Przejdź do głównej zawartości

Maska swastyki (2/2)


Autor: jolka_ka
Gatunek: Dramat, wspomnienia retrospekcja

        Błyskawice co rusz przecinały granatowe niebo, choć nie spadła ani kropla deszczu. Zza księżyca przezierał stalowy, szary lęk. Krzyk narastał. Próbowano rzucać się na druty, szarpać za nie i wyciągać daleko ręce. Z przerażeniem patrzyłem jak dwójka, na oko trzydziestoletnich mężczyzn, próbuje wciskać głowy między kraty, w nadziei, że kości czaszki chociaż minimalnie rozciągną pręty na bok. Jeszcze większe przerażenie poczułem chwilę później, gdy zdałem sobie sprawę, że nikt do tamtych nie strzelił. Zignorowano krzyk, zignorowano desperackie próby ucieczki i wreszcie, całkowicie pominięto zmianę zachowania. Znów dostaliśmy wodę. Pragnienie było jednak zbyt duże, a głód jeszcze większy, by ugaszono to kilkoma łykami. Światła zgasły. Wyczekiwaliśmy.

Źródło: pixabay.com Autor: Ichigo121212

       Było ciemno, tym ciemnej, im bardziej myślałem o tęsknocie za obozem. To miejsce rozpierzchło się we mnie na tyle, że każda zmiana pobytu na inną, niż jakkolwiek bezpieczna przystań, wprawiała w konsternację. Dlaczego nie zabito nas wcześniej? Dlaczego przewieziono właśnie tu, skoro istniało miejsce, gdzie pod naskórkiem jakiejś fałszywej idei i w imię nienawiści można było zabić tysiące osób z taką łatwością?
        Czułem, że zakłóciła się jedność między tym co wiem, a widzę. Pośród szepczących przekleństwa i modlitwy głosów, próbowałem zrozumieć czego chcę i co powinienem zrobić. Odrzucałem od siebie powracającą wiarę, że powrócimy w miejsce skąd nas siłą wywieziono, że nie wydarzy się złe, gorsze, ostateczne, bo przecież gdzieś tam czeka dom.
       Kiedy jednak i tej nocy zabrano kilka osób, postanowiliśmy raz jeszcze pokazać siłę i gotowość do walki. Wrogość pojedyncza i zbiorowa, tak długo ukrywana w strachu, wyszła na powierzchnię. Zaczęliśmy bić siebie nawzajem. Uderzać głowami o ściany i kraty. Tak, by widowisko przyciągnęło jak najwięcej osób. W głowie kotłowała się myśl, że jeśli będziemy konsekwentni, dotrwamy do następnej zimy, jeszcze tydzień, dwa miesiące i będzie piękniejsze jutro, a ta noc jest naszym największym sprzymierzeńcem. Po zmroku łatwiej być Judaszem, łatwiej zdradzić wszystko, co się do tej pory wyznawało, odrzucić zasady. Odnaleźć w sobie jakiś zwierzęcy instynkt. Chęć przetrwania za wszelką cenę.
       Jeśli nie Bóg, to coś wielkiego dawało nam znać przez nagły napływ sił, że to jedyna droga do wyzwolenia. "Przyjdą do nas, a wtedy odbierzemy im broń", pomyślałem, tak jak wielu innych. Wystarczyło krótkie spojrzenie w ich stronę, by dostrzec, że im bardziej czas kurczył się w swoich ramach, tym większa agresja przeciw zabawom w kata rosła w naszych sercach.
       — Nie mamy nic do stracenia — rzekłem cicho, spostrzegając, że niektórzy z powątpiewaniem patrzą na kotłujące się jak w klatce ludzkie członki.
       — Bzdura! Bzdura! Zastrzelą nas jak świnie, bez mrugnięcia okiem. Zamknijcie się, póki jeszcze jest szansa! — głos dotarł z sąsiedniej celi.
       — Racja — zawtórował następny. — Skończymy jak Kosa. Dostaniemy kulę w otwarte gęby! A tak przynajmniej mamy wodę!
       — Chcesz się oddać w ręce zbira, bo ugasiłeś pragnienie? Pieprzyć takie miłosierdzie, kiedy chwilę później zaciągają następnych pod ostrze. Nie zdziwiłbym się, gdyby napluli do kubka, zanim wypiliśmy.
       Ucichło.
      — Moglibyście spróbować — przerwał elektryzującą ciszę jakiś młodziak. — Andrzej ma rację. — Nie widziałem w ciemności jego głowy, ale wydawało mi się, że skinął w moją stronę. — Świat jest taki pusty. Spróbujmy odwrócić czas. Wy spróbujcie. Ja mam inne życzenie.
       Nikt nie zapytał jakie. Nawlekaliśmy słowa na czekanie, kiedy znów przemówił:
       — Nie chcę ginąć z ręki Niemca. Wiem, że mnie spalą, a to tak mocno przeraża, bardziej niż myśl, że nie będę umiał się obronić. Oskarżą i wykonają wyrok. Wszystko potrwa kilka minut, potem przyjdzie ktoś następny i weźmie moją odciętą głowę, zapakuje do skrzyni i z resztą bezwładnych członków spali. Ten popiół śni mi się nawet na jawie. Chciałbym, żeby zakopano mnie pod ziemią, by przetrwał choć szkielet, świadczący, o tym że byłem kiedyś człowiekiem — zaszlochał. — Gdybym mógł, oddałbym duszę i błagał choćby o ten dół, metr dwadzieścia pod glebą.Kiedy wszystko na świecie skurczyło się do mordu i nie ma gdzie pomieścić miłości, pozostaje mi mieć nadzieję, że te bydlaki rzucą na ciało choć garść piachu.
