Przejdź do głównej zawartości

Nieznane notatki

Autor: Karawan
Gatunek: Groteska
*** 


       Zza ściany dobiegało żałośnie-przeraźliwe skrzypienie w różnej wysokości. Potem widać Holmes odłożył smyczek, bo zapadła cisza, w której odgłos kołatki zabrzmiał jak beethowenowskie akordy z piątej symfonii. Za drzwiami stał posterunkowy, który salutując i jednocześnie mówiąc; „dzień dobry panie doktorze”, wręczył mi złożoną kartkę, dodając; „zechce pan przekazać pilnie panu Sherlockowi”. Nim skończyłem odpowiadać na pozdrowienie, mężczyzna w charakterystycznej pelerynie i kasku zniknął za rogiem. Zamknąłem drzwi wróciłem wąskim korytarzem do salonu, gdzie czekał już Holmes.

Źródło: pixabay.com Autor: ractapopulous
 
       — Johnie — oznajmił jak zwykle beznamiętnie, po spojrzeniu na zawartość kartki — jedziemy na Columbia Road.

        Przywołana dorożka dowiozła nas dość szybko przed kamienicę, która się wyróżniała okazałą, czerwoną latarnią nad wejściem oraz stojącym pod nią i niecierpliwie przestępującym z nogi na nogę, niezastąpionym inspektorem Lestrade. Widząc nas wysiadających z powoziku podszedł pospiesznie i wyrzucił z siebie z szybkością niepozostawiającą cienia wątpliwości, że przygotował przemowę wcześniej:

        — Zabito pensjonariuszkę, osobę zagraniczną. Przestępcą był zapewne, jakiś fanatyk ze Syjamu lub Burmy...

        Sherlock, słuchając podszedł do rzeźbionych drzwi i ujął w dłoń kołatkę. Weszliśmy do niewielkiego, oświetlonego bocznymi kandelabrami holu, którego centralne miejsce zajmował szezlong i stojący obok niego niewielki stoliczek zastawiony samowarem oraz filiżankami. Naprzeciw kanapy znajdowała się kotara, zza której wyłoniła się kobieta kiedyś być może piękną, choć moim zdaniem jej uroda miała w sobie jakąś wulgarność przebijającą spod dobranej z dobrym smakiem odzieży i skromnego makijażu.

        — Madame Bambridge — przedstawił przybyłą drepczący tuż za Holmesem Lestrade — Pan Sherlock i doktor Watson, najlepsi specjaliści — dodał zwracając się do kobiety.

        — Ach, panowie co to za tragedia. Moje biedne pensjonariuszki boją się wyjść ze swoich pokoi. To przerażające! W samym sercu Londynu... — tu przerwała spoglądając to na Holmsa to na mnie.

        — Zechce nas pani zaprowadzić na miejsce zdarzenia — powiedział mój przyjaciel tak, jakby prosił panią Hudson o jeszcze jedną filiżankę herbaty.

        Słabo oświetlony korytarz doprowadził nas do zamykającego go pokoju, przed którym stał posterunkowy.

        Pani Bambridge zatrzymała się obok niego blada i wyraźnie przerażona, szepcząc:

       — To makabryczne, nie chcę tego więcej oglądać.

        Konstabl otwarł drzwi, co Holmes skwitował skrzywieniem, bezradnym machnięciem ręki i uwagą do inspektora:

        — Kochany Lestrade, chyba wspominałem panu, że w miejscu przestępstwa zawsze zostają ślady. Również na pierwszy rzut oka niewidoczne jak na przykład odciski na klamkach od drzwi.

        Pierwsze co rzucało się w oczy, to powiewająca w podmuchach wiatru firanka w otwartym na oścież oknie. Dopiero później dostrzegłem nagą kobiecą postać stojącą w głowach wielkiego łoża z baldachimem. Rozłożone szeroko ręce, zwieszona głowa, a przede wszystkim czerwono-czarny otwór ciągnący się od mostka do wzgórka łonowego, a nadto leżące pod stopami ofiary wnętrzności świadczyły jednoznacznie o tragicznej śmierci. Sherlock, jak zawsze, zatrzymał się tuż za drzwiami i trwał przez chwilę wolno lustrując wnętrze.

        — Johnie — powiedział — zechciej dokonać obdukcji. Ja zajmę się resztą śladów, o ile nasz kochany inspektor był uprzejmy pozostawić jeszcze jakieś niezatarte.

        Podszedłem do zwłok. Sterta pod nimi była kompletna i uporządkowana. Przewód pokarmowy leżał pod spodem, a na nim pieczołowicie ułożono wątrobę, nerki, i serce ofiary. Spojrzałem w górę na twarz zabitej. Bruzda wisielca oraz granatowo-czarny język sterczący z ust jednoznacznie świadczyły o przyczynie śmierci. Obejrzałem resztę ciała i mogłem już przekazać Holmsowi co wiem.

       On, jakby tylko na to czekał, zwrócił się do Lestrade'a:

        — Gdyby pan był tak uprzejmy i wezwał dorożkę. Chcielibyśmy z doktorem wrócić na podwieczorek do domu — a widząc, że zamienił się w milcząco-stojący znak zapytania — dodał uprzejmie — proszę odszukać pana Porpoise z Królewskiej Marynarki Wojennej i wraz z nim niezwłocznie przybyć do nas na Baker Street.

        Wsiedliśmy do powozu, który wkrótce nadjechał.

        — I co powiesz doktorze? — spytał mój towarzysz.

        — Ofiara została przed śmiercią uduszona, następnie ukrzyżowana na linie rozpiętej pomiędzy kolumnami baldachimu nad łożem. Rozpłatania powłok i wypatroszenia dokonano po jej śmierci. Wszystkie te przesłanki wskazują na psychopatycznego mordercę, który kojarzy się albo z rzeźnikiem, albo z kimś, kto patroszy ryby, lub ewentualnie, z anatomo-patologiem, który zwariował. A co tobie udało się ustalić i co wspólnego ze sprawą ma nasz kochany kaszalot nomen omen Porpoise?

       — Nie lekceważ tego olbrzymiego grubasa. Nie znam lepszego znawcy flory i fauny półwyspu syjamskiego, a pewne ślady wskazują, że tym razem Lestrade może mieć rację.

       Tak gawędząc dojechaliśmy pod dom. Korzystając z oczekiwania na gości i podwieczorek wziąłem się niezwłocznie do uzupełniania pamiętnika, bo przecież kiedyś spróbuję te wszystkie moje zapiski zamknąć w formie kompletnej kroniki dokonań jedynego w swoim rodzaju Sherlocka Holmesa.


*Porpoise - ang. Morświn



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.