Przejdź do głównej zawartości

Kumari rocka alternatywnego

Autor: nimfetka
Gatunek: Różne
***

       Rok 1992. Kurt Cobain kosztuje zjełczałych smaków muzycznego regresu. Satysfakcjonujące życie zostaje wyuzdane z jakichkolwiek powodów, kiedy to Ulysses Grand nie transportuje już frezyjskiego proszku wprost do jego nozdrzy. Nie, żeby ozdrowiał po narodzinach Frances. Ćpanie jest nieodzowną częścią bytu królów, królowych, księżniczek i książąt poszczególnych gatunków muzycznych, nieważne co i nieważne jak. Patronuje w koegzystencji z przeciętną jednostką w jasnych, przetartych, szerokich dżinsach à la Brenda i Brendon*.

Źródło: pixabay.com Autor: Nadine_Em

       Rok 1994. Hedwig apatycznie wptaruje się w ekran prostokątnej i przysadzisej brei, nazywanej potocznie telewizorem, wysysaczem ludzkich mózgów. Blase maszeruje od kompaktowego saloniku ze zgniłozieloną kanapą w jego centrum, ozłoconą tandetnymi wzorami, do jałowej kuchni, której ściany pokrywa zdewastowana, żółta tapeta. Nasz nędzny kącik szczęścia i beztrosk. Byłem jego częścią, nim nie wyhaczyła mnie dobrze sytuowana, platynowa blondynka w pieprzonej garsonce, o gryzących się z jej Marlyinową fryzurą, brązowych i krzaczastych brwiach. Tak, pamiętam to spotkanie, choć przez upływ czasu moja pamięć zniekształciła szczegóły. Sam surrealizm sytuacji jakiego wtedy uświadczyłem, ukształtował we mnie poczucie nafukania się zanieczyszczonym klejem. Takim wiecie, co pochłaniają pijusy, kiedy skończy im się alkohol. Kiedy nałóg zmusza ich do czołgania się po linii najmniejszego oporu, aby tylko nie wrócić do zgorzkniałej rzeczywistości, uśmiercającej szybciej niż on sam. 
        Pamiętam, że graliśmy wtedy Grease w lokalnym, brantfordzkim teatrze. Byłem Dannym Zuko. Chociaż aparycja totalnego chucherka z szopą kędzierzawych, blond włosów nie mogła pozwolić mi na wcielenie się w tę rolę, ja wywalczyłem i podołałem. Fridę, moją przyszłą menadżerkę, spotkałem za kulisami. Rozmawiała z reżyserem spektaklu, pastorem Billym, który oddawał się jednocześnie posłudze Bogu, jak i sztuce teatralnej. Od słowa do słowa, od castingu do castingu, znalazłem się w Ottawie, poszerzając zakres własnych umiejętności i kluczowych kontaktów, sprzedając osobowość za wykreowany, fałszywy wizerunek. Management wyznaczył mojej postaci dosyć kontrowersyjny cel. Zastąpić Kurta Cobaina. Stać się ikoną grunge'u. Ikoną czystą i niezbruzganą skandalem. Kumari** rocka alternatywnego. Nienarodzonym, perfekcyjnym synem Nirvany. Na wasze zakurzone, szklane ekrany telewizyjne, ja, Timothy Dickson, wokalista Synthu, prosto z kanadyjskiego wypizdowa.

       — On nie żyje — Hedwig wystękuje półszepem, lewitując zgiętą, patykowatą ręką w powietrzu wraz z papierosem, umieszczonym pomiędzy długimi paluchami. Popiół i łzy lądują na starej, drewnianej posadzce. — Zajebał się. — Wolną dłonią zatyka usta zakrzywione w podkowę, aby powstrzymać spazmy niekontrolowanego płaczu. Poruszenie bierze górę. Koścista szatynka, z charakterystycznym bobem na głowie, wydaje z siebie fatalistyczny lament.
       Blase zaprzestaje marszu. Wyłącza walkmana, z którego dotychczas zapewne wydobywał się jeden z utworów Black Sabbath. Siedzę na kanapie tuż obok, obejmując opiekuńczo ramię Hedwig. Z telewizora wydobywają się pojedyncze informacje dotyczące śmierci Kurta Cobaina. Wszyscy ogłupieliśmy.

