Przejdź do głównej zawartości

Jeden dzień życia


Autor: Sensol
Gatunek: Horror

       Ale wpadłem. Snajper z zapaleniem spojówek i reinkarnacja. Gatunek horror. Nie próbowałem nigdy horroru. Nie czytam horrorów. No może dwa w życiu przeczytałem: "Lśnienie" i "Misery". Prawie nie oglądam horrorów. Podobał mi się film "Carry" i ekranizacja "Lśnienia" Kubricka. Tak - "Lśnienie" to film z dużym wykopem, trzeba przyznać. Ale ja? Co ja mogę? Więc wiję się teraz w mękach twórczych, w głowie pustka. Siedzę przed komputerem i wgapiam się w biały ekran monitora jak szpak w pizdę. A przecież sam się zgłosiłem. Przymusu nie było żadnego. W dodatku trafiłem na snajpera z zapalaniem spojówek, którego sam wymyśliłem i dodałem do puli postaci. Sam sobie nasrałem do butów! I teraz co? Nic nie napisać - głupio. Powiedzą, że Sensol jest kiep i tylko wprowadza zamieszanie i w dodatku zestaw blokuje. Z kolei napisać coś na siłę - od razu wyczują, że wymęczone, zmieszają z błotem, wyszydzą, zajedynkują, oplują... Nie wziąłem przykładu z Himilsbacha, który na wszelki wypadek nie nauczył się angielskiego, to znaczy ucieszył się, że nie będzie musiał się nauczyć. Wszedłem w to. Siedzę teraz w kapciach przy kompie. Od papierosów drapie mnie w gardle. Mam lekkiego kaca, takiego w sam raz, żeby usiąść do pisania. Spłuczka odciągnięta, sprawdziłem przed chwilą czy nie cieknie. Nie cieknie. Kapcie mam na nogach, więc nie muszę pamiętać, żeby stały na baczność przy łóżku.


Autor fotografii: Sensol

       W horrorze najważniejszy jest wyrazisty bohater. Może mógłby nim być Wasilij Błochin? Wasilij Błochin, nadworny kat Stalina, przez trzydzieści lat służby w NKWD zabił własnoręcznie pięćdziesiąt tysięcy ludzi. ZABIŁ WŁASNORĘCZNIE! Tak. To dobra postać na horror. Wystarczy opisać jeden dzień z jego życia. Jak budzi się rano, myje zęby, goli się, bierze prysznic. Stop! Źle. Błochin nie musi wcześnie wstawać. Pracuje w nocy. A więc budzi się późno, wstaje z łóżka dopiero po południu, myje się, goli, robi sobie jajka na miękko. Potem zakłada bieliznę, skarpetki, mundur i wychodzi do kiosku po gazetę. Wraca do siebie, czyta "Prawdę", trochę drzemie, trochę krząta się po mieszkaniu. Po zmroku odpala swoją Pobiedę i jedzie na Łubiankę do pracy. Widzę go jak wchodzi do miejsca kaźni, do pomieszczenia, które kiedyś było łaźnią.

