Przejdź do głównej zawartości

Żywi lub martwi


Autor: Ritha
Gatunek: Pastisz westernu
Postać: Akwarysta sadysta
Zdarzenie: Rozmowa z psychologiem

***
       — Skąd masz rybę, Jones?
       — Wyłowiłem.
       — Skąd?
       — Z dupy. Wyłowiłem i już. Z Missisipi.
       — Szeryf Garret rżnie Mary na górze. To nie jest najlepszy moment…
       Bam!
       — Chciałem tylko dokończyć robotę.

Źródło: pixabay.com Auto: OpenClipart-Vector

       Występują:
       – Szeryf Garret
       – Billy Jones – bandyta, rewolwerowiec, poszukiwany listem gończym żywy lub martwy
       – Dziwka Mary i przyjaciółki
       – Jane – dziewczyna Billy’ego Jonesa, bardzo zła kobieta, choć ma też plusy
       – Czarnoskóry pastor Samuel i jego czarnoskóra gosposia (kochanka) – wdowa Grace
       – dr Colen – psychiatra objazdowy
       – Zamordowana rodzina Daltonów
       – Johnny – syn Daltonów, jedyny ocalały, przeżył, bo –> patrz punkt dziwka Mary i przyjaciółki (umrze w tym opowiadaniu jako pierwszy)
       – Butch – właściciel Saloonu, rokujący przedsiębiorca w średnim wieku, zna wszystkich, wszyscy znają jego
       – William McCall – łowca bizonów
       – Indianie

…..

       AKCJA!

       Szeryf Garret właśnie posuwał Mary, gdy drzwi się otworzyły i do pokoju wpadł Butch. Nogi Mary wskazywały oba końce Drogi Mlecznej.
       — Billy Jones przyszedł i powiedział, że taka nagroda, jaką za niego proponujemy, to jest kpina.
       — Co, kurwa?! – Szeryf zerwał się z dziwki, dobywając broni.
       — Zabił ostatniego Daltona i poszedł.
       — Co?!
       — No. I rzucił na stół rybę bez głowy.
       — To jest przecież Dziki Zachód.
       — Wiem. Wyłowił z Missisipi.
       — Aha.
       Zbiegli na dół.


*
       W tym czasie Billy Jones wrócił do miłości swojego życia, krwawej Jane, która miała na swoim koncie piętnaście zabitych kobiet. Morderstwa nigdy nie zostały udowodnione. Szeryf Garret przymykał oko. Powiedzmy, że była przekonywująca.
       — Znów się pieprzyłeś z tymi dziwkami, Billy Jonesie! — wrzeszczała Jane, rzucając w niego każdym przedmiotem, który znalazł się w zasięgu ręki i który jednocześnie udało jej się unieść. — Idę na potańcówkę z Williamem McCall, łowcą bizonów. A ty się wal!

*
       — Doktorze Colen, nie radzę sobie z emocjami. Mój chłopak Billy Jones mnie zdradza, a ja go kocham, bo ma największe jaja w promieniu trzech stanów. Mentalne jaja, doktorze. Charakter się liczy w człowieku.
       — Rozumiem, że pożycie się nie układa?
       — On mnie zdradza, a ja nie mogę zabić tej dziwki Mary, bo wtedy szeryf Garret mnie aresztuje. To jego ulubiona dziwka. Co począć?
       — Droga Jane, dużo masz na sumieniu. To cię gryzie. Miewasz koszmary?
       — Nie, moje sny są jednolite. Biała kartka. Tabula rasa.
       — Tęsknota za niewinnością i spokojem ducha. Powinnaś się wyspowiadać, dziecko.

*
       — Pastorze Samuelu, ostatni raz byłam u spowiedzi dziesięć lat temu. Od tamtej pory zgrzeszyłam…
       — Jane, nie mam tyle czasu dziś. Ku Klux Klan kręci się w okolicy. Wiesz, że nie oszczędzają nikogo, nawet duchownych. Moja gosposia Grace została sama. Jest czarnoskóra. Muszę wracać. Porozmawiamy jutro.
       — Do jutra zgrzeszę jeszcze bardziej, pastorze. Doktor Colen twierdzi, że sobie nie radzę.
       — Nikt z nas nie jest święty, dziecko. Idź w pokoju. I uważaj na tego łobuza Billy’ego.