       Nirvana była symbolem młodości. Symbolem idiotyzmu, bezczelności i absurdu pierwszego zauroczenia. Brzmię bardzo patetycznie i tak się też czuję.
       Porzuciłem. Porzuciłem wszystko. Porzuciłem przyjaciół. Porzuciłem edukację. Porzuciłem ten jebany, prowincjonalny dom kultury, który tak bardzo nic nie znaczył, abym po tylu latach mógł zrozumieć jego wartość. Podobno już nie istnieje. Przekształcono go na cholerną galerię handlową. Poniżono mieszkańców Brantford. Poniżono mnie. Sam siebie poniżyłem. Porzuciłem tożsamość, aby udowodnić tym, dla których byłem chodzącą sraką, że naprawdę nią jestem. Bo tyle znaczę.

       Rok 1997. Los Angeles. Scena koncertowa. Taka jak zawsze. Trochę kiczowatych bajerów. Kordon ludzi. Hochsztaplerskie mordy nigdy nie załatwią mi koncertu w Indonezji, jakimś Uzbekistanie, czy, kurwa, Somalii, bo nie będzie z tego odpowiedniego zysku. Pieprzona Korea Północna byłaby bardziej interesująca od tych wszystkich Paryżów, Nowych Jorków, Barcelon, czy Moskiew. Powtarzalne, monotonne metropolie, którymi rzygam.
       — Dickson! Dickson! Dickson!
       Nigdy po imieniu. Zawsze nawołują mnie w ten sposób. Fani też są powtarzalni.
       Cały Synth, z wyjątkiem mojej osoby, jest już na scenie. Dostrajają sprzęt, z przerwami na nudne solówki. Siedzę za kulisami, aby wykonać dokładnie ten sam, popisowy numer. Wyskoczyć na scenę spoza mgły. Show rozpoczynamy drugim utworem z nowej płyty. Tak, kurwa, dla urozmaicenia, że nie pierwszym. Biorę ostatni łyk Grappy. Później pójdziemy z chłopakami do Kuźni, najebać się i pokibicować durnym dzieciakom. Podobno rozgrywają się jakieś mistrzostwa. Street racing to gówno, ale nie lubię upijać się w samotności. 

       — O jeden łyk za dużo! Człowieku, do chuja, masz dziesięć lat, czy w końcu te dwadzieścia siedem?! — Felix usiłuje przemówić mi do rozsądku, lecz alkohol wchłonięty hurtowo przez organizm, pozostawił po sobie okropnie gęstą mgławicę. Do mojego mózgu docierają nieistotne słowa, wyrwane z kontekstu. Wydziarany, łysy dryblas ma rację. Przesadziłem. I nadal przesadzam. Nigdy wcześniej nie udało mi się, aż tak przedobrzyć. Nigdy, aż tak, żeby było to widoczne na scenie. Ale Felix to poczciwy facet i bardzo utalentowany perkusista. Pokrzyczy, potrząśnie i wybaczy niedyspozycje. Sytuacja wygląda nieco gorzej jeżeli chodzi o ludzi i media. Chuj, no przecież od czegoś są pijarowcy, nie? Nie wyrzucą mnie, kurwa, z zespołu za jednorazowy przypadek, bo jestem uwielbiany na całym świecie. Jestem, prawda?
       — Ej, kurwa, baranie, słyszysz mnie? — Poklepuje mnie po policzku.
       — Wiem... Wiem, że zjebałem — bełkoczę.
       — Jared, jeszcze raz dostarczysz mu alkohol, a obije ci ryj, zrozumiano? — dybuje jednemu z gitarzystów.
       Mimo, iż chłopak wygląda jak charłak, to jako jeden z niewielu kolesi, których w swoim życiu poznałem, nadąża za mną, jeżeli chodzi o chlanie. Ma mocną głowę. Niedawno do nas przylazł. Robi to, aby mi zaimponować. To pewnie przez ten jego młody wiek tak dobrze się trzyma. Kiedy ja miałem dwadzieścia lat, popijałem najtańsze wino wraz z Hedwigą i Blasem. Potem wpierdaliliśmy najgorsze żarcie i rzygaliśmy po śmietnikach. Fajne to były czasy.
       Kiedy doszedłem do siebie, obiecałem Felixowi, że podczas wyścigów ni chuja nie będę pił. Na miejscu przywitała nas kinderwhore***, sylówkę ewidentnie podjebawszy samej Courtney Love. Nawet dobra dziunia, ale nie po to tutaj przyszedłem. Mnóstwo ludzi. Okropna duchota. Wszyscy spoceni i podpici. Dziesiątki smarkatych, jak i wyschniętych mord. Demograficzny wystrzał jest tutaj niesamowity. Ludzie taranują siebie nawzajem, niczym pieprzone mięso, aby tylko znaleźć się jak najbliżej widowiska. Mają swoich ulubionych gości. Posiadają własny slang, z którego nic nie potrafię wydedukować. Jestem tak bardzo zielony w tym temacie, że aż mi z tego powodu wstyd. Niektórzy podchodzą i proszą o autograf. Podpisuję wymięte, kartki, zdjęcia, klejące się dłonie i piersi. Jestem spragniony. Nie, obiecałeś Felixowi, że się nie uchlejesz. Bądź lojalny wobec przyjaciela. W pobliżu udaję mi się odnaleźć kiosk. Podchodzę i pytam o pepsi. Koścista twarz i wyłupiaste oczy przypominają kogoś z przeszłości.
       — Kurwa, Blase! — Łączę fakty i po chwili już wiem. Uśmiecham się szeroko, ale on mi nie odpowiada. Jego mimika pozostaje w tym samym, bezemocjonalnym otępieniu. Łapie za butelkę i podaje ją na blat. Nie mam pojęcia o co chodzi. Jest na mnie zły? Ma o coś żal? Przecież zachęcał mnie do podpisania tego pieprzonego kontraktu. Rozprawiał nad tym jaką szansę dostałem od losu.
       — Uciekaj — cedzi przez zęby, a ja nieruchomieję. — Uciekaj. Nie oszczędzam przez nostalgię.
       Zastygam w osłupieniu.
       Kurwa, co do jasnego chuja? Próbuję poskromić natłok niezrozumiałych myśli i uczuć. Szybko. Znajdź swoich kumpli. Natychmiast. Przeciskam się przez tłum podekscytowanych, śmierdzących ludzi. Mam krzyczeć? Ja, nic, kurwa, nie wiem. Niczego nie rozumiem. Co to miało niby oznaczać? Mój dobry przyjaciel wstąpił do Al Kaidy? Mój dobry przyjaciel jest fanatycznym skurwysynem?
       — Felix! Kurwa mać! — wykrzykuję, kiedy już zauważam go z oddali.

