Przejdź do głównej zawartości

Pustynna Jenga — część I


Autor: Canulas
Gatunek: Wielogatunkowiec
Postać: Pierwszy trup
Zdarzenie: Tragiczna decyzja

       Tytułem przedwstępnego pierdzielenia:
       <Ostatnio trochę wymixowałem się gatunkowo i delikatnie mnie to uwiera, więc teraz spróbuję zawrzeć, nie tyle elementy westernu, ile westernowo-przygodowo-podobne. Słowem ani Ty, szlachetny czytelniku, ani tym bardziej Ty, o przewspaniała czytelnico, na gatunek raczej nie patrzajta. Ktoś (już cholera nie pamiętam kto) dał mnie fantastyczny zestaw, który idealnie komponuje się pod pewien tekst i zamierzam go tu wykorzystać. A fantasy lub baśń? No cóż, kiedyś, może kiedyś.>

       Wiem, że to Państwa aż wcale, ale: https://www.youtube.com/watch?v=pOtSwo9am70

___________________

       Pustynna Jenga
       (1z2)

       *
       Obrzeża Sonory. Świt.
       Tego – co by nie powiedzieć – dopiero wstającego dnia chmury przypominały brudne paluchy Boga. Cztery białe pasy drapieżnie przeczesywały nieboskłon w poprzek, a mały pyzaty kciukol umościł się obok nich. Zero cienia, tandetnych świateł kasyna próbujących podnieść rangę zapyziałego miasteczka czy mongoidalnie brzmiącego gwaru dochodzącego z podmiejskiego targowiska. Za to gorąc jak pod kiecą dwudziestki, kilka oklapłych kaktusów, pajdy krzaków i nakrapione górami na horyzoncie. A, no i piach. Piachu od samiuśkiego skurwensyna.
       Na tej – co by nie powiedzieć – nie do końca plaży parkował w najlepsze samochód, typu: już nie jestem zwykłym wojskowym dżipem, ale jeszcze daleko mi do Hummera. Szerokie koła, ogromne oczy świateł i bardziej niż wysokie zawieszenie. No i rzecz jasna dupa. Ta obszyta plandeką w łaty pustynnych barw.
       Wóz co prawda stał, ale w środku byli jeszcze "ludzie". Za kółkiem jajo wysiadywał pomazany kartelowymi malunkami ciulas w tak amerykańsko przeciwsłonecznych okularach, że bardziej chyba się nie da, a na miejscu pasażera spoczywało obsydianowe chamisko, przypominające stertę ożywionych imadeł, połączonych blachą skóry i drutami żył. Wzrok tego drugiego sugerował, że za wystarczającą ilość szekli, pesos, dolarów czy grudek złota, potwór, jeśli oczywiście zechce, może zostać kryptonitem dla dowolnego Supermana w rejonie.
       Ale w sumie nie ma o co piać.

Źródło: pixabay.com Autor: cocparisienne
      
       Trochę postali w milczeniu. Znaczy, oni milczeli, a radio grało przeboje, szyjąc sąsiedzkie światy tak mniej więcej jeden do jednego. Raz amerykański rock, raz meksykańska ballada. Aerosmith ze swoim Crazie i Ritchie Valens z nieśmiertelną La Bambą. Po zachrypniętym come on, come on, rozpoczynającym Piece of my heart – Jenis Joplin przychodziła pora na jakieś tam trąbki z pokładu Lupity D'Allesio. Raz to, a raz tamto. Burrito, Hamburger, Daniels, Tequila i...
       Ale w sumie nie ma o co piać.
       Pomazaniec palił papierosa, a stalowooki najemnik spoglądał tępo przed siebie, nie robiąc w zasadzie nic, co przy tak ogromnej stercie mięśni było bardzo rozsądne. Żadnego ostukiwania wnętrza wozu w rytm radiowych hitów, czy wodzenia wzrokiem za ptakami, których rozpiętość skrzydeł sugerowała, że jeśli będziesz ich wkurwiał, to cię po prostu złapią za bety, podniosą wystarczająco wysoko i puszczą wolno. Gigant do tego stopnia oszczędzał własną energię, że kiedy tylko kierowca przydrynił coli, gruchnął jedynie dwusłownym: "NIE ZAKRĘCAJ!"
       — Ty, Dum-Dum, nie jesteś tu, kurwa, na chrzcinach. Idź i wyjmij ich z tego jebanego pieca, zanim nam się żywcem ugotują!
       W nerwowej mowie ciała i piskliwości głosu pobłyskiwała pokokainowa żywiołowość, ale wspomniany gigant nie podjął z meksem dialogu. Zamiast tego owinął wolno wielką łapę o dach i zakołysał miarowo całym ciałem, włączając elektrownię, zasilającą to – co by nie powiedzieć – przynajmniej minotaurze serce. Następnie wysiadł, idąc wypełnić wolę nerwowego.
       Ale w sumie nie ma o co piać.
       Z paki wypadło trzech chudych obdartusów po dwadzieścia kilka lat każdy. Najwyższy nie był wysoki, przez co średni wydawał się nieco niższy, a najniższy niemal kurduplowaty. Cała trójka miała miny dzieciaków przyłapanych na wsuwaniu ciasta przed obiadem. Smutne oczy, spuszczone na kwintę nosy i delikatnie potrzaskane łby. Dum-Dum wskazał kierunek.
       Ruszyli.
       Pierwszy szedł boso. Drugiemu krew z nadpękniętej czaszki przysychała do ramion tribalowym wzorem. Trzeci, ten "naprawdę niewysoki"... ale, w sumie nie. Z tą rewią mody szumowin jeszcze przez sekundę zaczekajmy, oddając pola komuś istotniejszemu. Komuś, kto właśnie nadjeżdżał z naprzeciwka. Na razie, co prawda, przypominając jedynie kulkę czarnej blachy omiatanej tumanami kurzu, ale przecież każdy zorientowany wiedział, co za Mikołaj rezyduje w tych saniach. I wiecie co?
       Teraz to już było o co piać.

