Przejdź do głównej zawartości

Mgliste nadzieje


Autor: Basileus
Gatunek: Western
Postać: Tępak w waciaku
Zdarzenie: Mgła

       KUUUUURWAAAAA!!!
       Krzyczę z bezsilności, rozpaczy, wściekłości. Strumień suchego powietrza wydobywa się z mych trzewi przez spierzchnięte usta. Dzięki temu wiem, że jeszcze żyję. Na razie.
        Dobrze, że tego nie widzicie. To doprawdy żałosny widok. Rozpostarty jak jakaś tania dziwka z Massachusetts, z płóciennym workiem na głowie, wyginam grzbiet w cholernie wielką podkowę.
       Tkwię tu drugi dzień. Wielkie słońce Kolorado opala mnie na wiórek. Już nawet się nie pocę. Wór i waciak, w które mnie żartownisie wcisnęli, zrobiły swoje. Jestem teraz bryłką zaschniętej soli i gówna. Dosłownie. Niedawno zesrałem się w gacie. Utrzymywanie ciała nad ziemią i jednoczesne zaciskanie pośladków to zdecydowanie ponad moje siły. Musiałem wybierać. W tej sytuacji możliwość jakiegokolwiek wyboru jest na wagę złota. Doceniam.
       Zleciały się muchy. Bzyczą rojem wokół mnie. Widzę ich cienie. Czuję jak mnie obsiadają. Zlizują sól, próbują dostać się pod portki. Do tego od dłuższego czasu krąży nade mną sęp. Słyszę go. Czyha na wyżerkę. Raz już lądując obok, dźgnął mnie dziobem, sprawdzając, czy może napocząć. O nie, skurwysynie! Stary Joe się tak łatwo nie podda!
        Dotychczas miałem trzy poważne kryzysy, w trakcie których moje plecy niebezpiecznie się prostowały. Wytrzymałem, ale już długo to nie potrwa. Mięśnie trzeszczą pod przeciwstawnym naporem woli i grawitacji. Próbowałem uwolnić z więzów choć jedną kończynę, ale to próżne wysiłki. Przetarłem sobie nadgarstki i nadwyrężyłem kostki nie uzyskując nic w zamian.
       Liczę na cud. Na tę odrobinę pierdolonego szczęścia, o którym tyle razy słyszałem w każdym z miliona odwiedzonych saloonów i w zamtuzach. Opowieści o tym, jak straceńcowi udało się wymknąć w ostatniej chwili z ramion kostuchy i samemu zachodząc ją od tyłu, podwinął czarną kieckę i rżnął z uśmiechem na ustach.
       Sytuacja, w której się znajduję jest w pewien sposób skrótowym opisem życia każdego z nas – robisz najdziwniejsze wygibasy, cyrkowe sztuczki, by uniknąć tego, co nieuniknione. Wiesz, że to gówno da, ale nie potrafisz się pogodzić z przeznaczeniem. Walczysz, gryziesz, kopiesz, a koniec końców, odpuszczasz i nadziewasz się na osikowy kołek z twoim imieniem wyskrobanym na trzonku. Na zawziętym truchle ucztuje robactwo. Kurtyna w dół.
       Pomyśleć, że jeszcze niedawno wierzyłem, że to moja chwila, mój czas. Zwykłe zrządzenie losu, które uznałem za dobrą monetę. A wszystko zaczęło się od napadu…

