Przejdź do głównej zawartości

Odczłowiecz


Autor: Florian Konrad
Gatunek: Avantpunk (bizarro fiction)
Postać: Rudowłosa sklerotyczka
Zdarzenie: Pół wieku w piwnicy

        I. Czochraczka

       – Bo słuchaj – staram się nie tyle być epigonem, co naśladować ją z podziwu, możesz się śmiać, że żarówkę, zwykły przedmiot jak gwiazdę filmową. Ale ja... właśnie tak – niczym idola, czy coś w tę mańkę; człowieka biegłego w ascezie, dobrego oratora. Guru hinduskiego, co wykłada na Harvardzie, nie jadł od pięćdziesięciu lat i zna wszystkie te Ramayany na pamięć, ma treść całych woluminów w małym paluszku. O, głowę – widzisz, jak mi wypolerowałem? Na glanc! A ci – że jest jak dojrzały kasztan, tylko nie brązowa, ale jak poczekam na plamy starcze, to będzie przypominać idealnie... No kretyni! Myślisz, że co – tak łatwo jest świecić? – Melzyhorski sprawiający wrażenie, jakby był w ostatnim stadium demencyjnego delirium. Uśmiecha się bezzębnie. Drut w oczodołach żarzy się leciuchno. Dość durno to wygląda – wolframowe drucisko oplatające uszy i rozciągnięte w środku głowy...
Źródło: pixabay.com Autor: geralt
        – Każdy policjuch, władzant by tylko na roboty ciągnął, po komitetach różnych, peeselowskich, innopartyjnych... Nie uszanują dążeń, nie zrozumieją, że tylko ona... skarb... Patrz, jaka atrapa Słońca – wyciąga z kieszeni przykurzoną "czterdziestkę".
        – Ja już nie zobaczę...
        – Oczy mógł pan zostawić, zrobić dziurę w przegrodzie i puścić przez przez nozdrza.
        – Durny jesteś! Żarnik by był wygięty w kształt banana. Albo w uśmiech. I co – chodzić i rechotać światłem? Śmiać się jak głupi do sera, cały czas – czy jest powód, czy nie?
        – A mózg – też– out...?
        – Coś ty! Jest, jest. Cały i zdrowy, bezpieczny. O, jakby od piwa mi się... – mężczyzna klepie się w pękaty bandzioch.
        Pięknie. Łysol chyba naoglądał się memów, żyje zgodnie z wyczytanym w necie szczeniackim hasłem "jak się bawić – to się bawić, drzwi wyjebać, okno wstawić". No kretyn istny, nieuleczalny – mózg se tam przemieścić! Tak blisko siura i jaj?! A jak mu się te trzy organy zrosną – kim się stanie? Seksoholikiem, zboczeńcem, co tylko o jednym myśli?! Choć tyle dobrego, że się oślepił – nikogo nie zaatakuje, nie wyr...
        – Najpierw się czepili, że czemu akurat żarówkę, a nie na przykład sofę, czy klawiaturę. To ja mówię, że już się w życiu należałem i na mnie się należano, a i nie chcę, by ktoś we mnie klepał – bo jeszcze manifest wyklepie, albo broszurę nieprawomyślną, obrazobórcze świństwo, pamflet na prezydenta, czy co. Potem gadają, że etat mi się należy w zakładzie pracy chronionej, ale najbliższy jest aż pod Grzdańskiem, więc musiałbym się przeprowadzić. Że MUSZĘ się przeprowadzić. I że do PSL zapiszą, choćby na siłę; będą mnie potem wozić po wsiach, bym świecił przykładem, rozświetlał mroki zabobonu. Tak w ogóle, to skoro jestem żarówka, to już przedmiot i mam guzik do gadania, wkręcą mnie i będę wisiał, dyndał jak nie przymierzając...
        – Straszą tylko, żeby inni nie próbowali takich hocków–klocków.
        – Czy ja wiem? Jednemu pod Rzeszkowem, takiemu pralkarzarzowi –bębniarzowi to kazali zjeść całą brudną pościel ze szpitala i wypluć upraną. Za to tylko, że bez zezwolenia się przerobił, prał ludziom na czarno, podatków nie odprowadzał...
        – Prrrr! – woźnica ściąga lejce. Trambus, krzesząc kopytami iskry, zatrzymuje się na przystanku.
        – O, Darskiego, ja już wysiadam. Wszystkiego dobrego – klepię ślepca po ramieniu i wyskakuję z pudła. Zaraz za mną wypienia się, wyszumowuje tłumek zemdlonych pasażerów. Uwalniam ich od siebie.
        Trzymają się za nosy, biedaczyska, niektórzy – haftują gdzie się da: do kosza, za wiatą. Każdy szczerze mnie nienawidzi, zepsułem im podróż, zasmrodziłem włosy, ubrania.
        Odkąd, z przyczyn, których wolałbym nie zdradzać, w wieku siedemnastu lat zapuściłem w sobie skunksa – ciężko się ze mną jeździ, w ogóle – wytrzymać gorzej, niż źle.
        Za to każdy, nawet niewidomy – od razu poznaje. Na przykład o – Melzyhorski, dawny sąsiad – wieki mnie nie widział, teraz nie widzi każdego – a przysiadł się, zagadał. Jestem rozpoznawalny, choć w negatywny sposób. Ciągnie się za mną, że tak powiem, olfaktoryczna infamia.
        Garbię się. Zimno i siakoś...wspomnieniowo. Dzieciństwo i czasy nastoletnie obłażą mnie, niczym mrówki ze szkła. Zrobione z butelki po piwie–sikaczu.
        Mijam drapiącą się babę. Starsza, elegancka pani w apaszce, płaszczyku burberry.
        Wyłuskuje sobie z peruki wszy, bogaczka pierniczona. I łup, łup – naparza pozłacanym młoteczkiem. Uśmiecham się. Biedna ofiara mody. Ofiara losu.