       *
       Pojazd, tym razem prawdziwy Hummer H1, jechał naprawdę szybko, ale na potrzeby załatwienia kilku niezałatwionych jeszcze tutaj spraw odejmijmy mu nieco z szybkościomierza i przybliżmy w kilku zdaniach obdartusów. Jak już przyjedzie, może nie być okazji.
       Więc pierwszy, najwyższy, dokładnie sześć stóp wzrostu, czarne krótkie włosy nażelowane potem i kilka starych, źle zagojonych blizn. Koszulka w strzępach, spodnie moro, bose stopy. Twarz zarośnięta, nie do końca przystojna.
       Drugi kawaler również aparycyjnie bez szans na pracę w jakimkolwiek modelingu. Nieco niższy i bez żadnej koszulki. Za to zakrwawiony jak po eksplozji w rzeźni i o kapuścianych kiściach włosów porastających pachy oraz kadłub. Jedno oko osadzone ociupinkę wyżej, ale ten fenomen można było dostrzec jedynie z naprawdę bliska, a na szczęście lub nie, zapachowy zestaw odstraszał potencjalnych śmiałków (i zdesperowane śmiałczynie) do tego stopnia, że tajemnicę tej nieforemności poznało do tej pory mniej niż tuzin osób, włączając w to bliską rodzinę.
       Trzeciego ledwie tak z dziewięćdziesiąt funtów. Poprzecierane jeansy, obity pysk. U wszystkich na rękach sznury.

       *
       Mężczyzna z Hummera nazywał się Osvaldo Ramon Cadaver, choć znany był także jako "Rzeźnik z Sonory" czy "Ramon Palnik" i mimo że nie za bardzo mu takie ksywki schlebiały, póki nie opuszczały otchłani kuluarowych gaworzeń, nie ingerował. Miał pięćdziesiątkę na karku, ciągle paradował w czarnym kapeluszu z parasolowo wręcz szerokim rondem, a zasobami mógł zawstydzić niejednego kuwejckiego księcia.
       Drzwi otworzył kierowca, młody mulat przypominający zdziwionego ananasa. Wyłupiaste oczy, pnącza dredów. Złoty blask pokaźnego łańcucha pod śnieżnobiałą polówką.
       — To te zuchy?
       — Tak, panie Os. To są jebane brudasy, o które pan prosił. W zasadzie resztki, bo już trochę nad nimi pracowaliśmy. Wie pan sam: nożyce przegubowe, akumulator, palnik, takie rzeczy. Cała noc harówki, zero snu. W sumie mieliśmy ich utopić w hodowlanym stawie w Tuscon, ale baliśmy się, że te pierdolone brudasidła wytrują ryby. Temu małemu tak nakurwia spod skrzydła, że nie zdziwiłoby mnie, gdyby miał tam jakieś nowe składniki do tablicy tego Mangalejewewa czy coś.
       — Jesteś naćpany, Juan?
       Gangster opuścił wzrok, drapiąc niechlujnie utrzymaną brodę. Kątem oka widział świdrujący go jastrzębi wzrok. Nabrał powietrza jak przed zanurzeniem.
       — Walnąłem ściechę, panie Os. Jedną na całą noc. Chciałem być w gotowości. Pilnować roboty. Trzymać rękę na pulsie.
       Zdziwiony ananas uśmiechnął się pod namiotem z nosa. Zęby mu błysnęły taką bielą, że istniała całkiem niemała szansa na to, by został porwany przez bojówki Colgate i pod przymusem obsadzony w reklamach. Oswaldo Ramon Cadaver uniósł dłoń.
       — Nie traćmy więcej czasu. Bierzcie ich i idziemy.
       Juan odetchnął z ulgą. Jego golemi kumpel w znudzeniu wyżłopał resztkę coli i zgniótł butelkę w większych od niej dłoniach. Słońce dopiero wstawało, ale już zaczynało palić karki i dokuczać oczom nawet przez przeciwsłoneczne okulary z filtrem. Zapowiadał się kolejny, cholernie gorący dzień.
       — Mamy ze sobą łopaty, panie Os. Zabrać?
       Rzeźnik z Sonory pokręcił głową.
       Poszli.

