Przejdź do głównej zawartości

Nić życia

Autor: Marok 
Gatunek: Różne
***
       
       A był to czas podwieczorku. Powietrze wyraźnie się ochładzało, dając do zrozumienia niedzielnym spacerowiczom. A był to czas podwieczorku, więc ktoś musiał stać nad kuchenką i gapić się w roztańczone płomienie palnika. Zostawił ich na chwilę w samotności. To był czas na oswojenie się z otoczeniem, pogodzenie z losem. Myśli prowadziły do rozpaczliwego błagania o ratunek, ale lepszym wyjściem było po prostu ciche „żegnajcie''. Tylko w teatrze telewizji to się nie sprawdzało, ale przecież to życie. To nie reklama markowego szamponu przeciwłupieżowego panie Krzysztofie. Pani Katarzyno, kiedy stanie gdzieś na zadupiu nowy dom? Hej Robert, powiesz mi, jaka to melodia? On ci nie powie. Żadne z nich już nie wróci. A życie toczy się dalej, krew jeszcze pulsuje, nadal ciepła, nadal pełna wigoru. I co im po niej?

Źródło: pixabay.com Autor: freestock-photos

       Kuchnia przepełniona była zapachem gotowanych ziemniaków. Odłożył prowizoryczną maskę z prześcieradła obok zestawu młodej krawcowej. Jego ulubiona zabawka. Kiedy spojrzał na leżące samotnie pudełko, w którym mieściły się różnokolorowe nici, igiełki i igły, wspomnienia wypłowiałe w jego pamięci, nadal żywe w kawałku tektury z badziewnym nadrukiem. Na chwilę zapomniał o swoich gościach i wszystkim innym. Teraz stał jako dziesięcioletni gówniarz nad ulubionym pluszakiem, rozprutym przez niego kilka chwil wcześniej. Głęboki wdech i pierwsze pociągniecie. Z każdym kolejnym szło coraz lepiej aż do finiszu i nieukrywanej radości. Ma do tego smykałkę, ale przecież to tylko zabawka, ona nic nie czuję. Nic a nic.
       Nałożył na talerz solidną porcję gotowanych ziemniaków, po czym ponownie założył maskę i zszedł do piwnicy. Wnętrze udekorowane było na wzór sztucznego stylu japońskiego. Dominowały zdjęcia skośnookich sław, których nazwiska na trzeźwo nie dało rady wymówić. Do tego różne japońskie rekwizyty, trochę technologii z początku wieku i tyle. Mieszanka plastikowego świra na punkcie Japonii.
       Kaśka siedziała chyba najspokojniej z całej trójki. Usadził ją w środku, wpierw jednak prezentując klasyczną pizdę pod okiem. Udawała? Może. Ale w jej oczach widział faktyczną ciekawość, autentyczne zadziwienie nad wystrojem piwnicy.
       — Żarcie. Jeszcze ciepłe — rozpoczął ozięble, wskazując na talerz pełen parujących ziemniaków.
       — Panie Kubo, chyba mogę tak mówić, to i tak nie przejdzie — Robercik ponownie zaczął rozwodzić się nad niedorzecznością zaistniałej sytuacji.
       — Nie mam zamiaru pokazać światu, że to ma sens. Wszyscy wiedzą, że nie ma. Ale nie w tym tkwi oś.
       — W takim razie w czym? — wtrącił Krzysiek.
       — Kiedy byłem dzieckiem, miałem misia, takiego pluszaka. Dostałem go chyba na ósme urodziny. Kiedy miałem lat dziesięć rozerwałem go i zszyłem ponownie, ale po swojemu. I to jest największy problem. Bóg miał doskonały sprzęt i doskonałe materiały, ale spierdolił robotę po całości. Zszył człowieka w najgorszy możliwy sposób. I tak samo zwykły pijak pod blokiem, jak i prezenter telewizyjny to zwykły bubel.
       — To nie ma sensu. Zginęło już wielu. Media trąbią o tym na okrągło. I to wszystko twoja robota.
       — Moja i mojego powołania. Naprawię. Rozerwę i zszyję na nowo — Poczuł narastające drgawki na całym ciele. W kącikach ust pojawiła się krew, sącząca się coraz intensywniej.
       — Ale oni nie żyją. To jest według ciebie naprawa?
       — Wiedziałem od początku Krzysiu, że będziesz pierwszy. Tamci byli martwi za życia. Egzystowali na resztach, oparach życia. Kwestia czasu była ich śmierć.
       Otarł spływającą po brodzie krew i sięgnął po strzykawkę. Kaśkę i Roberta uśpił od razu. Protestowali donośnie, ale środek zadziałał szybko i po chwili ich zwiotczałe ciała zapadły w błogi sen. Nie zdążyli skosztować specjału Kuby. Gotowane ziemniaki według przepisu, cholera wie kogo.
       Przygotował wszystko. Różnorakie nici i igły. Do tego kilka butelek wody mineralnej i nie mniej spirytusu. Drgawki nadal nie ustępowały. Ostatnio miewał je coraz częściej. Tak samo, jak te dziwne stany nieświadomości, jakby ktoś wyłączył światło i ponownie je włączył, ale wtedy on stał przed otwartym oknem i gapił się na stojącego w dole auta. Ale i tak czuł się świetnie. Naciągnął rękawiczki i powoli podszedł krzesła, na którym siedział znany prezenter. Ikona młodości i nieprzemijającego piękna. Ile zgnilizny musiało tkwić pod tą idealną powłoką? Tyle ile Bóg zechciał jej tam wrzucić.
       Nic nie mówił, a tamten nie protestował. Obaj patrzyli na siebie dłuższą chwilę. Zwykle Kuba nie tracił tyle czasu na ekspozycję bądź wyczucie ''pacjenta''. Zwlekanie było jedna z najgorszych rzeczy. Tu trzeba było działać pewnie i szybko. W sumie to jeszcze by o czymś zapomniał. Namówił Krzyśka, aby skosztował, choć jednej łyżki gotowanych ziemniaków, specjalności człowieka ''zabawienie ludzkości''. Przeżuł, połknął, zamlaskał i cicho beknął w mankiet koszuli, nachylając się, jak tylko mógł najniżej. Mocne pasy, którymi był uwiązany piły go niemiłosiernie. Chyba smakowało.
       Ze zdjęcia na sąsiedniej ścianie spoglądał na nich Kurosawa. Kuba odwzajemnił spojrzenie i przystąpił do sedna.

       Na początku były krzyki, pozostała tylko cisza i pusta kukła w zakrwawionym garniturze.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.