z szyi i karku skierował wzrok ponownie na mikrusa.
       — Czy on ma we łbie jakiś ogranicznik?
       Najniższy odpowiedział zagadkową miną i niedbałym wzruszeniem ramionami, co mogło oznaczać: "Nie wiem, ale nie wykluczam".
       — Skoczyć — doprecyzował Pike. — Powinniśmy skoczyć.

       *
       Kilka godzin później.
       Gorąc oblewał ciała, potęgował ból głowy i wysuszał usta. Nogi miękły pod coraz częstszymi spazmami powracających skurczy. Porażany bezustannie wzrok bronił się coraz mniejszymi partiami łez. Ciała oblepiał pot. Gardła schły.
       — Jebany ukrop. Minimum trzy miliony pierdolonych stopni — powtórzył niczym mantrę środkowy wzrostem, który przedstawił się druhom jako Emerald Swan. — Jakie, kurwa, trzy?! Minimum pięć!
       Albert Pike drzemał, śniąc naraz tuzin różnorakich snów, w których motywem przewodnim była woda. Woda jako ocean, woda jako drink, woda jako nieustający deszcz. Surfowanie po falach zimnej coli, czy zawody w chlaniu prosto z beczki na czas. Wybudzał się, widząc przed sobą obrobiony sennymi marzeniami krajobraz i skalne góry zredukowane odległością do roli półsennych namiotów. Wszystko zmiksowane i do granic możliwości popieprzone. We łbie tętnił poszum przypominający galopiadę koni.
       — Eee, ty. Zrobisz, jak zechcesz, ale wiesz... Może nie śpij, bo w końcu się obsuniesz. Pogadajmy. Zabijemy czas.
       Półprzytomny mężczyzna burknął coś bełkotliwie, ale po kilku chwilach otworzył przekrwione oczy. W rozpalonej głowie ciągle mu wybuchały błyskawice i strzelało confetti złożone z wielobarwnych rozbłysków. Ze sposobu, w jaki spoglądał, można było odnieść wrażenie, że jego mózg pozostał w świecie snu.
       — Jak myślisz Pike, ile jeszcze do nocy?
       W odpowiedzi kolejna porcja bełkotu z motywem przewodnim, że wszystko i tak jeden chuj, bo już nadchodzą szczelne zaciski nicości. Oczy ponownie zgasły. Głowa gruchnęła o pierś. Ciało niebezpiecznie usiadło i dopiero pętla zatrzymała niechybny upadek.
       — Ej, kurwa, chłopie! Zara zlecisz!
       Nie poskutkowało więc Emerald przedrobił dwa małe kroczki i ryzykując upadek, nastąpił drzemiącemu na stopę. Po drugim nadepnięciu zadziałało. Albert Pike otworzył szeroko oczy. Następnie rozejrzał się, szukając durnia, który śmiał na jego i tak już pokancerowanym ciele domalować kolejny odcień bólu.
       Dość szybko odnalazł źródło.
       — Pojebany jesteś?
       Emerald nie odniósł się do zapytania, zwłaszcza że nosiło ono wszelkie znamiona pytania retorycznego. Zamiast tego postanowił obwieścić im strategię, przy pomocy której mieli przetrwać.
       — Wymyśliłem strategię, przy pomocy której powinniśmy przetrwać — wygłosił z dumą, a że nie doczekał się spodziewanej fali uznaniowego aplauzu, rozszerzył wywód o kilka wzmacniających przekleństw. Albert Pike poczuł się w obowiązku zabrać głos.
       — Wszystkie twoje gadki to najzwyczajniejsze pierdolenie — zawyrokował ze znawstwem. — Co byś nie wymyślił, chuj to wszystko da. Jesteśmy tu raptem kilka godzin. Cztery, no może pięć. Z przeznaczonych i raczej długich siedemdziesięciu-kurwa-dwóch. Przyswajasz procentówkę? Najdalej do jutra rana będziemy wisieć obdziobywani przez te jebane sępy. Wszystko wokół jest złe i meczące oraz trwa dotąd, dopóki nie umrzesz. Tak już po prostu na tym świecie jest. Chyba że...
       Pomysłodawca jedynej słusznej drogi ocalenia potrzebował naprawdę kilku chwil, by przetrawić nieprzychylne słowa. W końcu jakoś wezbrała w nim odpowiedź.
       — Zabiłeś gościa kmiocie! Zakosowałeś jakiegoś miejscowego ciula! Tak! Nie krzyw japy. Jak żeś odwalał drzemkę, twój kumpel knypek wszystko mi wyśpiewał. Nie rozumiem, czemu was tu przywlekli po takim czymś. W tej chwili twój kadłub powinien osiadać na dnie rzeki zapakowany w stugalonową beczkę.
