Przejdź do głównej zawartości

Miotła wraca


Autor: Pan Buczybór
Gatunek: Różne
***


       Uważam, że słońce zawsze świeci w złą stronę.
       ~ Jestem terrorystą pacyfistą ~
       ~ Pracuję w Fabryce Szczęścia ~
       ~ Przeleciałem się na miotle, choć wcale tego nie chciałem ~
       Nazywam się Damian. Muszę tak zacząć, bo wszystko się rozpoczęło właśnie od tego.
       — Nazywam się Damian — przedstawiłem się nieśmiało, schowałem wzrok za kołnierzem.
       Patrzyła na mnie serdecznie. Uśmiechnęła się, wzięła miotłę, którą trzymałem w ręce i którą właśnie chciałem jej oddać.
       — Nie ma za co — powiedziałem cicho. Natychmiast spojrzałem w inną stronę, chcąc uniknąć jej wdzięczności. Nie lubię tego; nie lubię, jak próbują mi dziękować za jakieś drobnostki, przypadkowe znaleziska. Zerknąłem mimochodem, podświadomie sprawdzałem, czy nadal się uśmiecha, czy nadal tu stoi. Nie, już odleciała, zniknęła za moimi plecami. Spojrzałem jeszcze w nocne niebo. Zauważyłem smugę. Lekka, niebieska mgiełka obwiązująca pętelkę wokół największego komina fabryki. Pomyślałem, że wygląda jak krawat związany na szyi lub cienki, mocny sznur odcinający oddech. Zdecydowałem jednak, że to drugie skojarzenie jest po prostu złe, zbyt pesymistyczne w taką ładną, ciepłą noc. Poza tym ojciec na pewno nie chciałby, żebym w taki sposób myślał o jego doli. 

