Przejdź do głównej zawartości

Imitacja

Autor: Ritha
Gatunek: Thriller
***


       Kobieta imitująca Bonnie Tyler śpiewała o sercowych bolączkach w rytmie chrypiącej nostalgii. Tłum falował. Zwiększyła tempo, głos niczym żwir wykrzykiwał o zapotrzebowaniu na bohatera, takiego co nie zbiegnie przed świtem.

       Za szmatą na wyrost nazwaną kurtyną, Ann czekała na swoją kolej. Miała nastąpić po składance country i balladzie jakiegoś norweskiego pianisty. Były cztery, wszystkie ubrane jednakowo, cheerleaderki w chórkach Jennifer Lopez. Tfu! Kobiety imitującej Jennifer Lopez.
       Zielony dywan imitujący murawę. Beczki z majonym browarem imitujące Bawarię. Gabloty z chińskimi brelokami do łowienia „na wędkę” dla „ukochanej” imitujące Las Vegas. Mielone śmieci upchane w przypalone parówy imitujące grillowane kiełbaski. Stażyści okolicznego Domu Kultury w gumowych strojach imitujący Park Jurajski. Playback imitujący śpiew na żywo. Praca tancerki imitująca karierę. 
       Wszystko było imitacją.

Źródł: pixabay.com Autor: joe_47mns
       
       „Let’s get loud” poruszyło tłumem bardziej niż Tyler, jednak nie przebiło „Conga” Glorii Estefan. Tandetny festyn, uklepana, wiejska ziemia. Plastikowe krzesełka tylko dla wybranych, reszta stoi bądź gniecie się na drewnianych ławeczkach wymontowanych z boiska pobliskiej podstawówki. Pierwszego shota walnęła w przerwie pomiędzy imitacjami Enrique i Oprah. Kolejnego zamówił jej raptor.
       — Do której ci płacą? — Łeb raptora wylądował pomiędzy kapeluszem kowbojskim, skrywającym pijackie zwłoki jednego ze stałych bywalców potańcówek a wirażem pustych kufli.
       — Do pierwszej. — Woalka papierosowego dymu stanowiła jedynie imitację dystansu. Czuła jego oddech, mieszankę używek, czegoś ostrego, obietnicy. — A tobie?
       Wypił drinka na raz, ponowił – w trzech aktach i czwartego na bis.
       — Dostosuję się — odparł. 
Wstał, wessany w tłum ludzkiej mazi. Zaintrygował ją.
       Braxton była niepotrzebna, poziom smętów nieadekwatny do oczekiwań. Słowem – zamuliła towarzystwo. Ktoś nasikał na grill i dostał w mordę. 
A może to tylko taki performance.
       Ann wypaliła przedostatniego papierosa, łapiąc się na tym, że wyczekuje końca pracy bardziej niecierpliwie niż zwykle. Raptor to taki dinozaur co bardzo szybko biega. Tak przynajmniej zapamiętała z filmów Spielberga. Ten miał piwne oczy i czarną mewę na szyi.

       Kwadrans po północy okoliczna gawiedź lepiła się do siebie w rytm „No women no cry” niczym cukierki zbyt długo zostawione na słońcu. Tańczyła jeszcze dwa razy w chórkach Village People, zrobiła rundkę pomiędzy ludźmi falującymi, pijącymi, wymiotującymi i tymi pół na pół. Nie dostrzegła go nigdzie. W strefie Parku Jurajskiego nie było tego gatunku.

       Za dziesięć wypaliła ostatniego papierosa, przepłukała usta jabłkowo-miętowym sokiem z plastikowego kubeczka i pociągnęła usta szminką, przeglądając się w szybie jednego z zaparkowanych wozów. Imitacji lustra. Usiadła dokładnie tam, gdzie zamienili kilka ulotnych słów. 
Czekała.
       Nastrój w myśl carpe diem, usilnie wypierający definicję „pochopnie”, „nierozsądnie”, tudzież „nie znam tego człowieka”. Jakby życie rzuciło bonus w postaci kuszącego mroku tej właśnie nocy, przyjemnego mrowienia w okolicach podbrzusza, eliminacji myśli nastawionych na konsekwencję. Chciała zrealizować bonusowy kupon.

       Był punktualny, milczący i pozbył się gadziego wdzianka. Podała mu rękę, wiedząc, że matczyne rady a propos nieznajomych i „niebycia głupią” właśnie zostały dezaktywowane. Miał ciepłą, mokrą dłoń. 
Lubiła ciepłe, mokre, męskie dłonie.
       Wczepiła się w nią palcami jak w poręcz na śliskich schodach. Parking dla tirów znajdował się kilkanaście jardów w stronę lasu. Rząd ciężarówek, jedna osobówka. Ostatni shot i ostatnie wspomnienie.
       Zimny chód poranka, ręce przywiązane do uchwytów dla pasażerów, w pozycji „na Jezusa” – prawa do prawego, lewa do lewego. Pompon w każdej. Pęk kluczy na desce rozdzielczej. Mewa na zagłębieniu szyi kierowcy. Piwne spojrzenie wychwycone przez pryzmat lusterka wstecznego. Kłopoty niebędące imitacją.

*****


Źródło: http://www.opowi.pl/tw-30-1-version-numero-due-imitacja-a44557/

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.