Przejdź do głównej zawartości

Eksperyment


Autor: jesień2018
Gatunek: Cyberpunk
Postać: Wykidajło
Zdarzenie: Zabawa w wisielca

       Wiedział, że nową robotę dostał przez pomyłkę. Pracując w Zakładzie, dwa razy był świadkiem wypadku i dwa razy nic nie zrobił, nie wezwał pomocy. Kamery zarejestrowały jego wyprostowaną sylwetkę, oczy wpatrujące się nieruchomo w umierającego człowieka. Nie ruszył się, bo nie był w stanie, paraliżowało go przerażenie. Na komisji powiedział jednak, że obliczył koszty akcji ratowniczej i wydały się mu zbyt wysokie, niepotrzebna strata dla Zakładu. Dlatego uznano, że jest wystarczająco nieczuły i pragmatyczny, by zasłużyć na ten awans. Teraz zamiast wciskać przyciski uruchamiające mechanizmy, o których nic nie wiedział, miał pilnować grupę pięciolatków i Piastunkę. Został przedszkolnym Wykidajłą, kimś praktycznie niewidzialnym. Dzieci traktowały go jak powietrze, przeczuwając, że jego rola jest tymczasowa i nic od niego nie zależy. Miał pilnować, nic więcej.

      
       Przedszkole nie było właściwie przedszkolem, tylko eksperymentalną placówką, w której szkolono najlepszych. Tych, którzy w przyszłości będą o wiele wyżej w hierarchii od niego, dla których nowe technologie to bułka z masłem, i których iloraz inteligencji znacznie przekraczał jego własny. Nie przejmował się tym. Wiedział, że po zakończeniu pierwszego eksperymentu wyślą go do Kurortu na całe dwa tygodnie. A to zupełnie coś innego niż wakacje w cyberprzestrzeni, na których bywał do tej pory. Poza Miastem był tylko raz, przez kilka godzin, z wycieczką szkolną, dawno temu. Na samą myśl, że znowu poczuje na skórze ciepło słońca, dotknie piasku i roślin, wejdzie do wody i poczuje jej chłód, czuł, że coś budzi się w nim i rozpycha w miejscu pustki i ciszy. Najpiękniejszy był jednak fakt, że będzie mógł wybrać sobie partnerkę. Może zaznaczyć w ankiecie piętnaście cech i będzie je miała kobieta - prawdziwa kobieta! Z ciepłym, żyjącym ciałem - którą mu przydzielą. Zabierze ją do Kurortu. Będzie uprawiał z nią seks. Jego życie wreszcie się zacznie. To, co miał w Zakładzie, nie było życiem.
        W myślach już odhaczał kolejne punkty. Blondynka. Wrażliwa. Żeby lubiła mówić, bo on lubił słuchać.
        Oczywiście myśl, jak przeżyje Fazę W, do której nieuchronnie zmierzał czas w przedszkolu, stale go niepokoiła. Oszukał zarząd. Nie jest twardy. Co, jeśli nie da rady? Jebać to, dodawał sobie otuchy. Znieruchomieję, jak wtedy, a potem dostanę kobietę i pojadę do Kurortu. Tak będzie.
        Dzieciaki były nawet zabawne. Bystre, małe hultaje. Nie domyśliłby się, że niewielkie implanty w ich umysłach miały selektywnie wydzielać im uczucia, które docierały do ich świadomości. Słuchając opowieści, licząc i rozwiązując testy, robiły mnóstwo różnych min, ich twarze nie przypominały masek, których się spodziewał, zanim tu trafił. Na uczuciach eksperymentowano po raz pierwszy, do tej pory ulepszenia zwykle dotyczyły siły, precyzji, sprawności. On sam był prawie nieulepszony, potrafił jedynie nie spać przez pięć dni z rzędu i nie czuć zmęczenia, bezbłędnie wciskać właściwe guziki przez cały ten czas.
        W jego grupie byli sami chłopcy. Piastunka była drobnej budowy i miała ładną twarz, nie dawał się jednak zwieść - na to miejsce musieli wybrać kogoś wyjątkowo nieczułego. Może psychopatkę. To ona przygotowywała dzieciaki. To ona nauczy ich zabawy w wisielca.
        Chociaż sylwetkę miała ładną, nie da się ukryć. Pomyślał, że zaznaczy właśnie taką szczupłą, z wąskimi biodrami. Będą brodzić w wodzie, trzymać się za ręce, patrzeć w błękit nieba.
        Faza W miała zacząć się jutro. Wiedział tylko, że nie można przewidzieć, ile dni potrwa, że polega na zabawie w wisielca i że ostatecznie jedno z dzieci zostanie zlikwidowane. Oraz że jego rola polegała na tym, by nikt w tym nie przeszkodził. Ani Piastunka, ani dzieci.
        Co zrobić, chujowe zadanie, ale ktoś musiał je wykonać. Jak nie on, to ktoś inny. I ktoś inny pojechałby z kobietą do Kurortu. O nie. Dostał szansę i zamierzał ją wykorzystać.
        Ciepły piasek pod stopami, księżyc odbijający się w wodzie, jej dłoń w jego dłoni, splecione palce. Wytrwa. Będzie dobrze.


