Przejdź do głównej zawartości

Gdzieś w nocnej mgle


Autor: Ozar 
Gatunek: Opowiadanie przygodowe
***


       12:05
       Jak okiem sięgnąć rozciągało się morze piasku, w którym co rusz harce wyprawiał wiejący jakby od niechcenia wiatr. Panowała tu cisza, zmącona tylko łopotem ogromnych skrzydeł przelatujących nieopodal stworzeń przypominających mieszaninę ptaków i gadów. Te ptakogady miały ogromne skrzydła w kolorach tęczy, którymi machają, wytwarzając kolorową mglę i cały czas coś mówią to szeptem, to znowu rycząc, jakby chciały całemu światu przekazać coś bardzo ważnego.
       Jeden z nich, leciał jakoś dziwnie, tak jakby utrzymanie linii prostej sprawiało mu dużą trudność.
       — Hagrataga, hagratata, hatarakata — z jego paszczy uzbrojonej w dziesiątki zębów dochodziły takie dziwne odgłosy.

Źródło: pixabay.com Autor: darkmoon1968

       Nagle ptakogad walnął w coś tak mocno, że zwalił się na piasek. Nim ochłonął, usłyszał najpierw śmiech, a potem głos, który pojawił się jakby znikąd.
       — Ale z ciebie osioł, latasz jak stara baba na miotle! Nie widziałeś tablicy? Przecież stoi tutaj od zawsze!
       Oszołomiony stwór rozejrzał się, ale poza wirującym naokoło niego światem, nie dostrzegł nikogo.
       — Tak! Do ciebie mówię łajzo jedna. Walnąłeś jak ślepa gęś prosto w tablicę „Plaża nudystów”.
       Trzeba było wczoraj nie żreć sfermentowanych owoców.

       Ptakogad westchnął, otrzepał się i niczego nie rozumiejąc powoli krok po kroku, co chwila, utykając, odszedł w stronę wody. Jego mały mózg nie potrafił zrozumieć kto i co do niego mówi.

       02:30
       Mały zielony Krab, przebierając swoimi odnogami, przemierzał, po raz nie wiadomo który trasę od góry w dół, czyli od skarpy do wody. Kiedy tak szedł, a raczej pełznął, nagle przed oczyma ujrzał coś wielkiego.
       — Kim albo czym jesteś? zapytał po swojemu.
       — Jestem twoim cieniem, choć już ledwo za tobą nadążam odpowiedziało coś.
       — A co to jest cień? Krab aż przystanął z wrażenia.
       — Nie wiesz, a powinieneś, co to oznacza, że nie jesteś tym, czym być powinieneś głos dobiegł z bardzo bliska.
       — Znowu któryś z Bogów się pomylił, a ja muszę to naprawiać. Kurdę już sam nie wiem, po co oni są i czy wreszcie nie mogą czegoś zrobić dobrze.

       W tej samej chwili świat kraba zawirował i stwór poczuł jak zalewa go fala ciepła, a nawet gorąca. Po chwili płonął już czarnym ogniem. Co dziwne niczego nie czuł, niczego, a przecież widział, jak palą się jego odnóża. Nagle eksplodował tysiącami kawałków i światło mu zgasło. Taki krótkie pstryk i zapadła ciemność. Stwór jednak nadal był, choć w postaci atomów. Jego zmysły niczego nie odczuwały, ale za to pojawił się jakże dziwny i nie zrozumiały dla niego obraz. Zobaczył dwunożna istotę, która nachylała się nad inną leżącą na drodze.
       Po chwili usłyszał głos, który co dziwne przemawiał tak, że mógł nie tylko usłyszeć, ale i zrozumieć.

       — Antoni tej dziewczynce już nie pomożesz, umarła z głodu.
       Stojąca istota westchnęła, a na jej twarzy pojawił się wyraz rozpaczy. Kilka dużych łez popłynęło po policzkach. W tym samym momencie na jej głową ukazała się świetlista aureola. Niby krab patrzył i nie mógł uwierzyć temu co widział.