       *
       Przeszli jakieś dwieście pięćdziesiąt jardów, przystając pod całkiem sporym okazem obsuszonego drzewa – jedynym jak okiem sięgnąć. Bezlistne i poskręcane, przywodziło na myśl zastygłą łapę jakiegoś nie do końca uformowanego, pustynnego stwora. Pod najgrubszą gałęzią równolegle leżał zapiaszczony konar.
       — Jałowiec babci Tool — wyjaśnił herszt, każąc Juanowi zamocować liny. Ten chwilowo zgłupiał, ale kiedy "mokry sen każdego stomatologa" rzucił sportową torbę, otworzył ją i natychmiast przystąpił do działania. Kilka chwil później wszyscy zgromadzeni mogli podziwiać trzy bardzo okazałe szubienice.
       — Zrobione, panie Os. Wieszać skurwiałe ścierwo?
       — Nie. Daj im wody i posprawdzaj sznury. Potem zamontuj jedynie same łby.
       — Napić?
       — Czegoś nie rozumiesz?
       Juan dał im się napić. Następnie cała trójka, chcąc nie chcąc (rzecz jasna z naciskiem na "nie chcąc") zagnana została na konar. Pętle na szyjach. Ręce związane na plecach.
       — Chce pan czynić honory, panie Os?
       Spojrzenie szefa dopraszało się o wyjaśnienie. Juan, już co prawda w słabnącej, ale ciągle jeszcze resztkach mocy koki, poczuł się ku temu w obowiązku.
       — Noo, wie pan, panie Os. Przyjebać kopa w konar. Ma pan chęć?
       Pan Os, który tak naprawdę nie lubił być nazywany Panem Os, bo za każdym razem, gdy to słyszał, czuł się jak jakiś pierdolony władca ulu, uniósł rękę i strzelił Juanowi prosto w twarz z rewolweru czarnoprochowego Uberti. Tego samego, którym to ponoć jego pradziad przestrzelił szeryfową gwiazdę w 1893 albo 84 i to wpiętą w szeryfową klatkę piersiową, wkopując tym aktem kamień węgielny pod interesy przyszłych pokoleń i wskazując rodzinie Cadaverów jedyną słuszną drogę. Pan Os oczywiście nie zastrzelił meksykańskiego miłośnika tortur i wieczornego pudrowania nosa tylko dlatego, że ten go nazywał panem Osem. Po prostu tamten nie uszanował zasad. Dzwoniąc do garażu Irvusenów człowiek Pana Os...valdo zaznaczył bardzo wyraźnie: Żadnych dragów albo chlania — STOP — Macie być trzeźwi — STOP — Nad złapanymi też za bardzo nie pracujcie, bo mają być, kurwa, na chodzie — STOP.
       — Ty też ćpałeś? — spytał tego wielkiego Ramon Palnik, a jako że zwrotna odpowiedź, choć podana burkliwie, była w pełni zadowalająca, zwrócił się do trójki stojących potulnie na drewnianej kłodzie. — Wiecie, co to jest Pustynna Jenga?
       Pobici mężczyźni popatrzyli po sobie, jak gdyby minami grali w kamień-papier-nożyce. W końcu ten środkowy wzrostem pokręcił głową.
       Pan Os im o tym trochę opowiedział.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-04-pustynna-jenga-czesc-1z2-a49960/



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.