Źródło: pixabay.com Autor: 27707
   
    Następnego dnia zupełnie normalnie pojawiłem się w pracy. Nie zauważyłem żadnych zmian, nowych ludzi, przedmiotów lub czegoś, co chciałoby zmienić moje spokojne życie. Cappuccino z czekoladą smakowało tak samo słodko, jak zawsze, moje buty były tak samo ciasne i obdarte na pięcie, a drzwi do fabryki, te, które były zarezerwowane tylko dla mnie, jak zawsze skrzypiały, i próbowały się psotnie zamknąć tuż przed moim nosem. Uznałem, że wszystko jest na swoim miejscu i ta miotła, którą wczoraj znalazłem porzuconą w korytarzu, była zwykłym przypadkiem przy pracy, dziwną okolicznością, którą może napotkać każdy pracownik fabryki czekolady. Tylko czemu to byłem ja? Nie byłem na swoim terenie, przechodziłem z miejsca na miejsca, zupełnie tak, jak to robią inni zatrudnieni. Czemu więc ja znalazłem tę miotłę, a nie na przykład Zbyszek z działu kadr lub pani Jadzia, która zawsze tutaj sprząta, gdy już wszyscy są na swoich stanowiskach? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Być może to znowu to słońce; złośliwy przypadek, który zawsze kierował moim życiem. Wiem przecież, w zasadzie się tego dowiedziałem, że tamto znalezisko to najprawdziwsza magia, o wiele cenniejsza od tego całego szczęścia, które ciągle tu wytwarzamy. Ale czemu mam wierzyć, że przypadek to naprawdę coś, co zazwyczaj nie istnieje? Jeszcze tamta dziewczyna... Czarownica – chyba tak próbowała mi się przedstawić. Nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Jej uśmiech, oczy były naprawdę magiczne. Tamtej nocy mogłem uwierzyć, że takie spotkania to coś prawdziwie nadnaturalnego. Ale teraz? Jestem tu sam, z rurami, maszynami, które ciągle mruczą, warczą, uderzają tłokami i przelewają dalej płynną czekoladę. One mi nie odpowiedzą. Ciągle milczą, zajmują się tym, po co je stworzono. Też bym tak chciał. Chciałbym, żeby te wszystkie sny, myśli, wątpliwości po prostu zniknęły. Zazdroszczę ludziom głupim, o lekkim duchu. Im jest łatwiej, dużo łatwiej, niż takiemu Damianowi, który nadzorując pracę czekoladowych maszyn zastanawia się, czy miotła, którą oddał nieznajomej dziewczynie była magiczna lub był to po prostu sen albo zbieg okoliczności połączony z nieporozumieniem. Zdecydowanie za dużo myślę. Zdecydowanie.
***
       Damian, Damian, czemu uciekasz? Podejdź tu, nie bój się. Lubisz wybuchnąć, prawda? Sprawiasz, że wszyscy cierpią. Terroryzujesz ich swoją niedolą, rozumiesz? Nie płacz. Spójrz im prosto w oczy. Chcą z tobą porozmawiać. Wyciągają do ciebie ręce, widzisz? Są takie malutkie, podrapane...
       — Twój ojciec zrobił mi wiele złego. Nienawidzę cię, Damian.
       — Twoje oczy są okropne. Odejdź ode mnie.
       — Mówisz, że nie lubisz przemocy? Kłamiesz, potwornie kłamiesz...
       — Odejdź! Nie zbliżaj się do mnie!
       — Mam nadzieję, że skończysz, jak ojciec! Potwór! Obrzydliwy potwór!
       Gdy ojciec umarł wszyscy zwrócili się przeciwko mnie. Jedyne, co po nim odziedziczyłem to nienawiść osób, które skrzywdził za życia. Próbowałem się temu przeciwstawić, prosić o wybaczenie, ale nie chcieli słuchać. To, co robił mój ojciec było niewybaczalne. Nie wiem nawet, o co dokładnie chodziło. Oglądałem wiadomości, czytałem artykuły w gazetach, ale nie mogłem nic znaleźć. Nienawiść i gniew istniały tylko w tych osobach. Terrorysta pacyfista, terrorysta pacyfista. To było okropne. Dwie różne natury i ja między tym szalejącym ogniem. Nie mogłem wytrzymać. Ciągłe obelgi, gniew. Wszystko dlatego, że byłem jego synem. Dzieckiem okropnego zbrodniarza, który uciekł od sprawiedliwości. Nigdy go nie skazano. Sam to wszystko zakończył. Może, tak samo jak ja, miał już dość? Albo zrzucił ten ciężar na mnie? Nie wiem. Uciekłem, po prostu uciekłem, bo byłem zbyt słaby, by zatrzymać tę lawinę. Nie rozumiem, dlaczego mi to zrobili. Po prostu nie rozumiem tej okropnej, ludzkiej cechy. Zamknąłem moje serce, odciąłem się od krzywdy. Teraz śnię, rozmyślam; znowu za dużo, znowu niepotrzebnie...
***
       Sen nie odwiedził mojego umysłu dzisiejszej nocy. Patrzyłem w okno, w księżyc i tajemniczą smugę zacieśniającą się wokół odległego wieżowca. Znowu tu przyleciała? Wyszedłem na balkon, przyjrzałem się bliżej. Mgiełka ta nie była skończoną, urwaną wstążka. Zakręcała kółko i wychodziła na prostą, kierując się w stronę mojego domu. Gdzie ona jest, gdzie ona jest? Leciała w moją stronę? Czemu, po co? Wychyliłem głowę przez barierkę. Zerknąłem na dach, na rynny - żadnych śladów. Na sąsiednich domach, słupach wysokiego napięcia też pusto.
