Przejdź do głównej zawartości

Maska swastyki (1/2)


Autor: jolka_ka
Gatunek: Dramat, wspomnienia, retrospekcja

       W tamtej historii czas niczego nie zmienił. Dni, które mieściły w sobie najpodlejsze pokolenie tresury, a więc całe masy dzierżących władzę szyderców z batem, przychodziły mi na myśl, ilekroć słyszałem odgłos nadjeżdżającego pociągu.
       Była wczesna jesień. Sercowe liście topól spadały ludziom na roześmiane twarze. Jeszcze złociło się wszystko wokół, jeszcze napasione korony drzew szumiały w takt wiatru. A potem ktoś tchnął w powietrze niezwykłą siłę i sprawił, że parki pełne były ciemnych, anorektycznych krzewów o wyłupiastych oczach. Tory kolejowe przestały kusić samobójców szybkim rajem. Od torów zaczęto uciekać.
       Wszyscy wytężyli słuch, by uchwycić oddech sprawcy tych przemian, lecz przez kościste gałęzie dębów i olch nie przedostawał się żaden ludzki dźwięk.


Źródło: pixabay.com Autor: Broesis

       Spędziliśmy za bramą obozu pięć miesięcy, zanim zapakowano nas do niebieskiego pociągu. Dopiero wtedy, gdzieś w głębi, w ciasnym zakamarku mózgu zapulsowało żółte, ostrzegawcze światło. Przez bezsilność przedzierał się już ostatni z ludzkich popędów – głód. Spojrzałem na dziesiątki, może setki zapałkowych sylwetek przytulonych do siebie zbyt ciasno i z całych sił próbowałem skupić myśli na czymś innym, niż liczenie ich wystających żeber. Zamiast oczu mieli już puste jamy, wyolbrzymione i rozdęte głowy smętnie zwisały na cienkich szyjach. Stefan, najwyższy z mężczyzn, zażartował, że wiozą nas do fabryki cukierków, a tam będziemy ręcznie zawijać słodycze, bo mamy sprawne i chude palce, że jesteśmy wybrani. Kilka osób cynicznie się zaśmiało. Chwilę później połykali łzy, oglądając z przerażeniem własne ręce. Jakby dopiero w tamtym momencie uświadomili sobie, że są tak liche jak odnóża pająków, a sylwetki coraz bardziej przypominają owadzie korpusy. Wszyscy, bez wyjątku, byliśmy nieforemni, niekształtni, z malejącą wiarą i mikroskopijnymi żołądkami, które jednak rozszerzały się niczym worki, kiedy rzucono nam ochłap czerstwego chleba.
       Przyjąłem jedyną, wygodną pozycje – na kolanach. Miejsca było tak mało, że ocierałem się niemal każdą częścią ciała o resztę zgromadzonych. Czułem, jak zostawiają na mnie tłuste ślady brudnych palców, jak swędząca skóra staje się coraz bardziej szorstka. To wtedy zdałem sobie sprawę, że nigdy już nie zmyję tego z siebie, bo nie istnieje takie mydło, które byłoby w stanie zlikwidować odcisk tego, co z nami zrobiono.
        Pociąg przyspieszył. Smród niemytych, ludzkich członków dusił i przyprawiał o mdłości. Z zaułków dobiegał złowieszczy jęk, kiedy raz po raz głowy uderzały o siebie. Wielu straciło przytomność. Wygłodniałe charty padały jak pacynki, a ci którym udało się utrzymać pozycję zbiegali się wokół nieświadomych jak roje much nad padliną. Patrzyli w nadziei, że nie otworzą już oczu.
       — Ej, ty! Modlisz się?! — krzyknął ktoś z boku, wbijając mi paznokcie w ramię. Odwróciłem się. To był Kosa, wysoki chłopaczek, którego niegdyś męczył tyfus i jedną nogą witał już gaz. Cudem wydobrzał, więc z powrotem przydzielono go na blok. Dostrzegł nas jeden z trzymających broń; reakcja była niemal natychmiastowa, młody dostał butem z taką siłą, że upadł na ziemię niczym mokra sterta szmat. Uderzenie było na tyle prezycyjne i mocne, że przez dłuższy czas jego nos oblewał się szkarłatem. Leżał nieruchomo, co rusz deptany przez innych, próbujących zorganizować sobie więcej przestrzeni. I kiedy wydawało się już, że nie da rady unieść głowy, dźwignął tułów, odszukał mnie wzrokiem i ponownie krzyknął, kładąc nacisk na ostatni wyraz.
       — Modlisz się? To zapytaj, czy twój Bóg był kiedyś głodny!
       Po tych słowach strzelono mu w otwarte usta.
       Przez następną godzinę nikt nie odważył się odezwać. Nauczeni nie pokazywać emocji, zaklęci w ciszy i bezsilności udawaliśmy, że kolejna śmierć nie jest dla nas niczym szokującym. Żyliśmy ramię w ramię z przedsionkiem piekieł, więc krew i odgłosy broni przestały dziwić. "Im mniej ludzi, tym więcej miejsca", pomyślałem, traktując swoją podłość lekko, nie rozmyslając nad tym, czy tak przystoi. Świat spsiał, a my wszyscy byliśmy jego najgorszym odłogiem. Tak nam wpojono. Współczucie ginęło, kiedy w grę wchodziła nadzieja na własne przetrwanie. Bardziej niż niesłusznej śmierci żałowałem zagrabionej szansy na odpowiedź, choć modlitwę już dawno przestałem postrzegać jako ratunek. Wymazywałem z pamięci każdą, ale słowa same łączyły się w zdania i przywoływały w pamięci obraz matki, która płakała ze wzruszenia, ilekroć udawało mi się w całości odmówić "Ojcze Nasz".