       — To chyba bez różnicy — szepnąłem. — Nie sądzę...
       — Mylisz się — przerwał od razu i popadł w jakieś dziwne utrapienie. Wszyscy wytężyliśmy słuch, ale przez dłuższy czas nie powiedział ani słowa. Słychać było za to nerwowe szuranie, odgłosy oddawania moczu i płacz, malejący z minuty na minutę. Odkąd nas wyłapano i osadzono w obozie nie znaliśmy innego zapachu niż zatęchły, duszący smród potu i ekskrementów, ale tu, pośród wilgotnych ścian, stawał się jeszcze bardziej dokuczliwy.
       — Chcę umrzeć sam. Przechytrzyć ich. Niech któryś z was zawiąże mi rękaw koszuli na szyi i zaciska mocno, dopóki nie upadnę — stanowczy głos przeniknął ciszę.
       Kilkoro z nas próbowało go pocieszyć, choć brzmieliśmy mało wiarygodnie. Podkładaliśmy chłopakowi wszystkie nadzieje na wydostanie się, lepsze dni, może nawet piękniejsze niż przed wojną, że minie kilka miesięcy i znów będzie dobrze. Będzie cicho. Tak spokojnie, że usłyszymy oddech ziemi, głos ulgi, a później długo nikt nie pozwoli na takie cierpienie.
       W obliczu tego, że walka była zbyt zaawansowana i nijak nie zmierzała ku końcowi, nasze słowa nosiły znamiona fałszu. Wojna zaczęła przyjmować wszystkie ofiary, bez względu na pierwotne pobudki, ofiary pochodzące zewsząd, każde mięso, czyli tych, którzy sprzeciwią się, by świat przybrał barwy swastyki. Wymyślaliśmy szczęście, nie wierząc w ani jeden jego okruch. Wymyślaliśmy jutro, nie wiedząc czy wszystkie wczoraj to jeszcze rzeczywistość.
       Nikt z nas nie odważył się pomóc w uduszeniu, choć jeszcze w pociągu obojętnie patrzyliśmy na śmierć. Tu było inaczej. Pojawiły się nieznane emocje, wartości. Blade współczucie.
        Rano chłopak już nie żył. Nigdy nie dowiedziałem się czy ktoś mu rzeczywiście zacisnął "pętlę", czy jednak miał na tyle odwagi, by zrobić to sam.
        Ta śmierć to był koniec naszego dialogu i początek dziwnego smutku, który rozpierał naznaczone stygmatami serca. Początek otrzeźwienia i tysiąca myśli, dlaczego człowiek popełnia samobójstwo tylko po to, by nie widzieć satysfakcji w oczach oprawców. Próbowałem zrozumieć tę brutalność mordu. Nie odnalazłem sensownych powodów.
        Została nas garstka. Nie mówiliśmy już nic. Zrozumienie przyszło przez skinienie głowy. Usiedliśmy obok siebie. Potem zrodził się krzyk, wrzask zagłuszający strzały na zewnątrz. Dręczeni dzień i noc przez małostkowe, zbydlęcone szarże trwaliśmy w letargu, zastanawiając się, czy warto jeszcze żyć. Teraz jednak, śmierć i całkowita rezygnacja jednego z więźniów, sprawiła, że ze wszystkich sił liczyliśmy na wolność. Kroki ciężkich, masywnych butów, specyficzne kroki, które stawiają tylko ludzie trzymający broń słychać było coraz głośniej. Każdy milimetr przybliżał nas do celu. Kiedy byliśmy już oko w oko z wrogiem wszystko ucichło. Palcami wskazaliśmy na trupa. Jeden z esesmanów pokręcił głową, wyjął kartkę i niezdarnie coś nabazgrał. Później wszedł, kopnął młodzika kilka razy w tułów, sprawdzając czy aby na pewno nie żyje i nachylił się, żeby sprawdzić numer. To był błąd. Dopadliśmy do niego. Celę zalała nienawiść. Dwoje z nas zginęło, kiedy esesmani strzelali zza krat. Reszcie udało się zbiec w głąb budynku. Trzymając się za ręce, biegliśmy przed siebie. Niewiele myśląc, używaliśmy broni na oślep. "Nie dać się złapać, nie dać się złapać", to jedyne, co dobiegało do głowy. Starczyło sił, by uciec przez bramę. Walka z ogrodzeniem trwała dłużej. Słabsi nie podołali. Słyszałem, już z dala od ceglastego budynku, ich ostatni krzyk. Chwilową radość stłumiło przerażenie, kiedy spojrzeliśmy na siebie.
       — Numery! — krzyknął ktoś. — Trzeba coś z tym zrobić!
       Nie mając nic pod ręką, zaczęliśmy drapać do krwi, obijać ciało tak, by nie było znaków, że jesteśmy z obozu. Schroniliśmy się w opuszczonym budynku, dygocząc z przerażenia i jednocześnie ciesząc, że jesteśmy sami. Wierzyliśmy, że prędzej czy później ktoś nam pomoże. Pozbyliśmy się ubrań i tak doczekaliśmy zmierzchu.

        Nocą wsiedliśmy do pociągu.


*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-maska-swastyki-22-a48977/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.