        II. Grandmother north

        Kamienica czynszowa przy Darskiego 89 to teraz mięczak, brudna, lepka od sadzy samica ślimaka. Bezoka, bezmuszlowa galareta. Rozpełza się na boki, garbi, niejako faluje. Budynek, dyndający w czasie i przestrzeni, postarzał się w moich oczach o co najmniej dwieście lat.
        Na klatce – dobrze znany, charakterystyczny zapach kociego i żulskiego piżma, bigosów wszelakich, robionych nie chcę wiedzieć, z czego, alkoholęt najprzeróżniejszych, niedomycia.
        Schodzę do suteren. I niżej, na poziom –2, –3. Teraz, z perspektywy czasu nie dowierzam, jak można tak żyćććććć.... aua! – potykam się na obluzowanych stopniach i walę głową w obielony wapnem i upstrzony graffiti strop.
        Biedna babcia – od pięćdziesięciu lat tu gnije za życia. Uparła się, artystka konceptualna, że ją... wchłonie. Zamieszka na śmierć. Że poprzez uporczywe niewychodzenie zrośnie się z budynkiem i stanie jego główną częścią, albo wręcz zdominuje. Jak na razie – nie wyszło jej to na zdrowie, podobno ma demencję, ostatnio Kraszewiczowa zadzwoniła z lamentem, że panie Adasiu – odwiedźże babcię, rudowłosa sklerotyczka ciągle tylko gada; albo przeklina każdego, najbardziej – tych z telewizora, ale nie polityków, tylko celebrytów, najbardziej – nie wiedzieć czemu – Gessler Malwiny, tej modelki, oraz Cleo nienawidzi – albo o panu i Zenku mówi, wasze imiona powtarza jak mantrę. Może już jej niedługo...
        Tia, jasne. Każdy, nawet ona, takie chucherko, odkąd zażywa panaceinion – jest jak młody bóg. Żeby tylko brała regularnie...
        Pukam do odrapanych drzwi. Dłoń obsypują mi płatki różowawej farby.
        Cisza. Wchodzę. Sień podziemnego mieszkaneczka, (przedpokój żałobny!) nadal jest istnym muzeum starszego brata matki, świętej pamięci Zenka–Co–Himalaistą–Chciał–Być, jak mawiam. Ale, mając, o ile się nie mylę – dwadzieścia osiem lat – utknął podczas wspinaczki na Kanczendzondze, zmarło się nieszczęśnikowi z wychłodzenia i leży tam po dziś dzień, służy za nekro–drogowskaz. Jako że miał jasnozielone, czy seledynowe buty i czerwoną kurtkę – odcina się od śniegu, jaskrawo z nim kontrastuje. I znaczy drogę pozostałym wspinaczom, i powiadamia do tego – że tu uważajcie, tu się miejcie na baczności, bo skończycie jak ja – pod skałą, w wyłomie, załomie. W śniegu po mordę, dożywotnio i pożywotnio. I po wieczność.
        Czekany, buty, raki–nieboraki, tobogany, czy jak to się nazywa, korkotrampki wspinaczkowe, aparaty tlenowe, kurtki puchowe... (rymuję jak przedszkolak, sorry). Wszystko – stęchłe, obsikane przez myszy, rdzewiejące, zetlałe, trupie.