       — Damian — usłyszałem lekki, przyjemny głos. — Za tobą.
       Odwróciłem się szybciej, niż o tym pomyślałem. Blada kobieta w niebieskiej szacie, o szafirowych, hipnotyzujących oczach. Cała jej sylwetka zdawała się błyszczeć. Wciągała i odbijała delikatny mrok nocy swoją niecodzienną aurą. Przyciągała wzrok jak magnes i byłem już pewien, że to na pewno ona. Szanowna pani czarownica, pani...
       — Larysa zauważyła moje lekkie zmieszanie. — Wybacz, nie przedstawiłam się poprzednim razem.
       — Nie — otrząsnąłem się z transu. — To ja nie zapytałem.
~ ~ ~
       — To... przerwałem niezręczną ciszę. — Czym zawdzięczam sobie tę wizytę?
       — Ach, zapomniałam - klepnęła się w czoło. — Chciałam ci się odwdzięczyć za zwrócenie miotły.
       — Odwdzięczyć? Przecież nic nie zrobiłem.
       — Oj, nie bądź taki skromny — złapała mnie niespodziewanie za rękę. — Chodź.
        Nie za bardzo miałem chęci by się opierać. Był środek nocy, brakło mi sił. A poza tym, czy mógłbym jej odmówić? Wyciągnęła mnie na balkon i puściła dłoń. O barierkę była oparta miotła nadal emanująca niedawno zużytą magią.
       — Przelecimy się.
       — Co?
       — No jak to co? Czy każdy człowiek nie marzy o nadziemnym locie?
       — Na pewno nie ja.
       — Weź, nie bądź taki — Zatrzymała mnie, gdy już chciałem wrócić do środka. — Tylko tak mogę ci się odwdzięczyć.
       — Nie, naprawdę nie musisz — Pierwszy raz tej nocy chciałem ją spławić.
       — Weeeź — Przeciągnęła mnie, z naprawdę dużą, zaskakującą siłą na środek balkonu — Co jest z tobą? Próbuję być miła.
       — Ał — zasygnalizowałem, że była trochę zbyt brutalna. — Rozumiem, o co ci chodzi, ale naprawdę nie musisz tego robić. Nie jestem warty twojej wdzięczności.
       — Co ty gadasz? — spojrzała ze zdziwieniem. — Akurat ty jesteś warty mojej wdzięczności, jak nikt inny.
       — Naprawdę tak sądzisz?
       — Tak, sądzę, że ktoś tak miły i zwyczajny, jak ty zasługuje na to, by docenić jego dobroć.
       — Przesadzasz chciałem zahamować rozmowę, odejść od tematu — Jest wielu milszych i zwyczajniejszych ode mnie.
       — Ale żaden nie zwrócił mi miotły — Jej oczy zabłysły.
       — Co, często ją gubisz?
       — To już szósta — Dopiero teraz zauważyłem wyryty numer na kiju. — Poprzednie ukradli, kazali coś za nie dać lub na moich oczach łamali.
       — Okrutne.
       — Tacy już są ludzie.
       — Czyli nie jestem człowiekiem?
       — Nie powiedziałam tego - Uśmiechnęła się.
       — Co we mnie widzisz?
       — Nic Była bardzo szczera. — Jesteś pierwszym, któremu mogę podziękować. To tyle.
       — Tylko tyle?
       — Nic więcej.
~ ~ ~
      Słońce zwróciło się w dobrą stronę.
      — Chodź, lecimy.
       Zgodziłem się. Przyjąłem tą niecodzienną propozycję i odleciałem.
       Poczułem się lekki, wolny. Nic to, że świszcząca szata przysłaniała prawie cały widok, a kij wbijał się w ciało i łaskotał wystającymi drzazgami. To był pierwszy raz, gdy przeżyłem coś niezwykłego. Pierwszy raz, gdy ktoś zwrócił się w moją stronę, widząc we mnie prawdziwego człowieka. Widok miasta, fabryki, w której pracowałem wirował mi w głowie i mącił wyobraźnię. Mój świat jest tak mały, że teraz, będąc w powietrzu, widzę wszystkie jego końce. Ona, ta dziwna czarownica zaś ciągle lata i nawet nie wiem, ile miejsc widziały jej przenikliwe oczy. Nie wiem, czy to wszystko jest naprawdę, ale chciałbym, żeby chwile, jak te trwały zawsze. Powietrze wesoło gwizdało w uszach, wiatr wywiewał łupież z zaniedbanych włosów. Zwyczajne życie zostało na dole, a teraz, pozbywając się łańcuchów losu, poczułem, że naprawdę żyję.
       — Chcę jeszcze raz mruknąłem przy lądowaniu.
       — Jeszcze raz? Aż tak ci się zmieniło nastawienie?
       — Yhm.
       Nazywam się Damian i nie mam pojęcia, jak to wszystko się skończyło. Pewnie potoczyło się dalej, odbyłem kolejny lot... i jeszcze Fabryka Szczęścia - ta nazwa jest naprawdę nieodpowiednia.
       Już jej nie lubię.

*****

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.