Przejdź do głównej zawartości

Moje stare dziecko


Autor: Adelajda
Gatunek: Opowiadanie drogi

        Znowu zaczyna prószyć śnieg. Odpalam czwartego dziś papierosa. Stojąc parę kroków od auta, przyglądam się Wiktorii, odśnieżającej samochód. Monotonne czynności bardzo ją uszczęśliwiają. Skrob, skrob, zdejmij, załóż, podnieś, rzuć — gdyby nie wyrwać jej z transu, mogłaby tak cały dzień.
        — Wystarczy! Wsiadaj do tyłu, zaraz będziemy jechać do babci Jadwigi — wypowiadam te słowa z wielką równowagą w głosie. Tak jak czasami mówi się do dzikich stworzonek, aby nie uciekły w popłochu. Na jej twarzy widzę niechęć, przygryza czerwoną rękawiczkę po raz enty i dłubie czubkiem buta w śniegu.
        — Hania pojebana! Ja nie chcę. Ja chcę jeszcze. Jeszcze chwilę. Jeszcze chwilkę. Te małe lusterko. Zadbać o lusterko, bo znowu obrośnie bielą ze smutku. — Mała łza spływa jej po poliku.

Ąutor fot.: Adelajda

       Czasami wszystko jest takie przewidywalne. Kiedy jest dobrze, jestem Hania kochana, w innym przypadku nazywa mnie Hanią pojebaną. Nie gniewam się. Wiem, że świat który widzi Wiktoria znacznie różni się od świata, który otacza innych ludzi.
        Przytulam ją i pozwalam, aby łzy spokojnie spływały, wsiąkając w płaszcz. One zawsze muszą wtapiać się we mnie. Jestem pierdolonym aniołem stróżem, dźwigającym dwa krzyże.
        Trzydzieści minut później, w końcu ruszamy. Podróżujemy w ciszy. Dźwięki radia czasami wyzwalały w Wiktorii autoagresję, lepiej nie kusić losu. Niedługo skończy modlitwę do szyby i zaśnie.
        Nie pamiętam innego życia, takiego bez zmartwień. Zawsze było coś, co spędzało sen z powiek. Coś drążyło w człowieku monstrualną dziurę, w której spały martwe kotki. Jedyne chwile wytchnienia, to właśnie takie jak ta teraz. Kiedy ona spała. Dorosła królewna, żyjąca w innej bajce niż pozostali. Sprawiająca pozory pięknej, młodej kobiety. Jakże mylne mniemanie. Dziecko w skórze dorosłego. Moje stare dzieciątko.
        Krajobraz na zewnątrz przeistoczył się z budynków w drzewa. Niebo odrobinę pociemniało, jednak chmury przecinała linia różu napawająca mnie szczęściem. W życiu właśnie tak jest, że trzeba w nim szukać różowych linii. Podczas gdy rzeczywistość karmi nas gównem, to niech te gówno ma przynajmniej ładny kolor.

        W połowie drogi robimy przerwę przy stacji paliwowej. Wiktoria musi rozprostować nogi, a ja potrzebuję fajki.
        — Chcesz coś do picia? A może coś do jedzenia? — Pytam, kiedy ona skacze i podrzuca śnieg do góry.
       — Tylko sok pomarańczowy. Hania kochana.
       — Dobrze. Trzymaj kluczyki, pilnuj ich i z nikim nie rozmawiaj. — Wiem, że podczas mojej nieobecności, nawet tej minutowej, trzeba ją czymś zająć. Opieka nad kluczykami to idealne zadanie.

        Kupuję sok i wracam do Wiki. Stoi przy samochodzie, szczerzy zęby jak nigdy. Chichocze. Sama siebie ucisza wskazującym palcem.
        — Tak ci wesoło?
        — Jest pięknie, Hania. Smrodek wpełznął w moje serce. Jest pięknie.
        — Okej — odpowiadam. Pełzający smród. — Tego jeszcze nie grali. Dobrze, że chociaż jest szczęśliwa. Tak dawno nie widziałam u niej uśmiechu. Potrafiła wprawić mnie w stan ogłupienia. — Za godzinę powinnyśmy być u naszej miss.
        — Miss szkorbutu — odburkuje.
        Tak przezywa babcię Jadwigę, kiedy ta nie zakłada sztucznej szczęki. Pojęcia nie mam, skąd zaczerpnęła pomysł na taki przydomek.

        Kierowanie pojazdem działa na mnie jak antydepresant. Skupiam się na tej czynności, wtedy nie myślę. Widzę w lusterku, jak stare dziecko siedzi na tylnym siedzeniu, odprawia modły do szyby. Jednak nie zasypia. Uśmiecha się — coś jest na rzeczy. Jej prawa ręka spoczywa delikatnie na czerwonej kieszeni płaszcza. Jakże krąglutkiej kieszeni. Kurwa. Krągłości zaczynają falować. Czy ona coś zwędziła ze stacji?
        — Wiki, pokaż Hani co masz w prawej kieszeni. Hania nie będzie zła. Nawet jeśli zrobiłaś coś złego, zawsze można to odkręcić — mówię najspokojniej jak potrafię.
        — Pełzający smrodek jedzie na spotkanie z miss szkorbutu.
        — Jaki smrodek? Jakie spotkanie? Co ty pleciesz? — Niepokój przekracza pewną granicę. Nigdy dotąd nie zaobserwowałam u niej takiego zachowania. To coś zupełnie nowego. Jakby kolejne oblicze.
        Zatrzymuje auto na poboczu. Czekam cierpliwie na kolejny ruch księżniczki. Jest! Sięga po to, co tak sprytnie ukryła. Moim oczom ukazuje się dość spora, biała kulka. Ma oczy i cholernie długi ogon. Nie dowierzam. Skąd wzięła szczura?
        — Poznaj Pełzającego Smrodka. — Unosi go do ust, całuje w szczurzy łepek. — Pełzający Smrodek pozna miss szkorbutu. Hania pojebana!

        Czuję ogarniającą pustkę. Może ta podróż to już inny wymiar. Może gdzieś po drodze wjechaliśmy w senną otchłań. Na jakiej planecie szczury pełzają, a stare babcie zostają miss?

Autor fot.: Adelajda

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-01-moje-stare-dziecko-a48648/


Komentarze

Publikowanie komentarza

Zapraszamy do komentowania!
Jednocześnie informujemy, że wszelkie treści obraźliwe, wulgarne oraz komentarze niezwiązane z treścią i reklamujące inne blogi, czy strony będą automatycznie usuwane.

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.