        O – strap–ony po dziadku Gerardzie, co krótko przed pięćdziesiątką dostał zespołu cieśni genitalnej i musiał być, celem ratowania życia, pozbawiony klejnotów. Że też jeszcze tego nie wywaliła...
        – Aaaadaśśś... Chodź... – słyszę ciche wołanie. Powoli, by nie rozdeptać niczego, ani by w co nie wdepnąć (koty! Ciągle pełno tu kotów!), człapię do pokoju.
        Oj, przyblakło ci się babciu, przez te lata, twoje włosy już nie są ogniście rude. Farba, co teraz powszechne, odpada od nich, dopasowuje się do wieku osoby, na której czuprynę jest nakładana i – jeśli ma do czynienia ze staruszką – nie chce się trzymać, spłukuje się, coby nie ośmieszać swej wiekowej właścicielki–użytkowniczki burdelową, wyzywającą barwą, tzw "ryżością kurewną".
        Cyrk, komedia, ale co zrobić? Kobietom po siedemdziesiątce nawet umalować się jest trudno tak, by to było widoczne...
        Witam się, po dżentelmeńsku całuję nestorkę w dłoń.
        – A każdy wyśmiewał, że nie przejmę kamienicy drogą zrostu... Wytrwałość – pierwszy stopień do... yyy... nieważne. Zobacz – poręcze mi już dobry rok, jak pod udami rosną, a wczoraj, nie uwierzysz – orynnowania dostałam! O, jak się wije pod pachą. Mosiężna...
        Faktycznie – aż odbiera mi mowę. Ale nie z powodu rynny. Cofam się gwałtownie, czuję, że momentalnie siwieje mi się – na głowie, tyłku, wszędzie, gdzie mam włosy. Nawet usta i nadnercza przybierają biały kolor.
        – Co tu do chuuuuuuuu... – stękam po dobrej chwili milczenia, patrząc na szczerzącą zębiska, brązowo–szarą bestię, jaka gapi się na mnie oczodołami z leżącej obok telewizora... kłody.
        – To? A, piesio. Nazwałam go Klinuś, bo się zaklinował. Bóg sam wie, kiedy, może i ze czterdzieści lat temu. Pewnie gonił jakieś zwierzę, wlazł do dziupli – i ni w zad, ni w pieriot... Został tak, zasechł, zmumifikował się... Kazimierski przywiózł mi drzewo do kozy, narąbał i mówi: "pani Grażynko – nie uwierzy pani, co znalazłem"... Trzysta pięćdziesiąt guldenów kosztował.
        – Ile? Nie ma babcia na co wydawa... Nieważne.
        – I zostanie już tu ze mną, będzie strzegł. Nie odejdzie, bo jest trupem. Jak i ja.
        – Co też...
        – A tak, tak. To miasto wysusza. Mnie, psa, ciebie, każdego. Taki region – nie do życia. Jak mieszkałam na północy – byłam bardziej... ludzka. Poza tym – postanowione. Pies, chomik, kot – jakiekolwiek zwierzę w domu powinno być. Choć w mojej sytuacji – lepiej pies. Kociamber nie obroni przed złodiuhami. A tych, zobacz – coraz więcej: na prawnuczka, na policjanta, na oficera CBA chcą oszukać, tylko dawaj i dawaj im pieniądze... Ostatnio "właściciela" gonilim.
        – ?