       Wasilij Błochin celuje z nagana w głowę klęczącego przed nim więźnia. Na sobie ma skórzany sztywny od zaschniętej krwi rzeźnicki fartuch, skórzane rękawice z mankietami do łokci. Drzwi do łaźni kazał obić wojłokiem, aby żaden dźwięk nie mógł wydostać się na zewnątrz. Na ścianach, na podłodze białe kafle. Pod sufitem uwieszone dwie mocne lampy. W rogu dębowy stół. Na stole telefon, butelka wódki i paczka białomorów. Klęczący chłopak ma osiemnaście lat i związane na plecach ręce. Drży i poci się ze strachu. Brudne łachmany i pot człowieka, który wie że zaraz umrze wydzielają tą jedyną w swoim rodzaju woń. Zapach śmierci. Przez chwilę zimne piekło oczu oprawcy spotyka się z piekłem oczu skazańca. Pada strzał, ciało chłopaka wiotczeje i osuwa się na posadzkę. Z dziury w głowie wylewa się litr krwi. Błochin stoi nad trupem. Patrzy w mętniejące oczy. Potem podchodzi do stolika pije wódkę z butelki. Zapala papierosa. Wzywa przez telefon strażników, każe im zabrać trupa. Odkręca zawór i zmywa krew z podłogi mocnym strumieniem wody tryskającej z gumowego szlaucha.
       Mija pół godziny. Strażnicy przyprowadzają mu następnego skazańca. Błochin ładuje nagana. Strzela. Trafia nieszczęśnika w głowę. Krew opryskuje ścianę. To znak, że źle przycelował, pod złym kątem. Lata praktyki nauczyły go, jak trafiać, aby krew i mózg nie brudziły wszystkiego dookoła.
       Tej nocy, kiedy obserwuję Błochina, do celi śmierci przyprowadzono jeszcze trzech skazańców. To jest przeciętna średnia, typowa norma. Jeśli w ciągu trzydziestu lat służby udało mu się zabić pięćdziesiąt tysięcy osób, to wychodzi mniej więcej pięć śmierci na jedną szychtę. Zastanawiam się co może czuć człowiek, który codziennie z zimną krwią morduje ludzkie istoty. Co czuje, kiedy naciska spust? Czy wie, czy zdaje sobie sprawę, że zabijając zabiera zabijanemu wszystko co miał? Zabiera mu całą przeszłość i całą przyszłość. Zabiera mu wszystko co miał i mógłby mieć. Zabiera mu żonę, dziecko, zabiera mu wszystkie chwile, które mógłby spędzić z kobietą, zabiera wieczory, które mógłby zmarnować w knajpie na wódce z kolegami. Zabiera mu słońce, deszcz, wiatr.
       Czy Błochin jest tylko dużym dzieckiem, które gra w grę strzelankę, tak jak teraz robią to miliony przyspawanych do komputerów nastolatków? Różnica tylko w tym, że to nie jest gra. To rzeczywistość, trójwymiarowa, cuchnąca krwią, kałem i potem mordowanych ludzi. Kule i krew są prawdziwe. Więc może Błochin jest już lekko znudzony zabijaniem, zmęczony codzienną rutyną, robi to, bo nic innego nie umie robić, i właściwie nic innego nie robił w życiu. Chciał być snajperem ale chroniczne zapalnie spojówek sprawiło, że przydzielili go do służby więziennej (uff - udało mi się wybrnąć z tym snajperem, została jeszcze reinkarnacja).
       A może jest zupełnie inaczej. Może on lubi zabijać? Lubi patrzeć ofiarom w oczy tuż przed egzekucją. Syci się ich przerażeniem. Błochin nie jest naiwny. Wie, że większość skazańców to ludzie zupełnie niewinni. Ta świadomość sprawia, że zabijanie sprawia mu jeszcze większą uciechę.
       No więc tak. Mam już bohatera. Wszyscy seryjni zabójcy - Jefrey Dahmer, Andriej Czikatijło, Andreas Breivik, Ted Bundy, Trynkiewicz itp. - to przy nim mały pikuś. Udało im się zgładzić kilka - kilkadziesiąt osób. Najwyżej. Cóż to jest wobec pięćdziesięciu tysięcy! Równać mógłby mu się może Tamerlan, średniowieczny chan - watażka. Po zdobyciu Isfahanu kazał wszystkim mieszkańcom ściąć głowy. Wszystkim - mężczyznom, kobietom, dzieciom, starcom. Było ich siedemdziesiąt tysięcy. Z obciętych głów kazał ułożyć piramidę. Wielki stos. Tamerlan miał rozmach. No ale to było dawno. Poza tym nie zabił tych wszystkich ludzi osobiście.
       Więc wystarczyłoby wiernie opisać życie Wasilija Błochina. Gdyby to miał być film, kamera widziałaby świat oczyma mordercy. Przemocy, zbrodni, trupów i krwi starczyłoby na pełnowymiarową powieść.
       Tylko nie bardzo mam ochotę babrać się w tym szlamie. Muszę sprawdzić spłuczkę, czy nie cieknie. Wstaję od kompa, idę do łazienki. Nie cieknie. Papierosy się kończą, więc czeka mnie kolejna przerwa od pisania. Muszę skoczyć do sklepu po fajki. Kac jest. Ale taki dla ludzi. Nie zamula mi głowy doszczętnie.
       No więc odpuszczam sobie dalszy opis podłego życia Wasilija Błochina. Jestem przy nim w chwili, kiedy wkłada sobie lufę nagana do ust. Jest 1955 rok. Stalin umarł, zaczyna się odwilż, Błochin zostaje wysłany na emeryturę w stopniu generała. Odstawiają go na boczny tor.
       Co czuje Wasilij z lufą nagana w ustach? Za chwilę pociągnie za spust. Czy zabija się, bo nie może znieść wyrzutów sumienia? Czy może wręcz przeciwnie - kończy ze sobą, bo nie może żyć bez zabijania? Może czuje mrowienie w palcach i wieczny niepokój? I znowu - może jest jak nastolatek, któremu zabroniono grać w ukochaną strzelankę. Może ma syndrom odstawienia. Trzydzieści lat zabijania wdrukowało mu się w głowę, zakleiło mu mózg trupim szlamem.
       Tego nie wiem. Może to i lepiej. Dobry horror powinien zostawić czytelnikowi przestrzeń do interpretacji. Motywy bohatera nie muszą być podane na tacy, gotowe do skonsumowania i przetrawienia.
       Błochin strzela sobie w łeb. Mózg pryska na ścianę. Szeroko otwarte oczy zasnuwają się mgłą.