       Słowną kontrę poprzedził rozbłysk fioletowego płomienia połyskujący w Albertowych oczach.
       — Wywód pełen ekspresji panie: "rucham wszystkie szprychy. Nawet te, których główne ogniwo kobiecości przypomina przeciętego szopa". I osobiście ćwoku, wolę sformułowanie: "pobicie nożem". Nie rób draki, bo nie jesteś lepszy. Nie moja wina, że masz pomysły o kant dupy potrzaskać.
       — Zabiłeś człowieka. W bój-ce.
       — Chryste. A co miałem mu wysłać poselstwo i wypowiedzieć wojnę?! Ty naprawdę pierdolnięty jesteś?!
       Wtedy do tej śmiałej wymiany zdań wtrącił zdanie najniższy, pytając, czy też to widzą. Spojrzeli.        Zauważyli.

       *
       Wszystko było nieco kuriozalne. Oto bowiem podjechało dwóch nastolatków na oko czternaście, maks piętnaście lat, na terenowych motorach typu cross. Obaj niscy i grubi, chociaż jeden ociupinę mniej. Zsiedli jakieś dwadzieścia jardów od feralnego drzewa.
       — Chujówka — stwierdził ten, który do tego stopnia nie cierpiał swego imienia, że kiedyś bardzo brzydko obszedł się z kimś, kto mimo kilku bardzo czytelnych próśb zwykł się do niego tym imieniem zwracać.
       — Może nie — zaoponował niewyraźnie ten, któremu własne imię powiewało w sumie kalafiorem. — Po czym wnosisz?
       — Złote bransolety, wysadzane diamentami kajdany. Pucołowate, dobrze odkarmione gęby. Chujówka, panie Swan.
       Pan Swan przyjrzał się lepiej i posmutniał, przyznając cicho, że rzeczywiście chyba mała chujnia na horyzoncie. Tymczasem jeden z młodzieńców, niczym pustynny pirat, odmierzył kilka tajemniczych kroków i w sobie tylko wiadomym celu zaczął odgarniać piach.
       — Masz lepszą bajerę, Emeraldzie. Spróbujesz?
       — Naprawdę?
       — Naprawdę co?
       — Naprawdę uważasz, że mam wporzo gadkę?
       Czegokolwiek chłopak szukał, właśnie to kończył wyciągać, wycierając jednocześnie z kurzu. Drugi w kompletnej obojętności spacerował po piachu, wlepiając gały w glebę. Albert Pike poczuł, że coś tu coraz bardziej nie gra.
       — Kurwa — szepnął. — Piałeś bez przerwy przez ostatnie pięć godzin. Normalnie nie zamykała ci się japa. To może wykorzystaj ten dar i spróbuj z nimi pogadać. Widać, że to pierdolone ułomniaki. Podkręć im jakąś zgrabną dobranockę.
       W tym czasie ten ociupinę chudszy i – co było widać dopiero z odległości bliższej niż dziesięć jardów – hojnie obdarowany wulkanicznymi zastępami trądu, podniósł ostrożnie coś z ziemi. Drugi, ten bawiący się w rolę pirata, rozstawił naprzeciw nich dwa uwalone w piachu, plastikowe krzesła. Najniższy z przyszłych wisielców wybełkotał, że bardzo chce mu się pić.
       — Halo, halo, chłopaki — podjął cholernie pierdołowatym głosem Emerald Swan. — Co tam macie? Po co wam te krzesła?
       Nie podziałało. Ten, który podniósł coś z ziemi, pokazywał to teraz drugiemu. Tamten odskoczył, kiedy to zobaczył. Pan Pike zaczynał rozumieć sytuację.
       — Ja pierdolę — Albert zganił kompana ostrą odmianą szeptu, a kiedy ten tylko spojrzał, dosztyletował wzrokiem. — Faktycznie trzeba było mnie zepchnąć, kiedy spałem.
       — Nie pomagasz — odszeptał równie nieprzychylnym tonem Emerald Swan. Następnie spytał tamtych, czego chcą i czy nie byliby tak dobrzy, żeby pomóc. Gdyby Albert Pike nie miał związanych rąk, z bezsilności klepnąłby się w czoło.
       — No wiecie — kontynuował coraz raźniej Swan, biorąc ciszę za złoty cień monety. — Uwolnijcie nas. Co wam, cholera, szkodzi?
       Ten obrośnięty krostami podszedł na odległość kopa w łeb, trzymając przez obszytą gumą rękawiczkę spory okaz przebierającego odnóżami pająka. Drugi został, doczyszczając krzesła.