        – A Kazik Sawczuk z drugiego piętra – poeta wielki, a jeszcze większy wariat, ogłosił się spadkobiercą Goldenfuhrerów, co przed wojną mieli tę kamienicę. Fabrykancka rodzina, a ten ciul spod Sianoka, co z dziada –pradziada pijak i gołodupiec, za potomka się ma... Iwanowski spytał, żartem–śmiechem, czy aby czego u Hanuli w trumnie nie zostawił, jak tych wierszy, co je włożył, niby taki zbiorek pożegnalny, cały notes elegiami w półtora dnia zapisał, by do pogrzebu zdążyć – a potem odkopywał nocą, coby odzyskać, ekshumację nielegalną zrobił...
        – Jezu.
        – A tak, tak, nawet było opisane w Słowie Podwłodawskim. Przyjeżdżał taki jeden dziennikarz z brodą. U nas – bida, żadna prasa nie wychodzi. Marazm taki, że wytrzymać nie idzie, jak mówią. Choć mnie tu, w zamknięciu, dobrze.
        – I co?
        – Wodę odcinało, bydlę; korki zbir jeden wykręcał, że niby teraz to jemu płacić czynsz się należy, a jak my nie, takie oporne, okoniem stanęli – to się bez mediów zostaniemy.
        W oczach babci dostrzegam filuterne błyski.
        – Straszył nas i straszył, aż Baraniak nie wytrzymał i dubeltówkę wyciągnął. Po panu poecie został tylko ten śmierdzący, przegniły, zarobaczony notes.
        – Zastrzelił...?
        – Dwie kule, jedna o – tu, druga niżej, pod mostkiem. I spokój, wykurowało się, łotrzysko, rany się jak na psie zagoiły. Ze szpitala – w Polskę poszedł. Tu? Nawet po rzeczy się nie zjawił, dziad...
        Rozmawiamy jeszcze chwilę, góra – kwadrans. Cieszę się, że wszystko o nestorzycy w jako–takim porządku. Żegnam się grzecznie, na drogę dostaję flakonik tanich perfum. To nic, że damskie. Jakoś trzeba wrócić do domu, najlepiej: w jednym kawałku. A jedź tu wieczorem komunikacją publiczną i śmierdź. A jak się przyplącze dres? Zęby człowiek straci, albo i ogon. Kiedyś, słyszałem, tak się pijane wyrostki tłukły w trambusie, że aż mu żebra, kręgosłup połamały i trzeba było nieboraka uśpić.
        Na podwórzu odwracam się i ostatni raz spoglądam na kamienicę. Spomiędzy odpadłych płatów tynku prześwitują rude cegły. Snują się, powiewają na wietrze, inne – układają w loki, pukle. Elewacja–ondulacja.
        Udaje ci się, babciu. Niedługo przejmiesz cały budynek.
        Stawiam kołnierz. Trzeba się pospieszyć, słyszałem, że tu w nocy ciemno jak u Murzyna w lepiance; latarnie uliczne nie działają. Jak w razie czego trafię na przystanek, kto mi oświetli drogę – Melzyhorski, jak on tylko się żarzy?
        Komórką bym se przyświecił, ale nie mam i nigdy nie miałem. Kto się zgodzi, bym go cały czas nosił w kieszeni, gdy coraz bardziej skunksieję?

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/odczlowiecz-a49340/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.