      I w tym momencie zaczyna się druga część horroru. Porzucamy realizm i zagłębiamy się w mistycyzm. Zakończenie opowieści na tym etapie byłoby pogodzeniem się autora z czystym nihilizmem historii. Bo cóż tu mamy? Patologicznego zbrodniarza. Krew i flaki. Mamy zbrodnię. Ale nie mamy kary.
       A przecież chcemy aby historia zamknęła się jakąś klamrą. Chcemy, żeby cierpienie tych pięćdziesięciu tysięcy nieszczęśników miało jakiś sens...
       Więc na użytek tej historii, godzimy się na istnienie metempsychozy, czyli reinkarnacji. Godzimy się na istnienie wędrówki dusz po śmierci.
       Jak to wygląda w przypadku naszego bohatera? Po naciśnięciu spustu Błochina oślepia gorąca kula światła, jakby znalazł się w epicentrum atomowego wybuchu, potem rozpadającą się świadomość przewierca dziki gwizd. Potem wszystko cichnie. Gaśnie.
       Wasilij Błochin budzi się na więziennej pryczy, na sobie ma cuchnące łachmany, jest głodny i trzęsie się się z zimna. Patrzy na swoje dłonie. Skóra na nich jest gładka, bez przebarwień. To dłonie młodego człowieka. Do celi wchodzą funkcjonariusze NKWD. Związują mu ręce i wyprowadzają do pomieszczenia po dawnej łaźni na egzekucję. Błochin szybko orientuje się, że jego dusza, jego świadomość, jego jaźń jakimś cudem zagnieździła się w nowym ciele. W ciele skazańca wleczonego na śmierć.
       W celi śmierci, którą już poznaliśmy (białe kafle na ścianach i posadzce, mocne światło, itp.) spotyka samego siebie - Błochina oprawcę. Błochin skazaniec jest przerażony. Boi się bólu i śmierci. Nie chce umierać i wie, że musi umrzeć. Wie przecież co zrobi z nim za chwilę Błochin oprawca. Świadomość nieuchronnej śmierci jest najstraszniejszym doznaniem, jakie może spotkać człowieka. Świadomość śmierci i ból. Kiedy boli marzysz tylko o jednym, żeby przestało boleć. Przez chwilę piekło w oczach Błochina skazańca spotyka się z piekłem oczu Błochina oprawcy. Pada strzał, młody mężczyzna, w którego głowie zagnieździła się jaźń Wasilija osuwa się na ziemię. Traci życie w oślepiającym błysku i gwiździe rozwiercającym mu mózg na wylot. Potem jest tylko cisza. A potem świadomość Błochina znowu budzi się w obcym ciele, w ciele skazańca prowadzonego przez funkcjonariuszy NKWD na śmierć.

Autor fotografii: Sensol

       Każdy następny dzień jest dla Błochina drogą bez powrotu. Czasami przed śmiercią jest okrutnie bity. Wasilij oprawca, kiedy wypił za dużo, lubił łamać kości skazańcom metalową pałką. Czasem strzelał nie w głowę tylko w brzuch, aby delektować się powolnym konaniem zabijanego. Po kilku pierwszych reinkarnacjach Błochin ofiara domyślił się w jaką straszliwą wpadł matnię. Śmierć nie przynosiła wyzwolenia, tylko kolejną przesiadkę jego jaźni w ciało następnej ofiary. Strach przed śmiercią i ból nie spowszedniały mu. Do bólu i strachu nie można się przyzwyczaić. Wręcz przeciwnie. Kolejne egzekucje sprawiały, że cierpienie i rozpacz kumulowały się w jego świadomości, odkładały się jaki trupi jad.
       Wiedział, że jeszcze długa droga przed nim. Sam musiał przez to wszystko przejść. Cierpienie i śmierć, które zadawał teraz wróciły do niego. Musiał to wszystko odczuć na własnej skórze. Pięćdziesiąt tysięcy razy. Zazwyczaj epizod w nowym ciele trwał około dwudziestu czterech godzin. Czasem trochę mniej, czasem trochę dłużej. Pięćdziesiąt tysięcy dni. Ponad sto trzydzieści lat. Sto trzydzieści lat piekła.

***
        Taki to horror wymyśliłem. Ale nie potrafię tego porządnie napisać. Za mało czasu mam. Za dużo problemów w zwykłym życiu. Spłuczka, kapcie. Kontemplowanie kompulsywne wzoru na kafelkach w sraczu. Głupi szef w pracy. Bolący kręgosłup. Pociąg do używek. Predylekcja do wylegiwania się na tapczanie.
       No i mam horom curke. Dlatego tylko tyle zdołałem sklecić.

***
        Zresztą taki horror to w gruncie rzeczy bajeczka dla grzecznych dzieci. W rzeczywistości nie ma takich cudów. Pomordowani już dawno zgnili sobie w ziemi. Nie słychać ich krzyku. Katom nie spadł z głowy nawet jeden włos. Oprawca Wasilij Błochin został pochowany w alei zasłużonych Cmentarza Dońskiego w centrum Moskwy, gdzie znajduje się jego okazały pomnik nagrobny ozdobiony krzyżem prawosławnym i napisem: „Wieczna pamięć”, z wizerunkiem mordercy w mundurze generalskim.


*****

Źródło: http://www.opowi.pl/jeden-dzien-zycia-a49156/



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.