       — Uciąć ci stopy, dziadu? A może wsadzić w gacie tego stwora? Albo położyć na karku? Co? Masz chęć?
       Swan pokręcił głową, bardziej zachowawczym tonem pytając gnoja, czego naprawdę chce. Oczywiście słowo "gnój" pominął. Ten jednak stracił już zainteresowanie, biorąc na cel kolejnego z nich. A że kolejnym był Albert, który naprawdę zaczynał mieć wszystko w dupie z własnym życiem włącznie, to szczeniak się naciął.
       — Wiesz, co zwykł mówić mój świętej pamięci ojciec? — odparł pytaniem na to, czy chciałby może przywitać się z tarantulą. — Przewróć ósemkę, a otrzymasz nieśmiertelność. Tak mówił. Był dobrym człowiekiem. Nigdy nikogo nie skrzywdził. Za to miał spoko kontakt z tymi, dla których amputacja tego czy owego nie była żadnym problemem. Starał się z tych kontaktów nie korzystać, ale bywały momenty, że jednak musiał. Wiesz, co się działo, kiedy jednak korzystał?
       — No co?
       — A to, że jeśli już ci goście się na jakichś pastuchów zasadzili, obrabiali ich tak pieczołowicie, że kutasy wyły jak tysiąc szesnastozaworowych silników. Normalnie jazda bez trzymanki, baleronku. Tak było. Po kilku nocach intensywnej pracy z cweli zostawała jedynie kupka parującego szlamu i kilka zębów.
       — Nudy — skwitował gówniarz, najwyraźniej tracąc zainteresowanie. Odchodząc, z całej siły rzucił pająkiem o pień. Wielonóg plasnął i spadł na piach, gdzie zwinięty w kulkę podrygiwał. — I jak? — gnój skierował pytanie do drugiego. — Wszystko hula?
       Odpowiedział mu uniesiony kciuk.
       — No dobra. — Odwrócił się, kierując gębę w kierunku trójki umęczonych mężczyzn. — Macie wyrok w zawieszeniu, nie?
       — Chyba sobie, szczylu, jaja robisz — zdołał wydusić Pike.

       *
       Najniższy został zrzucony z pnia. Momentalnie zawisł, ocknął się i zaczął wierzgać desperacko całym ciałem. Kiedy charczał, próbując jakimś cudem wybrnąć z tej desperackiej agonii, małolat spokojnie wrócił i rozsiadł się na krześle. W tym czasie drugi cały czas filmował. Po mniej więcej dwóch minutach wisielec znieruchomiał i podrygiwał teraz na modłę wyciągniętej na brzeg ryby. Rozszedł się smród, kiedy zwieracze nie utrzymały zawartości jelit.
       — Tyle właśnie po was pozostaje. Krzepnie krew. Nogawką wypada gówno. I na końcu przylatują ptaki. Tylko tyle.
       Żaden z dwójki pozostałych przy życiu nie zabrał głosu. Gówniarz wziął to za strach.
       — Jutro wrócimy — wyznał, każąc drugiemu wyłączyć już nagrywanie. — Postarajcie się do tego czasu przetrwać.
       Swan jedynie spoglądał na wisielca, zastanawiając się, czy to możliwe, by w przeciągu zaledwie kilku minut tak mu sczerniały źrenice, czy takie po prostu miał. Albert Pike jednak nie.
       — Jutro — zaczął, łapiąc ich już siedzących na motorach — poskładam te krzesełka z waszymi łbami w środku. Obiecuję.

       *
       Noc była cholernie zimna, chociaż w dalszym ciągu nie wiał wiatr. Niebo wysypało gwiazdami, które w asyście podniebnych pisków przypominały drogowskazy oprowadzające zbłąkanych po otchłani. Przynajmniej takimi widział je Albert Pike, choć i jego kompan miał na ten temat bardzo podobne przemyślenia. Emeraldowi Swanowi liche światełka kojarzyły się bowiem z blaskiem ciekawości obszytej koronkami pulsującego zła.
       Próbowali nie usnąć, więc przerabiali temat za tematem.
       — Naprawdę twój staruszek to taki kawał bydlaka? — spytał Swan.
       Pike spojrzał. Ciemność obrodziła krótkimi rozbłyskami dwulufowego ognia.
       — Mój ojciec był w oddziałach wspierających Hmongów przeciw Pathetowi Lao. W Laosie. Widział trupy mężczyzn nadzianych na zaostrzone pale i brzemienne kobiety o szyjach owiniętych kolczastym drutem. Mówił, że potrzeba sokolego oka, by odróżnić zakrzepłą krew od pierdolonej rdzy.
       — Taaa. Tera nie dziwne, że tak się zawsze ciskasz.
