Przejdź do głównej zawartości

Malinowy budyń


Autor: Marok
Gatunek: Horror, opowiadanie przygodowe

       Upalne czwartki zaczynały się zwykle niepozornie, czasami nudnawo. Po kilku godzinach monotoniczności nabierały kolorytu soczystej czerwieni. Wieczorem pozostawała jedynie wyblakła plama na drewnianej podłodze. Echa krzyków tłumionych wełnianą poduszką szumiały, odbijając się od tęczowych ścian mieszkania. Czwartki, o ile były upalne, zawsze zostawiały w pamiętniku życia pani Malgiblugres palący przyjemnym bólem satysfakcji ślad. Emerytura spłynęła malinowym budyniem.

Źródło: pixabay.com Autor: athree23
     
       Dochodziła czternasta. Słońce prażyło niemiłosiernie, przeganiając wszystko, co żywe do nor, domów, pomiędzy zardzewiałe beczki. Pani Malgiblugres powoli dreptała w stronę maleńkiej kuchni, czując zapach gotowego ciasta. Słodki zapach ogarnął całe pomieszczenie i wdzierał się mimochodem do pozostałych przez uchylone drzwi, oblepiając swą wonią różnokolorowe tapety. Kwieciste, geometryczne i mieszane wzory z przekroczeniem progu mieszkania emerytki biły po oczach z niewiarygodną natarczywością. Może dlatego kobieta zawsze była górą?
        Wyłożyła blachę ciasta z widocznymi rumieńcami na policzkach. Przez chwilę naprawdę wyglądała jak zwyczajna babunia z nudnego bloku robiąca różne nudne rzeczy, po prostu kobieta w kwiecie emerytury. Ale ta chwila była bardziej ulotna niż zapach ciasta. To wyglądało naprawdę przepysznie. Nawet nieobecny dotąd wzrok trupa leżącego na korytarzu zdawał się z apetytem świdrować wypiek. Facet od dobrych dwóch godzin był martwy. Siedział spokojnie z w połowie rozwalonym łbem i kawałkami mózgu w dłoniach. Te bardzo przypominały malinowy budyń — specjalność pani Malgiblugres. Pomyślała dokładnie w ten sposób. Oblizała resztki lukru z ust. Zalegał tam po deserze. Spojrzała na dziesięć butelek księżycówki stojących na blacie kuchennym. Mogła nieźle zarobić. Naprawdę miała okazję. Gdyby nie upalny czwartek. Poprawiła okulary, po czym wyjrzała nieśmiało przez okno. Na ulicy nadal panowała pustka. Sufit natomiast jęczał przeraźliwie od kilku minut, znosząc tupot dwóch grubasów. Parszywe świnie zasiadały najwidoczniej do obiadu. Zawsze o tej samej porze i z tą samą energią wygłodniałego zwierza. Ale co o nich, by nie mówić, zapełnili portfel staruszki nie raz i nie dwa. Księżycówka wchodziła im lekko zawsze, podobno. A ta od pani Malgiblugres to już w ogóle. Dobrotliwa babunia umiała manipulować słowem. Lepiej wychodziło jej jedynie miażdżenie czaszek pechowych klientów. Ten ostatni, bodajże Mirek nadal siedział na korytarzu w pozie bezradnego pijaka. Gdyby tylko nie ten rozwalony łeb. Poczerniały od krwi dywan powoli zaczynał cuchnąć, zresztą nie tylko on. Mirek też uwalniał arsenał z przytupem. Smród zaczął mieszać się z aromatem malinowego wypieku. Kombinacja zrobiła wrażenie na staruszce. A co gdyby...
        Dźwięk telefonu rozbrzmiał na całe mieszkanie. Kobieta podreptała najszybciej jak tylko mogła. Pomarszczona twarz nabrała dziwnego niepokoju.
       — Pani Malgiblugres przy słuchawce — wyrecytowała niewinnym głosikiem babuni.
       — Masz dwie godziny. Coś poszło nie tak. Słoń uprowadzony. — Głos faceta w słuchawce brzmiał jak wyrok.
       — Jest czas, będzie zabawa — zakończyła staruszka i odłożyła słuchawkę. — Odliczamy — dodała w myślach.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-malinowy-budyn-1z2-a48884/



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.