        Usiadł koło Piastunki, kiedy dzieciaki jadły i nie zwracały na nich uwagi. Mimo wszystko wolał, żeby nie słyszały.
        – Podobno nie wiadomo, od czego zależy długość Fazy W – zagadnął ją.
        Nic nie odpowiedziała, patrzyła na chłopców. Nie przeczytała pytania, albo nie chciała na nie odpowiadać, jednak nie poddawał się.
        – Ale pani pewnie wie… – Cisza. – Ja też chciałbym wiedzieć – dodał wreszcie desperacko.
        – Tak długo, aż któryś nie zgadnie ostatniej litery i zostanie zlikwidowany – powiedziała tonem, jakby tłumaczyła mu, że do wyjścia to prosto i w prawo. Twarda zawodniczka. Nie będzie miał z nią problemu.
        – Tylko ostatniej? Jeśli pomylą się we wcześniejszych, nic się nie stanie? – Obrzuciła go szybkim spojrzeniem, jakby sprawdzała, czy ktoś nie wyciął mu jednak połowy mózgu.
        – Wydaje mi się, że to właśnie powiedziałam.
        Zamilkł. Przez chwilę oboje patrzyli na pięciolatki. Jednak nadal miał pytania. Chrząknął, zupełnie niepotrzebnie, bo to nie przyciągnęło jej uwagi, i zdobył się na kolejne:
        – A jeśli cały czas będą zgadywać?
        – Faza odpowiednio się przedłuży. Aż wreszcie któremuś się nie uda. To tylko dzieciaki, w trakcie kształtowania, muszą się w końcu pomylić.
        Patrzył na jej niewzruszony profil i zazdrościł tej obojętności.
        – A jak przebiegnie likwidacja? To znaczy… skoro to zabawa w wisielca to pomyślałem…
        – Że będziemy wieszać dzieciaka? – teraz wyglądała na rozbawioną. – Nie. Nie ma potrzeby epatowania drastycznością. Za tamtymi drzwiami mamy komorę. Dziecko wejdzie do niej, usiądzie na krzesełku, komora się zamknie i psss. Otwieramy komorę. Nikogo nie ma - teraz mówiła do niego jak do idioty, ale nie przeszkadzało mu to. Być może nim był. - Dzieciaki będą wiedziały, co się stało, niech pan mi wierzy. Zrozumieją, że są pewne zasady, a my się im podporządkowujemy.
        – I to będzie jeden taki przykład…?
       Tak. Przyswoją i zapamiętają. Wystarczy. Szkoda marnować takiego materiału ludzkiego.
        – A nie sądzi pani, że uznają, że to jest… niesprawiedliwe? Taka przypadkowość w sumie…?
        – Świat jest niesprawiedliwy, kary bywają losowe, wreszcie tworzymy człowieka, który będzie mógł się z tym pogodzić bez buntu.
        Zostało jeszcze jedno pytanie, najważniejsze:
        – Oni wiedzą?
        – Oczywiście.
        Następnego dnia obserwował, jak chłopcy zgadują litery i całe wyrazy. Siedzieli w rzędzie, każdy miał swoją kolej. Ostatni też wiedział. "Otolaryngologia", "wartość autoteliczna", "kość gnykowa" - oto zestaw, który rozpracowali pierwszego dnia. Sam znał tylko pierwsze słowo, dzieciaki kojarzyły wszystkie, choć przy trzeciej literze w ostatnim wyrazie maluch wyraźnie się zawahał. Patrzył na to wahanie i czuł, jak ze stresu zaciska mu się szczęka.
        Może będą muszle, starał się myśleć. I małe rybki w przezroczystej wodzie, jeśli będą mieli naprawdę dużo szczęścia. I jeszcze musi napisać, że partnerka ma być uśmiechnięta. Bezpiecznie się czuł przy uśmiechniętych ludziach.
        Na szczęście ostatecznie padła litera "y" i na razie zabawa była skończona.
        W ten sposób upłynęło mu kilka dni. Potem kilkanaście. Stres trochę osłabł. Świadomość przyzwyczaiła się do zagrożenia, przestała traktować je z taką nabożnością. Może jednak będą wiedziały. Takie dzieciaki, myślał o nich prawie z dumą, ja bym już dawno odpadł a one… Proszę bardzo. Radzą sobie zajebiście.
        Na dużej kartce część liter było już rozszyfrowanych. Dzieci patrzyły na nie w skupieniu, _diol_t_ia, kolejne odgadło pierwsze "i". Czekał dalej, dwie pomyłki, trzecie dziecko wytypowało "a" i mieli już "idiolat_ia". Nie miał pojęcia, co to znaczy, ale do tego był już przyzwyczajony. W napięciu patrzył na niepewną twarz chłopca, który miał wytypować ostatnią literę. Im dłużej trwała cisza, tym bardziej się bał.
        – Włączam sekundnik - powiedziała Piastunka. – Masz pół minuty.
        Wezmą materace, będą się unosić na wodzie, będą obserwować ptaki na tle chmur. Ona będzie coś opowiadała. On będzie się śmiał.
        – "N".
        – Źle. Prawidłowa odpowiedź brzmi "r" – "idiolatria", inaczej "narcyzm".
        A więc stało się. Dziecko nie zgadło. Dziwne, lecz jego ciało nie zamarło tym razem, okazało się dziwnie gotowe do działania, mężczyzna spojrzał na Piastunkę, która, skoncentrowana na zadaniu, już podeszła do drugiego pokoju, by uruchomić komorę, spojrzał na grupę milczących dzieci, gdy nagle:

        – Nieeee! – Dzieciak zerwał się i zaczął uciekać. Proszę, oto działka Wykidajły, wreszcie się przyda. Złapał go i trzymał, wrzask dziecka wwiercał mu się w mózg, ale trzymał je mocno, czując jego łzy na palcach, a nawet dziko walące serce, choć to może jego własne serce tak waliło. Wszystkie drzwi były już zablokowane, chłopiec nigdzie nie ucieknie, ale cholera, czy on miał tak się bać? Czy to była zaplanowane, czy jednak popełniono jakiś błąd?
        Komora już gotowa, nowa i błyszcząca, wystarczy wsadzić dzieciaka i nacisnąć czerwony guzik, by się zamknęła i spełniła swoje zadanie.
        Nagle chłopiec ucichł, jakby opadł sił, zwiotczał w jego ramionach. Podeszła Piastunka, wzięła dziecko za rękę i bez słowa poprowadziła je do maszyny. Już, już miało poddać się swojemu losowi, kiedy coś zdecydowało w mężczyźnie, kazało mu pojawić się przy nich, przy maszynie, wcisnąć guzik, zanim dziecko znalazło się w środku.
        Maszyna zamknęła się. Co on zrobił? Teraz wszystkie oczy skierowane były na niego. Niektóre dzieci wyglądały, jakby dopiero zdały sobie sprawę z jego istnienia. Czas się zatrzymał.
        – Zdaje sobie pan sprawę, jaki jest koszt pojedynczej likwidacji? – cisza została wreszcie przerwana.
        Nie odpowiedział.
        – Mamy tutaj pewne zasady i musimy się im podporządkowywać. Każdy ma swoje zadanie do spełnienia, po to tu jesteśmy. Czy pan to rozumie?
        Rozumiał. Patrzył w ich oczy i widział, że wszyscy to rozumieją.
        Nacisnęła guzik. Komora otworzyła się. Szukał wzrokiem malca, którego uratował, z nadzieją, że zobaczy w nich współczucie. Ale na twarzy dziecka malowała się tak wyraźna ulga, że nie dostrzegł tam nic innego. Żadnych innych uczuć.
        Wszedł do komory. Metalowe drzwi się zasunęły. Psss.


*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-3-eksperyment-a49405/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.