       04:45
       Las był stary, bardzo stary, a nawet już zbyt stary. Drzewa powyginane w nienaturalne kształty straszyły z daleka, przypominając o setkach, a może nawet tysiącach lat istnienia. Jedne już uschnięte, inne jeszcze dające jakieś znaki życia. Jedne dostojne, wielkie o pniach wielkich a koronach rozłożystych, inne straszyły już tylko setkami nagich wypalonych przez słońce kikutów.
       Wśród nich przebiegał dukt równie stary, jak reszta, ale mimo tego nadal odgrywający rolę leśnej drogi. Mimo że dawno, bardzo dawno nikt nim nie jechał, widok jeźdźca na koniu nie zdziwił żadnego drzewa, ani krzewu. One już nie takie rzeczy widziały. Jednak dziwna dwunożna istota dosiadająca znanego drzewom stwora wzbudziła spore zainteresowanie. Szmer mniej lub bardziej mrocznych dźwięków poszybował wśród konarów.
       Wśród gałęzi dało też się słyszeć inne jakby cichsze odgłosy. Małe ubrane w szare ubranka stworki podskakiwały rozmawiając cicho ze sobą. Nie trzeba było znać ich języka, żeby wyczuć zapach strachu wymieszanego z ciekawością. Nie było w tym nic dziwnego, bo droga, którą dreptał koń, prowadziła wprost do Metropolii skrzatów.

       Kiedy obudziłem się po raz trzeci, zlany potem i przerażony, nie miałem już ochoty na sen. Pierwszy i mam nadzieję ostatni raz miałem trzy sny podczas jednej nocy. To było coś strasznego, a do tego tak realnego, że nawet kiedy już zrobiło się jasno, dalej bałem się położyć żeby czasami nie przeżyć kolejnego koszmaru. Sny może i nie były zbyt straszne, ale jakieś takie dziwne i może dlatego wydały się bardziej przerażające niż były w rzeczywistości.

*****

Źródło: http://www.opowi.pl/tw-30-gdzies-w-nocnej-mgle-a45780/


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gwałt w jaskini

Autor: madoka
Gatunek: Opowiadanie przygodowe

       Emma nie wierzyła własnym oczom. Kilka razy nawet je przetarła, ale gdy już zdobyła pewność, że to nie jest sen i wszystko widzi naprawdę – nie poczuła żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. U jej stóp leżała cała sterta martwych żab, a pośrodku nich stał duży, złoty posąg przedstawiający coś na wzór żaby z berłem siedzącej na tronie. Wokół nich panowała bardzo dziwna atmosfera. Trochę tak jakby znajdowali się na jakieś innej planecie. W dodatku w całej jaskini rozchodził się bardzo dziwny, trudny do określenia zapach. Dziewczyna ze wszystkich sił starała się opanować strach, ale dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie o swoim „przyjacielu”, z którym jeszcze kilka godzin temu z jakiegoś powodu tutaj przyjechała.

Hejterska pętla czasu — Vega

Autor: Agnieszka Gu
Gatunek: Science fiction
***

       Data: Listopad 1993 roku

       Vega obudził się cały połamany. Tak mu się przynajmniej wydawało. Pogowanie, okraszone ćmikami i alkoholem z dodatkami, zawsze wywoływało w późniejszym etapie otępienie i ból. „Ale, że taki?” — główkował ociężale. Koncert w Spodku* wyjątkowo się udał, tylko… „co było potem?”. Myślenie przychodziło z najwyższym trudem. „Gdzieś, kurwa spadałem, czy leciałem? Jakoś tak.” Wykrzywił usta w grymaśnym uśmiechu. „To musiało być niedawno… bardzo niedawno temu, bo łeb mi zaraz pęknie.” — Składane ociężale myśli, potęgowały ból. Powoli obrócił głowę w bok i na moment znieruchomiał. Za okrągłym, potężnych rozmiarów oknem, rozpościerał się widok na… „jakąś, czerwonej barwy planetę”.    
       — Kurwa, ale zajebisty towar ćmiłem! Maryśka, hasz? Kurwa, co to było? — wymruczał nieco zszokowany.


Zimowe zbiory

Autor: Canulas
Gatunek: Proza poetycka
***

       W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.
        Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.