Źródło: pixabay.com Autor: cowins

       Trzy dni wcześniej…
       Gdzieś na zagubionej drodze wyrytej w labiryncie Gór Skalistych, wiódł trakt łączący Denver z osadami rozsianymi wokół South Platte River. Rozjeżdżony przez setki poszukiwaczy szaleńczo pędzonych przez trwającą od kilku lat Wielką Goryczkę Złota. Właśnie na tej drodze tego dnia przemykał niepozorny wóz. Siedzący w koźle woźnica smagał zawzięcie batem strudzone konie, wbijające w powietrze roztańczone tumany pomarańczowego pyłu. Ich nozdrza rozpaczliwie łapały hausty powietrza. Rabusie podobni do wilków, wyleźli ze swych nor wraz z gasnącym światłem dnia. Ich kły zacisnęły się znienacka ledwie kilka chwil wcześniej. Pojedynczy strzał spomiędzy skał rozerwał pierś siedzącego obok towarzysza. Nie zdążył nawet jęknąć, zniknął pod wozem. Woźnica od razu orientując się w sytuacji, mocno uderzył lejcami. Z tyłu wyskoczyli zamaskowani jeźdźcy. W długich płaszczach i zaciągniętymi na czoła kapeluszami, ruszyli na żer. Kąsając z rewolwerów, systematycznie zmniejszali dystans. W kontrze, zza plandeki wozu, wychyliło się wsparcie. Wymiana ognia. Pocisk za pocisk. Rozgrzane łuski, uderzając o ziemię, wyznaczały fazy kolejnych przeładowań. Gdy już się wydawało, że odeprą atak, następny z ich ludzi dostał. Czyjeś ręce wciągnęły go do środka, ratując przed niechybnym wypadnięciem. Na domiar złego, zjawił się nowy bandyta, który wyjeżdżając w pełnym galopie z bocznego odgałęzienia, zrównał się z wozem i przykładając dubeltówkę na wysokość ramienia, wycelował ze spokojem. Wystrzał. Porażony kuczer bezwładnie osunął się na siedzenie. Jeździec złapał za lejce, zmuszając kobyły do zatrzymania.
       Czarne kowbojskie buty uderzyły niemal równocześnie o ziemię, pobrzdąkując ostrogami. Swobodny, choć zdecydowany krok przeniósł je w obręb cienia rzucanego przez plandekę. Kurek Peacemaker’a chrzęsnął pod naporem, obracając bęben. Raz, dwa, trzy! Podwinięty materiał ujawnił zawartość gotowej do strzału lufie. Przejechała uważnie wzdłuż znajdujących się wewnątrz sylwetek, po czym zniknęła w kaburze.
        W środku dwóch mężczyzn i młoda kobieta zbili się, jak najbliżej siebie. Z lękiem w oczach wyczekiwali na to, co się wydarzy. Butch wciąż trzymając skrawek tkaniny, wspiął się na wóz i pochylając do środka, ocenił stan rannego.
        – Wyliże się – rzucił oschle.
        Chciał ich na razie zostawić, ale zatrzymał go głos najstarszego mężczyzny, który, zdawało się, był seniorem rodu:
        – Błagam! Szanowny panie! Nie mamy nic wartościowego, jesteśmy ubogimi farmerami – zaskrzeczał żałośnie, odważając się zbliżyć na wyciągniecie ręki.
        Przyjrzał mu się uważnie i korzystając z nadążającej się okazji, złapał za fraki, przyciągając na odległość pozwalającą tamtemu poczuć jego kwaśny oddech.
        – Doprawdy? – zadrwił. – A tu co mamy?
        Z tym pytaniem włożył mu rękę pod kamizelkę w miejscu, gdzie dostrzegł interesującą wypukłość. Z wewnętrznej kieszeni wyjął skórzany portfel, a z niego kilka banknotów o wysokich nominałach. Machnął nimi przed twarzą starca z niewyartykułowanym ostrzeżeniem. Opuszczając się z powrotem na ziemię, schował pieniądze do rękawa. Jednocześnie skinieniem głowy dał znak zniecierpliwionym kompanom, aby zaczęli przeszukanie.