       Pike charchnął flegmą w dal. Strzelił zastałymi kośćmi karku.
       — To jeszcze chuj — wznowił. — Raz koło szczytu Phou Bia grupa mego ojca odnalazła stujardową polanę pełną niemowląt, próbujących maleńkimi rączkami rozerwać wnętrza jutowych worków. Wszystkie zastygłe w tych workach i obwieszone na drzewach niczym martwe choinkowe bombki. Na coś takiego partyzanci mawiali białe drzewka śmierci, bo większość tych worów była właśnie biała. Nie wiem. Pewnie dlatego, że na białym tle wszystko lepiej widać.
       Emerald nieśmiało zasugerował, żeby może podłapać jakiś luźniejszy temat, ale kompan puścił to mimo uszu.
       — Staruszek mówił, że parę razy widział ciała starców, którym ucięto głowy i przy pomocy rozporowych kołków nasadzono na ciała własnych żon. Całe lasy wywieszone ludźmi. Całe rodziny. Wsie. Niektórzy kochający się dłużej niż do końca. Mężczyźni, którzy wprost ze skraju przytomności wykonywali tak zwany stołeczek, próbując uratować małżonki. Wisielcze pary o poczerniałych, napuchniętych językach i wyłupionych przez padlinożerne ptactwo oczach, które ciągle, wiele godzin po śmierci, trzymały się jeszcze za ręce. Słyszał też, że często, kiedy palono żywcem pojmanych mężczyzn, kobiety musiały tańczyć, śpiewając radosne pieśni, a tym które niedostatecznie się z tego kabaretu wywiązywały, zamiast litościwego zakłucia bagnetami, wpierw blaszanymi nożami wycinano dodatkowe uśmiechy. Mawiał, że podczas ruchów migracyjnych wiele z tych kobiet wypracowało odruch natychmiastowego chowania głów dzieci pod notorycznie rozpinane płaszcze i niejedna była w tym bieglejsza od samego, jebanego, Jessie Jamesa.
       — W celu?
       — Noo, chyba żeby im się nie utrwalały te okropieństwa. Tak myślę.
       Chwilowo zabrakło słów. Mężczyźni stali pogrążeni we własnych rozmyślaniach. Swan burknął, że to pojebane, żeby podczas dnia był taki ukrop, a kiedy tylko się ściemni, wiało chłodem. Pike odparł, że jeśli z tego wyjdą, to tak go właśnie nazwie.
       — Znaczy jak?
       — No Ukrop, panie Swan. Jest krótkie i wpada w ucho. Wiem, że Swan oznacza łabędzia, ale nie oszukujmy się. Na łabędzia trzeba mieć prezencję.
       — Ty też nie jesteś perłą architektury krajobrazowej, Albercie Pike.
       I wtedy wspomniany uznał, że ma tego wszystkiego już naprawdę dość.
       — Posłuchaj, co teraz powiem. Skup się.
       — Zwarty-naszykowany — odparł leniwie Ukrop. — Gadaj, co masz i musimy rozporządzić jakieś warty. Drzemać i się pilnować. Już ledwie patrzę na oczy.
       Na te słowa stojący obok jedynie wykrzywił usta.
       — No więc, żeby zawęzić, to tak: Liczę do trzech, wyskakuję w pierdoloną górę i tyle. Zrób to samo. Jak polecimy razem, to może ta jebana gałąź w końcu puści.
       Zimno wyparowało. Na samą myśl o czymś takim, to...
       — Ty naprawdę...
       — Tak, wiem. Pierdolnięty jestem. Zrobię to, bo mam dość tego kurewskiego stania. I naprawdę, panie Ukrop, mam szczerą nadzieję, że twój stufuntowy bagaż mi w tym dopomoże.
       Kręcenie głową było odpowiedzią wyrazistą, ale zakapior świeżo ochrzczony Ukropem, uznał za konieczne dookreślić karabinowo powtarzanym "nie".
       — Samica płetwala błękitnego podczas rodzenia rozwiera wargi sromowe na ponad jard.
       — No i?
       — No i jeśli nie skoczysz, wyjdzie na to, że jest drugą, co do wielkości pizdą, zaraz po tobie.
       — Chyba cię kompletnie...
       Ale on już skoczył z dzikobrzmiącym: "Yeeeeeeeeeeeeeee". Ukrop pofrunął za nim, w duchu przyrzekając sobie, że jeśli jakimś cudem gałąź puści, za to nieustanne darcie mordy nazwie gościa Wiwatem.

       — Tekst pochodzi z uniwersum oszyldowanego jako: Pięćset mil do domu. —

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-04-pustynna-jenga-czesc-2z2-a50073/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.