*
       — Jesteś moim kumplem, Butch?
       — Jesteś pijana, Jane.
       — Nie pomógł mi psychiatra, nie pomógł mi ksiądz, a ty jako barman potrafisz słuchać.
       — No.
       — No to słuchaj. Chcę utrzeć Billy’emu nosa. Umów mnie z McCallem, siedzi tam.
       Rzut kamerą na stolik w rogu.
       Jane zerknęła na stolik w rogu, założyła nogę na nogę, poprawiła wetkniętą w pończochę giwerę, rzęsy zatrzepotały, w gorsecie zatelepał biust. Butch polerował szkło. Spojrzał także. William McCall, zalany w trupa, opowiadał koleżkom o polowaniu na bizony. Jane wachlowała kartą dań. Tak, Saloon miał trzy gwiazdki. Butch nalał jej whisky. Myślał. Kumple McCalla kiwali z uznaniem głowami nad przygodami kompana.
       — On też ma jaja, co nie? Jak Billy.
       — No.
       — No to się nada. Dziś jest potańcówka w mieście. Chcę iść z nim.
       — Indianie kręcą się w okolicy. Może być gorąco.
       — Trudno. Idź, podpuść go. Powiedz, że jestem panną Billy’ego i może mieć mnie i nagrodę za jego łeb, jeśli się postara. Dostaniesz pięć procent, Butch.
       — Dziesięć.
       — Stoi.
       — Jesteś złą kobietą, Jane.
       — Tylko wkurzoną.
       — No dobra.

       William McCall zabrał Jane na potańcówkę. Tańczyli do północy. Zdążyła się zakochać i zapomnieć o Billym. O północy zaatakowali Indianie. Porwali Mary. Garret dostał szału. Butch przeliczył potencjalne straty i też dostał szału. Billy Jones dowiedział się o McCallu i też dostał szału. Grace powiedziała pastorowi, że jest w ciąży. Samuel dostał szału.
       Nazajutrz w samo południe, w tumanach tańczącego przed Saloonem kurzu, spotkali się Billy Jones i William McCall. Na Jonesa nie czatowali łowcy głów, bo wszyscy, z szeryfem na czele, ruszyli w prerie odbić dziwkę Mary.
       Czas się zatrzymał. Tylko Jones i McCall, oko w oko, ryj w ryj.
       Jane wstrzymała oddech. Jej los właśnie się ważył. Billy Jones nie będzie przyjemny, jeśli wygra i do niej wróci. Wolała, żeby wygrał McCall. Butch przyjmował zakłady. Pijany w sztok pastor Samuel postawił na Jonesa. Dr Colen czuł w nim jednak wypalenie, obstawiał McCalla. Zegar wybił południe. Indianie zaatakowali po raz drugi, robiąc Garreta i jego ludzi w chuja.
       Billy Jones poległ z ręki wodza VigVigVam. Wódz nie chciał okupu, wystarczyła mu satysfakcja.
       Jane poślubiła McCalla i razem z trójką dzieci polowali na bizony.

       Wróć!
       — Jane... Jane... Przybiłaś gwoździa, whisky ci nie służy. Gadałem z McCallem. Nie chce cię.
       — Jak to nie chce? Ożenił się ze mną i polowaliśmy na bizony. Z dziećmi! O północy napadli Indianie.
       — Chyba ci się śniło. McCall powiedział, że on z Billym Jonesem chodził do college'u i nie będzie świnią.
       — No chyba sobie, kurwa, jaja robisz.
       — Poważnie.
       — Boże, nikt mnie nie kocha. Billy mnie zdradza, a Willie mnie nie chce. Zabiję się dzisiaj, Butch.
       — Pogadaj może z dr Colenem jeszcze raz.
       — On mnie nie rozumie, Butch. Ani on, ani pastor, ani nikt.
       — Ja cię rozumiem, napij się, Jane. A tak w ogóle to Billy był tu tylko po to, żeby zostawić rybę, powiedzieć, że okup jest za niski i zabić Johnny’ego.
       — I nie bzykał Mary?
       — Nie.
       — I innych dziwek też nie?
       — Nie.
       — Kocham go!
       — To świetnie.
       — Ale i tak chciałabym zabić Mary, jestem przed okresem.
       — Rozumiem, napij się, Jane.

*
       O północy zaatakowali Indianie.

.....
       Ciąg dalszy nie nastąpi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.