      Rozległy się płaczliwe krzyki, prośby oraz szlochy. Nie zważając na to, wywalili wszystkie ich toboły na ziemię. Jeden, przypominający z wyglądu Indianina, rozpruwał walizy i bezceremonialnie wybebeszał z zawartości, depcząc po ubraniach i innych, bezwartościowych dla niego, rzeczach. Drugi przeprowadzał rewizje osobiste, brutalnie łamiąc wszelki opór. Butch w tym czasie zajmując się wyprzęganiem koni, zaniepokoił się. Przykładając ucho do podłoża, wyczuł zbliżający się tętent.
       – Nie uwierzycie, co mam! – zawołał zbir, wyskakując na zewnątrz przy wzmożonym akompaniamencie oburzenia zmieszanego z błaganiem. W ręku trzymał sporych rozmiarów zawiniątko. – To będzie z ćwierć funta czystego zł…
        – Wspaniale Joe! Ale teraz musimy wiać, natychmiast! – przerwał mu Butch.
       Nie bawiąc się w wyjaśnienia, szarpnął jeszcze za bark czerwonoskórego i w mgnieniu oka cała trójka siedziała w siodłach. Co prędzej spięli wierzchowce i popędzili przed siebie.
       Obawiając się, że wieść o napadzie szybko się rozniesie, mobilizując władze stanowe do pościgu, postanowili jechać całą noc w stronę Teksasu. Zatrzymali się tylko raz przy wodopoju. Mimo wszystko dopisywały im humory. Odnieśli sukces ponad spodziewaną miarę. Sakwy przytwierdzone do siodła Joe, które w pośpiechu zapełnił znalezionymi fantami, gwarantowały im spokojny byt na następne kilka miesięcy.
       Nad ranem, dwadzieścia mil na południe od Rock Crossing, opatuliła ich mgła gęsta jak mleko. Zjawisko, które na tym terenie bardzo rzadko jest tak intensywne, uznali za kolejny dar od losu ostatecznie pozwalający zgubić ewentualny pościg. Wówczas w umyśle Joe zaświeciła jeszcze jedna korzyść z tej sytuacji. Wodzony zachłannością, uznał, że mając większość łupu u siebie, może się po prostu ulotnić. Nie miał dużo czasu, dlatego natychmiast wprowadził plany w czyn. Przy podejściu na niewysoki płaskowyż, zaczął narzekać na przemęczenie wierzchowca i swoje własne, co pozwoliło mu zostać na szarym końcu. W pewnej chwili po prostu skręcił na wschód, gubiąc pozostałych. Niestety dla niego, nie bez powodu nosił przydomek Tępy Joe. O ile w strzelaniu był jednym ze sprawniejszych rewolwerowców, o tyle w kwestiach nawigacji zawstydziłaby go staruszka z zaćmą. Zgubił się. Kluczył w nieskończoność, nie potrafiąc ocenić kierunków. Na dodatek trudny teren zmuszał go do ciągłych podejść pod górę i stromych zejść w dół, co wydłużało czas, który chciał pierwotnie przeznaczyć na jak najdalsze oddalenie się stąd w linii prostej. Rozpraszająca się wreszcie mgła, dała mu nadzieję, ale zaraz potem okazała się przekleństwem. Piekielne fatum sprawiło, że stanął na wprost swoich porzuconych towarzyszy! Butch widząc go ponownie, wyglądał na równie zaskoczonego, ale tylko przez chwilę. Joe spanikował i zawracając konia, rzucił się do panicznej ucieczki. Ruszyli za nim. Długo to nie trwało. Koń zmęczony zbyt długo tułaczką, zrzucił go z siodła. Upadając na zboczu, wypuścił rewolwer i ten odbijając się od kamieni, zsunął się gdzieś daleko w dół. Wstając, zamarł przed wycelowaną dubeltówką Butcha. Nie miał wyjścia, uniósł ręce do góry. Indianin zeskoczył na ziemię i zaciskając pięść, wypełnił nią boleśnie cały kadr.
       – Cassadore, załóż naszemu przyjacielowi ten uroczy kapturek. – To ostatnie zdanie, jakie usłyszał, zanim stracił przytomność.