       Stukot kół był coraz szybszy, a kolana krwawiły od twardego podłoża. Myślałem tylko o tym, dokąd podążamy. Łączyło nas jedno – szare maski upokorzenia zamiast twarzy i wytatuowane numery, pokazujące, że wewnątrz pociągu nie ma już ludzi, a tylko ciągi cyfr. Myśli kulące się przed przyszłością i zagubione ręce. I wreszcie ciemność. Mimo światła, które przecież oglądaliśmy z okien baraków, i które przyszło nam ujrzeć po wyjściu z wagonu, zatopieni byliśmy w odmętach lepkiego mroku. W niczym nie odnajdywaliśmy pocieszenia, gdyby choć udało się znieczulić psychikę ochłapem nadziei, byłoby łatwiej znieść, że świat przybrał maskę swastyki i rozdaje ją wszystkim zaproszonym na ten błazeński, prymitywny bal. Niestety, to i wiele innych było poza naszym zasięgiem.
       Po kilku godzinach w półmroku i jednym postoju na załatwienie potrzeb, dotarliśmy do jakiegoś punktu. Nagły blask oślepiał oczy. Skuto nas kajdanami i poprowadzono ulicami w głąb miasta. Wzajemne podjudzanie wyprutych z emocji ludzi, ordynarne żarty i nastawianie człowieka do człowieka, sprawiło, że źrenice wielu z nich nabrały jeszcze ciemniejszego wyrazu. Głód sprowokował, iż zaczęto patrzeć na siebie jak na posiłek. Przyjaźnie przestały być ważne, hierarchia wartości, która wydawała się jeszcze tak mocna pół roku temu, upadała z każdym celowym szturchnięciem, z każdym podstawieniem nogi i wszyscy wiedzieliśmy, że ginąć będzie nadal, bo w obliczu śmierci i braku najważniejszej ludzkiej potrzeby – bezpieczeństwa – relacje schodziły na dalszy plan. Wszystko było chwilowe i prowizoryczne.
       W naszej grupie, jak się później okazało, naliczono pięćdziesiąt osób. Pociąg z resztą więźniów odjechał dalej. Stanęliśmy przed ceglastym budynkiem, pokrytym od dołu mchem. Poczułem olbrzymi ścisk w żołądku. Wpatrywałem się w tę ciemną zieleń, wyobrażając sobie, że napełnia mi brzuch na wiele dni. Jeden z esesmanów musiał to zauważyć, bo podszedł do ściany i zwyczajnie się na nią odlał. Mocz spłynął po murach i oznaczył punkt, który wizualizowałem jako strawę. Chwilę później machnął ręką w geście zaproszenia i wyszczerzył wielkie zęby, mrucząc jakieś plugawe słowa. Wtedy coś we mnie pękło. We mnie i w wielu innych, stojących ze mną, wycieńczonych kukiełek. Czułem się tak, jakby ktoś zabrał mi najcenniejszą rzecz, podważając jej wartość i plując przeżutymi resztkami prosto w twarz. Zwymiotowałem, choć w środku miałem już tylko samą żółć. Zerknąłem na pozostałych – w ich oczach rozkrzewiała się złość dzikich kotów. Przez sekundę zapragnąłem walki i zagrabienia najcenniejszej dla oprawców rzeczy – broni. Widziałbym jak krzyczą coś w swoim ohydnym języku, ale nie mogą się obronić. Zupełnie jak my. W końcu, któryś z nas zabiłby wszystkich, strącając do królestwa Judasza i patrząc, jak oczodoły błagają o litość, a w ostatnim jęku wybrzmiewa ledwo uchwytny cykor. Oczywiście, nie zrobiliśmy żadnej z tych rzeczy, choć w głowie na nowo obudzono chęć zemsty. "Obyś był kiedyś tak głodny i zeżarł ten zaszczany mech", zdążyłem pomyśleć, zanim znów poszczuto nas wściekłymi pyskami, zapędzając jak owce do zagrody.
       Najstarszy, przynajmniej z wyglądu, esesman otworzył masywne drzwi budynku. Ulokowano ludzi po kilku w ciasnych klitkach z drutami. Płacz, który rozległ się w momencie zatrzaśnięcia kłódek był dokładnie taki sam, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy dokonano selekcji i przydzielono do pracy. Płakano z jakiejś dziwnej radości, zmieszanej z lękiem. Przez chwilę poczuliśmy się bardziej wolni, choć ograniczeni do jeszcze mniejszej powierzchni.
        Wszystko powoli ogarniała szarzyzna. Zostaliśmy sami, bez nadzoru, ale i bez wyjaśnień. Dano nam wody i po raz pierwszy od kilku miesięcy przespaliśmy całą noc. Rano naliczono czterdzieści osób, a świat przybrał barwy jeszcze ciemniejsze niż dotychczas. Spod sąsiedztwa krematorium trafiliśmy wprost nad izbę straceń. W progi gilotyny. Katowicka "Czerwona wdowa" roztoczyła nad nami wizję szybkiej, bezbolesnej śmierci.
        Kolejnej nocy słychać było już tylko wrzask zdzieranych gardeł. W tym niekontrolowanym krzyku rodził się bunt.

******

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-maska-swastyki-12-a48850/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.