Przejdź do głównej zawartości

Butelka do połowy pusta


Autor: pkropka
Gatunek: Punk
Postać: Żul glamour
Zdarzenie: Seks w małym mieście

       Dzień zapowiadał się sympatycznie. Jed drzemał pod ulubionym drzewem, w parku panowały cisza i spokój, a po błękitnym niebie leniwie dryfowały nieliczne puchate obłoczki. Słońce przyjemnie grzało pooraną zmarszczkami twarz, potęgując fetor przetrawionego alkoholu, wspartego nutą starego potu. Jednak ktoś gwałtownie przerwał błogą chwilę, potykając się o niego.
Źródło: pixabay.com Autor: Picography
       — Cholera, człowieku. Popierdoliło cię? Nie widzisz, że tu leżę? — psioczył, niezgrabnie próbując podnieść się z ziemi.
       — Przepraszam — bąknął wystraszony mężczyzna i czym prędzej zaczął się oddalać.
       — Sram na was. Słyszysz? — wycelował palec w znikające plecy. — Sram na ciebie!
       Zniesmaczony sytuacją sięgnął po butelkę leżącą nieopodal. Była pusta, odlał się więc do niej i odstawił z powrotem. Uznał, że będzie to wyborny żart, jeżeli któremuś z kumpli zaschnie w gardle.
       Cały dobytek miał na sobie. Nie musiał przejmować się pieniędzmi, pracą, ani domem. Był wolny. Zadowolony, ruszył chwiejnym krokiem przez park. Ludzie omijali go szerokim łukiem. Lubił ten dziwny rodzaj niewidzialności, kiedy jesteś, ale wszyscy wokół usilnie próbują cię nie widzieć.
       Wreszcie zauważył młodego chłopaka, który przyglądał mu się spode łba.
       — Co się gapisz? — zawołał na zaczepkę. — W mordę chcesz?
       Młody był silny, wystarczył jeden szybki cios, żeby Jed wylądował na ziemi. Poczuł w ustach metaliczny posmak. Wokół zaczęła gromadzić się grupka gapiów, postanowił więc urozmaicić widowisko. Wypluł krew na buty przeciwnika i przetarł usta rękawem. Zarobił w ten sposób kopniaka w żołądek. Zwinięty do pozycji embrionalnej, uśmiechał się do świata. Czuł, że żyje. Chłopak stracił zainteresowanie, odwrócił się na pięcie i odszedł. Widać liczył na więcej, niż worek treningowy. Po jakimś czasie Jed pozbierał się z ziemi i wyszedł z parku.
       Zatrzymał się przy pobliskiej kawiarni. Chwilę grzebał w śmieciach, aż natrafił na niedojedzoną jagodziankę. Wziął kawę, która została na stoliku i delektując się śniadaniem patrzył w witrynę. Studiował swoje odbicie, podziwiając każdą zmarszczkę i bliznę. Przygładził przetłuszczone włosy, zmierzwił brodę, żeby była jeszcze okazalsza. Znalezienie artysty, który zaprojektuje taką twarz, kosztowało go dużo czasu i pieniędzy, ale było warto. Był nie do poznania. Tylko w oczach czaiła się charakterystyczna zawziętość.
       Oblizywał palce po skończonym posiłku, kiedy w głowie rozbrzmiał charakterystyczny brzęczyk. „Koniec zabawy, obowiązki wzywają” pomyślał wstając. Odstawił awatar z powrotem pod drzewo i zdesynchronizował się.

       Siedział na łóżku, czekając, aż miną efekty odłączenia. Poszedł do łazienki dopiero, kiedy światło przestało razić i przeszły zawroty głowy. Przemył twarz zimną wodą, dokładnie się ogolił. Z lustra spojrzał na niego przystojny, pewny siebie mężczyzna. Starannie wybrał garnitur szyty na miarę. Dopasował koszulę, krawat i spinki do mankietów. Całość dopełnił drogą wodą kolońską.
       Miasto jak zawsze było brudne i szare. Słońce już od dawna nie potrafiło przebić się przez warstwę smogu, zewsząd słychać było kaszel tych, których nie było stać na systemy filtracji. Zwykłe maski już nie wystarczały. Mimo to, nie mieli najgorzej. W większych miastach ryzykowne było wychodzenie nawet w kombinezonie, jeżeli nie był nowej generacji.
       Samochód mijał smutne postaci, wędrujące chodnikiem. Jed przełączył widok z okna na leśną drogę, skąpaną w promieniach wiosennego słońca. Z głośników dochodziło świergotanie ptaków i szemranie strumyka. Wszystko, byle mieć jak najmniej styczności z rzeczywistością. Wrócił do niej dopiero, kiedy samochód zadokował. Przeszedł tunelem tlenowym do biura, gdzie powitała go młodziutka recepcjonistka. Wciąż pamiętał, jak krąglutki był jej tyłeczek. Idealna dziewczyna na raz, nie narzucała się, nie szukała kolejnej okazji. Mimo to wiedział, że nie odmówiłaby powtórki z rozrywki.
       Dzień był taki, jak zwykle. Straszny. Mnóstwo maili, telefonów, pretensji i decyzji do podjęcia. Emocje kipiały w każdym i niewiele brakowało do wybuchu. Jednak jakoś przedryfował, udało mu się utrzymać na powierzchni szamba. Po pracy wyskoczył ze znajomymi na drinka, przechwalać się sukcesami. Przy okazji zabrał do domu dwie piękne kobiety. Wystarczyły odpowiednio dobrane słowa, połączone z kilkoma drinkami, aby były chętne. Zsynchronizował się z długonogą blondynką, podczas gdy druga ją zabawiała. Zamknął oczy i oddał się rozkoszy.
       Po skończonej zabawie wyrzucił dziewczyny za drzwi, położył się w satynowej pościeli i założył aparaturę. Poczuł mrowienie, kiedy przez żyły wędrowała tetrodotoksyna, paraliżując układ nerwowy. Lekki zawrót głowy zasygnalizował synchronizację synaps i znów był w upragnionym miejscu, pod drzewkiem. Zadowolony wciągnął w nozdrza kwaśne opary przetrawionego alkoholu. Uśmiechnął się, sięgając po butelkę piwa, leżącą nieopodal. Opróżnił ją za jednym zamachem i skrzywił z niesmakiem.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.