***

       Kowboj siedział na ziemi. Skupiając się na czyszczeniu rozłożonej na części broni, drobiazgowo polerował każdy element. W odbitym w nich świetle sprawdzał, czy nie zostały jeszcze jakieś smugi. Za jego plecami pojawił się Cassa. Usiadł obok. W ustach trzymał żarzące cygaro i co chwilę, z wyraźną przyjemnością, wypuszczał gęste kłęby szarego dymu. Nieśmiałe powiewy wiatru, kołysały jego długimi włosami splecionymi w warkocze.
       – Wytłumacz mi coś, Butch – odezwał się wreszcie. – Po co żeśmy ścigali tego szczura?
       Butch, nie odrywając się od swojego zajęcia, jeszcze chwilę milczał.
       – Joe... Nasz kochany, głupi Joe… – wyszeptał. – Widzisz, Cassa, to dość zabawna sprawa…
       Wyraźnie nie spiesząc się, pozwalał słowom płynąć własnym, leniwym tempem.
       – Nasze niespodziewane, ponowne spotkanie, zaskoczyło mnie, przyznaję. Przez sekundę pomyślałem, że Joe uwierzył, że jest prawdziwym mścicielem południa. – Uśmiechnął się pod nosem. – Ale nie. To wciąż był stary, tchórzliwy Joe. Widząc jak pierzcha podobny do zająca, od razu domyśliłem się prawdy.
       – A to niby jakiej? – pogonił go zniecierpliwiony.
       – A takiej, że nasz wspólny przyjaciel ani wtedy, ani teraz nie wie o małej podmianie w trakcie nocnego popasu. – Odkładając ścierkę, precyzyjnymi ruchami zaczął składać elementy Colta. – Podejrzewam nawet, że wierzy w wersję, w której to on zgubił we mgle nas, a nie my jego.
       Twarz Indianina wygładziła się w niespodziewanym rozbawieniu.
       – Tak, Cassito. Myślał, że ucieka nam, objuczony po brzegi bogactwem, a tymczasem błąkał się po pustkowiu obciążony kamieniami.
       – No to przyznaję, że mogło tak być. – Zaśmiał się. – Ale po co go łapaliśmy?
       – Z prostej przyczyny. Bo może się jeszcze przydać.– Ostatnia część rewolweru weszła na swoje miejsce. – Jest straszną łajzą, ale przynajmniej dobrze strzela. Poza tym... – nadął się, siląc niemal na profesorski ton – .. nic na tym nie tracimy, a nawet przeciwnie.
        – Nie rozumiem.
        – Już tłumaczę. Widzisz, wierząc w swoją wersję wie, że mamy prawo się mścić za zdradę, za kradzież. My, jak aktorzy w teatrze, odgrywamy swoje role. Dzięki temu cały łup przypada tylko nam dwóm, a do tego dostajemy wiernego pieska, który będzie winien wdzięczność za darowane życie.
         Lampka w głowie Cassadore nagle rozbłysła, wydając z niego tubalny odgłos triumfu.
        – Genialne! – zawołał.
        – Dziękuję.
        Indianin po krótkim entuzjazmie znów spoważniał.
        – O brzasku powinniśmy wreszcie wyruszyć – rzekł i wskazał na ledwie widoczny punkt w oddali. – Mam już do niego pójść i go uwolnić? Pewnie wciąż nie wie, że pod nim nie ma żadnego pala.
       Butch schował broń. Zdjął czarny kapelusz i starł pot z czoła. Westchnął jakby ze zmęczenia. Odchylił się do tyłu i opierając na jednym łokciu, wyjął piersiówkę. Pociągnął z niej dwa łyki, a następnie podał kompanowi. Mrużąc oczy, nie odrywał wzroku od horyzontu, pod którym falowało morze wyschniętych traw. Tarcza słońca wędrując po nieboskłonie, już wkrótce miała zlać się z wszechobecną prerią.

THE END


*****
Źródło: http://www.opowi.pl/tw-3-mgliste-nadzieje-a49379/




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.