       Ale słyszę. Słyszę pierwsze, siarczyste, przerażające strzały. Słyszę okrzyki. Panika. Ludzie przeciskają się, niczym pierdolone krewetki. Jest mi słabo. Kurwa, tak okropnie się czuję. Muszę do nich dotrzeć. Muszę wytrzymać.
       — Felix! Felix! — wydzieram się na pełne gardło, ale wiem, że nie przekrzyczę tego całego, jebanego rozgardiaszu. Nie chcę stracić go z oczu. Stara się uniknąć zakleszczenia. Próbuje zachować zimną krew. Na początku wkurwiało mnie to jego całe tatusiowanie, ale teraz już wiem jak bardzo potrzebna jest mi troska i harda, ojcowska dłoń. Jak bardzo potrzebuję tego szmaciarza i jak bardzo nie przeżyję, jeżeli ten popierdoleniec odstrzeli mu mózg. Felix milion razy powstrzymał mnie od powieszenia się na zasilaczu. Wyciągał z gęstwin obrzydliwego gówna. Jest ze mną od początku istnienia zespołu. Oddam życie za chłopa i nie pozwolę, żeby umarł.
       Nasze spojrzenia nareszcie się krzyżują.
       — Wydostań się poza tłum! Nie panikuj! — słyszę stanowczy rozkaz.
       Próbuję. Próbuję z całych sił. Ale zostaję potrącony i przygnieciony. Staję na granicy przytomności. Blase, Blase, jak ty do cholerny... Jak... Ale przecież to były fajne czasy...
Czuję ogromny ucisk. Ktoś szarpie mnie za nadgarstki i ciągnie za sobą.
       — Felix... Umrę? — bęłkoczę.
       — Nie, kretynie, kinol ci tylko krwawi.
       Syreny. Kordon radiowozów. Czerwono-niebieskie światełka. Wszędzie. Odblaskowy ludek udziela mi pierwszej pomocy. Przeżyłem. Felix stoi obok mnie. Trzyma za dłoń. Udało się. Udało.

Brenda i Brendon* – postacie z serialu Beverly Hills, 90210.
Kumari** – inkarnacja bogini, uznawana przez nepalskich hinduistów i część buddystów.
Kinderwhore*** – wygląd, opierający się na czerwonej szmince, grubej tapecie i jasnym podkładzie. Przykład: Courtney Love.

*****

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.